Postmodernistyczny potwór z Loch Ness

Jak twierdzi francuski postmodernistyczny mędrzec Jean Baudrillard, nie żyjemy już dziś w świecie reprezentacji, lecz w kulturze symulakry. Słowo to (jeśli je właściwie rozumiem) oznacza kopię, której oryginał nigdy nie istniał.

Jak twierdzi francuski postmodernistyczny mędrzec Jean Baudrillard, nie żyjemy już dziś w świecie reprezentacji, lecz w kulturze symulakry. Słowo to (jeśli je właściwie rozumiem) oznacza kopię, której oryginał nigdy nie istniał.

Ta głęboka i wyrafinowana idea nabrała dla mnie pewnego, przyziemnego (czy raczej może podwodnego) sensu, kiedy dowiedziałem się, że słynny potwór ze szkockiego jeziora Loch Ness został wreszcie przydybany. W Internecie zresztą. Sukces ten, jak doniósł Reuter, był udziałem małżeństwa z Galveston w Teksasie, państwa Nory i Mike'a Jonesów, którzy dokonali swej doniosłej obserwacji, nie wychodząc z domu. Nora i Mike po prostu siedzieli pewnego dnia (a może nocy?) przed monitorem komputera i z uwagą śledzili nieprzerwaną transmisję, nadawaną z kamery zainstalowanej na brzegu Loch Ness. Nie wiem, czy była to ich ulubiona rozrywka i dlaczego, mieszkając w Galveston nad brzegiem Zatoki Meksykańskiej, nie wyglądali przez okno, skoro tak bardzo - najwyraźniej - lubili widok wody. Niemniej cierpliwość ich została nagrodzona i - jak później podekscytowani opowiadali dziennikarzom: "Ujrzeliśmy najpierw głowę i szyję, które ukazały się dokładnie naprzeciw zamku. (Nessie) poruszał się dosyć szybko, pozostawiając po sobie na wodzie wyraźny ślad w kształcie litery V. Obserwowaliśmy go aż odpłynął z ekranu".

Mnie także, rzecz jasna, udzieliła się ich ekscytacja i natychmiast próbowałem połączyć się z rzeczoną kamerą, czuwającą na brzegu Loch Ness (www.lochness.scotland.net/camera.htm), nie bacząc na to, że w Szkocji akurat panowała ciemna noc. Musiałem nie być sam, bo na ekranie ukazał się komunikat: "LOCH NESS LIVE - Przepraszamy, zbyt wiele połączeń. Proszę spróbować później..."

Historia ta przypomniała mi inną opowieść symbolizującą rosnącą rolę "technologicznych protez" w naszej percepcji rzeczywistości. Oto ona. Centralną atrakcją miasta rozrywki Disney World jest "globalna wioska", będąca tekturową repliką budynków w rozmaitych lokalnych stylach, imitujących meksykańskie, greckie, włoskie czy bawarskie krajobrazy miejskie. W miejscu tym, już znamiennym swą sztucznością, zauważono kiedyś turystę, który przez kilka godzin uważnie przyglądał się otaczającym go atrapom przez wizjer swej kamery wideo. Prawdopodobnie dopiero po tym podwojeniu dawki sztuczności wyglądały one wreszcie "jak prawdziwe".

Jeśli ważny jest tylko zewnętrzny pozór, aparycja, to nie musimy już męczyć się odtwarzając wymarłe dinozaury z zachowanego materiału genetycznego. Steven Spielberg przywrócił je do życia, używając znacznie prostszych środków - komputerów, drutu i gumy piankowej. Jego Tyranozaurus rex jest równie dobry jak żywy albo trochę lepszy. Takiego przynajmniej zdania wydają się być japońscy inżynierowie z Mitsubishi, którzy właśnie skonstruowali sztucznego morskiego leszcza, napędzanego bateriami i kontrolowanego zdalnie przez komputer. Pływa on po tokijskim akwarium wśród innych prawdziwych (zresztą co to znaczy - "prawdziwych"?) ryb i nikt go nie potrafi od nich odróżnić. Może, przy sposobności, wyprodukowali oni także cybernetycznego potworka z Loch Ness i cichcem wypuścili "na wolność". Byłby to niezły, postmodernistyczny żart.


TOP 200