Prawo do bycia zapomnianym czy zwykła cenzura?

Kilka tygodni temu Europejski Trybunał zdecydował, że operatorzy wyszukiwarek muszą umożliwić Europejczykom możliwość wpływania na to, jakie informacje o nich prezentowane są w wynikach wyszukiwania. Google już dostosował się do tego orzeczenia i udostępnił użytkownikom stosowne narzędzie (przez pierwsze trzy dni skorzystało z niego ponad 40 tys. osób), jednak decyzja trybunału wciąż budzi kontrowersje. Założyciel Wikipedii, Jimmy Wales nie owija w bawełnę – jego zdaniem „prawo do bycia zapomnianym” to po prostu cenzura.

„To zdecydowanie jest forma cenzury i nikt, kto uważa się za poważnego człowieka, nie powinien mieć w tej sprawie najmniejszych wątpliwości. Wystarczy się zastanowić, czy na wprowadzenie takiego rozwiązania pozwoliłaby Pierwsza Poprawka do amerykańskiej Konstytucji – otóż nie pozwoliłaby (…). Ta cenzura dotyka nie tylko Google’a, który bezpośrednio zmuszony jest do filtrowania wyników wyszukiwania, ale również serwisów informacyjnych i gazet, których strony pojawiają się na liście wyników. Gazety z definicji piszą o tym, co zdaniem ich dziennikarzy jest ważne, a nowe prawo pozwoli na utrudnianie dostępu do niektórych artykułów i materiałów. Dla gazet wyszukiwarki są obecnie jednym z podstawowych kanałów dostarczania informacji czytelnikom. Orzeczenie ETS blokuje częściowo ów kanał, a to jest po prostu cenzura” stwierdził Wales w rozmowie z serwisem Techhive.com.

40 tys. zgłoszeń w trzy dni

Google ujawnił, że firma otrzymuje już tysiące zgłoszeń od użytkowników, domagających się od niej usunięcia jakichś informacji ze stron z wynikami wyszukiwania. Koncern przygotował narzędzie do wysyłania takich żądań – w pierwszej dobie jego dostępności skorzystało z niego ponad 12 tys. osób, zaś po trzech dniach liczba ta przekroczyła 40 tys.

Zobacz również:

Pamiętać jednak należy, że cały ten proces nie jest automatyczny – ETS nie nakazał bowiem operatorom wyszukiwarek usuwania z wyników wszelkich informacji o użytkownikach. Chodzi tu tylko o dane, które są z jakiegoś powodu „niewłaściwie” (czyli np. nieaktualne, oszczercze itp.). Procedura przyjęta przez Google przewiduje, że każdej prośbie o skasowanie informacji musi towarzyszyć uzasadnienie, zaś koncern zastrzega sobie prawo do weryfikowania zasadności zgłoszeń.

Przypomnijmy, że cała ta sprawa jest wynikiem skargi skierowanej do ETS przez 58-letniego hiszpańskiego prawnika, który argumentował, że podczas wyszukiwania informacji o sobie trafiał w Google na nieaktualne i nieprawdziwe informacje. Sędziowie zgodzili się z jego zastrzeżeniami i uznali, że operatorzy wyszukiwarek muszą umożliwić internautom wpływanie na to, czy wyświetlane w wynikach wyszukiwania strony zawierają prawdziwe informacje o kwestionujących to osobach.

Jak to działa?

Udostępnione przez Google narzędzie nie jest specjalnie skomplikowane – jest to de facto formularz internetowy, w którym należy podać swoje dane, odnośniki do stron, na których znajdują się „niewłaściwie” informacje, a także napisać krótkie uzasadnienie, w którym wyjaśnione zostanie, dlaczego owe informacje nie powinny znajdować się w wynikach wyszukiwania. Następnie do formularza należy załączyć skan dokumentu tożsamości ze zdjęciem (część wrażliwych danych można zamazać). Jeśli wniosek wypełniany jest w imieniu osoby trzeciej, bo Google dopuszcza sytuację, że wniosek wysyłany jest np. przez prawnika, małżonka lub rodzica osoby, której dotyczy problem, niezbędne będzie dołączenie również odpowiedniego upoważnienia.

Przedstawiciele koncernu zapewniają, że wszystkie zgłoszenia będą starannie weryfikowane i że blokowane będą wszelkie próby wykorzystania owego narzędzia do usuwania z wyników wyszukiwania prawdziwych, ale z jakiegoś powodu „niewygodnych” informacji. Chodzi o to, by nie używano go np. do tuszowania skandali, usuwania z biografii wstydliwych faktów itp.

Formularz Google znaleźć można na stronie koncernu.


TOP 200