Potrzeba dobrej wiary

Jeśli w firmie dzieje się nie najlepiej, to pracownicy zadają sobie pytanie, czy jej szef wie o tym, czy też nie jest świadomy, jak naprawdę rzeczy się mają.

Jeśli w firmie dzieje się nie najlepiej, to pracownicy zadają sobie pytanie, czy jej szef wie o tym, czy też nie jest świadomy, jak naprawdę rzeczy się mają.

Zastanawiam się, czy wiara w dobrego władcę - kimkolwiek by on był: premierem, dyrektorem, przewodniczącym - jest podporą samopoczucia pracowników, którym leży na sercu dobro firmy - państwa, organizacji, partii - a nie mają wpływu na bieg spraw, czy też może balsamem na serca rozgoryczone niesprawiedliwością doznaną od bezpośrednich przełożonych, a może tylko brakiem zasłużonego uznania. A może to tylko infantylna, niczym nie uzasadniona wiara w dobrą naturę człowieka, ale dlaczego obdarzamy nią raczej ludzi od nas odległych i w gruncie rzeczy obcych niż bliskich i znanych. Zapewne na tej samej zasadzie, wg której łatwiej kochać bliźniego spotkanego w pociągu niż własnego sąsiada. Jeśli dobrze zna się człowieka, to trudniej go zaakceptować niż wtedy, gdy jest to znajomość ulotna, naznaczona emocjami chwili i sugestiami wyobraźni.

Dobry władca, nieświadomy fatalnej rzeczywistości, nie jest nowością w naszych wyobrażeniach o współczesnych rządcach. W czasach realnego socjalizmu większość ludzi zastanawiała się, czy pierwszy sekretarz partii - czyli więcej niż dzisiaj premier i prezydent razem wzięci - zdaje sobie sprawę, jak źle sprawy stoją na dole, w fabrykach i urzędach, jak jego ludzie oszukują i krzywdzą, jak absurdalne decyzje są podejmowane, jak zgubny mają wpływ na gospodarkę, poziom życia, kulturę, wizerunek w świecie itd. Większość obywateli naszego państwa nie miała wówczas innego wyjścia niż myśleć: "On chce dobrze, ale ci, którzy go otaczają, fałszują informacje o tym, co się dzieje, toteż on sobie wyobraża, że jest dobrze, mimo iż jest źle". Niektórzy z nas oczywiście wiedzieli, że nasza fatalna sytuacja wynika z perfidnego i głupiego ustroju, ale większość - bez względu na to, co dzisiaj mówi - wyznawała inną wiarę: system jest dobry, tylko źle wcielany w życie. W tym złym wykonawstwie mieściły się również złe decyzje - lub ich brak - najwyższego kierownictwa.

Pokolenie charakteryzujące się wiarą w dobrego pierwszego sekretarza odchodzi na emeryturę, w każdym razie traci wpływ na naszą rzeczywistość. Ale wiara w dobre intencje najważniejszego szefa jest ciągle tak samo powszechna jak przed 10, 20 czy 30 laty. Zatem to nie w stosunkach społecznych czy relacjach pracowniczych, to nie w hierarchiach zawodowych czy stosunkach własności, lecz w samej naturze człowieka jest potrzeba pewnej ostatniej instancji, która cechuje się dobrą wolą, mądrością i sprawiedliwym sądem. A jeśli ta osoba tych właściwości nie wykorzystuje, to tylko dlatego że nie wie, iż coś złego czy niewłaściwego dzieje się w jej otoczeniu, w jej władztwie. Niewiedza dobrego władcy usprawiedliwia brak działania w celu naprawienia nieprawidłowości. Mówimy sobie: "Gdyby on wiedział, nie pozwoliłby na to, zrobiłby to i owo".

Czy naprawdę nasi szefowie nie wiedzą, kto "kantuje", kto postępuje nieuczciwie lub cynicznie, kto jest nielojalny, kto szykuje zdradę, kto się podlizuje, choć nie ma zasług, kto zdradza firmę, choć stara się o premię, kto szykuje podstęp, mimo że awansował, kto wykonuje źle swoją pracę, mimo że głoś-no krzyczy o potrzebie reform, kto ma dobrą wolę, kto ciężko pracuje, choć nie umie upomnieć się o swoje, kto "doi" firmę, a komu nie pozwala na to poczucie honoru?

Nasi szefowie tego wszystkiego naprawdę nie wiedzą. Gdyby wiedzieli, to też nic by to nie zmieniło. Wiara w dobrego władcę kształtuje nasze samopoczucie, odpowiedzialność i dojrzałość społeczną. Uczymy się czynić dobrze lub źle bez oglądania się na konsekwencje ze strony szefa. Uczymy się radzić z goryczą niesprawiedliwości, niedoceniania, fałszywej opinii. Sprawy firmy będą toczyć się dobrze lub źle bez względu na to, czy władca jest dobry, czy zły. Jeśli jest sprawnym menedżerem, to ustawi wszystko tak, że będzie funkcjonowało bez względu na jego wrażliwość moralną. I nikt nie będzie pytać, czy on to tak zaplanował, czy sprawy toczą się bez jego wiedzy. Jeśli nie daje sobie rady z zarządzaniem firmą, to i wrażliwość nic nie pomoże, będą się tylko mnożyć pytania: "Czy on wie, że...".

Jeśli ludzie zastanawiają się: "Czy on wie...", to dla szefa jest sygnał, że w firmie źle się dzieje. Tylko jak szef ma się dowiedzieć, że jego podwładni się nad tym zastanawiają? Tego nikt mu nie powie - bo to burzyłoby schemat myślenia o dobrym władcy. Zatem do koniecznych kwalifikacji menedżera trzeba zaliczyć jeszcze ten siódmy zmysł: wyczuwanie nie wypowiedzianych pytań. I zdolności do wdzięczności ludziom, którzy je w duchu formułują. To jego bezcenni partnerzy w biznesie, którzy nigdy za to nie uzyskają nagrody. I to jest ta ludzka strona biznesu.