Postęp

Spore zagęszczenie rocznic i świąt – od rocznicy Porozumień Okrągłego Stołu po Święto Konstytucji – było okazją do niekończących się festynów i pikników.

Takiej okazji nie przepuścili też dziennikarze, którzy rzucili się do porównywania na różne sposoby tego, co było, z tym co, jest, albo odwrotnie. Zdarzały się przypadki całkiem zabawne, bo w zapale i uniesieniach tak piszący, jak i komentujący to ich pisanie mylili się często o całe 15 lat, bo pisząc o wstąpieniu Polski do Unii, przywoływali rok 1989. Wynikiem były karkołomne porównania, z których miało wynikać, że wszystko, czego dorobiliśmy się po roku 1989, jest głównie wynikiem członkostwa w Unii.

A przecież rozwój i związany z nim postęp – może z wyjątkiem okresów zaraz po wojnie i wojny – jest procesem ciągłym i występuje zawsze, bez względu na przełomy polityczne i społeczne. W naszym zaś, polskim, cezuralnym myśleniu tkwi pokrętne przekonanie, że wszystko, co trafiło do nas po roku 1989, gdzie indziej istniało od zawsze. Łącznie z internetem i telefonią GSM (które to zjawiska pojawiły się u nas w tym samym czasie co na świecie).

Gdy w roku 1995 dokupiłem swemu komputerowi drugi dysk, za 640 MB zapłaciłem ok. 800 zł. Dziś, nawet pomijając inflację, można by za tyle kupić kilka terabajtów, czyli kilka tysięcy razy więcej. To miara postępu. Może ułomna, ale miara.

Na początku lat 90. ubiegłego wieku (a więc tuż po roku 1989) na pewnej zagranicznej konferencji opowiadał ktoś o zwykłej, transakcyjnej bazie danych, którą każdej nocy, zaraz po zakończeniu codziennej aktualizacji, przestawiano w „tryb analityczny” w celu ustalenia, jaki towar, w których sklepach ma największe powodzenie. Po to, by kierować tam zwiększone dostawy tych właśnie towarów. W którymś momencie prezenter, nieśmiało jakby i bez przekonania, użył sformułowania „hurtownia danych”, które wtedy bynajmniej nie należało do popularnych, nawet w branży. Same hurtownie zaś były wtedy w swym rozwoju, na etapie Średniowiecza.

Entuzjaści owych hurtowni (a nie było ich zbyt wielu) wierzyli, że w każdych danych, w każdej organizacji kryje się prawidłowość, której wykrycie stanie się powodem niebywałego skoku biznesowego, w kurzu zostawiającego całą konkurencję (ten kurz, w którym zostawali jadący wolniej, w wyniku postępu właśnie, skończył się w Polsce na początku lat 60., kiedy to asfaltem pokryto nawet trzeciorzędne drogi).

Odwołanie do Średniowiecza to nawiązanie do praktyk ówczesnych alchemików, którzy święcie wierzyli w istnienie metody przemiany żelaza w złoto i na jej poszukiwaniu mijało im całe życie.

Dziś, po latach, nikt już takich złudzeń nie ma – hurtownie danych doczekały się solidnych podstaw teoretycznych, a praktykowanie tej specjalności to zajęcie żmudne, ciężkie i odpowiedzialne.

O historii zaś mawia się, że lubi się powtarzać i że nikogo jeszcze niczego nie nauczyła. Zdaje się, że oba te powiedzenia doskonale pasują również do naszej hurtowni. Bo znów, coraz natarczywiej i na wszelkie sposoby próbuje się wykazywać, że – podobnie jak to miało być z hurtowniami – wystarczy tylko odpowiednio poszukać, a sposób na przemianę żelaza w złoto z pewnością się znajdzie. Żelazem są tym razem tzw. big data, a złotem ukryte w nich prawidłowości o pierwszorzędnym znaczeniu dla biznesu.

Dla jednych te dane są big, gdy ich objętość zaczyna przekraczać możliwości ich analizy. Inni są bardziej ściśli i powiadają, że big data to te i tylko te dane, które nie pozwalają się wtłoczyć w znane i uporządkowane struktury.

Nie ma tu nawet zgodności co do definicji. Jest już przeznaczony do tego specjalizowany sprzęt, wiemy już, że dotąd wypracowane i utrwalone praktyką metody organizacji przechowywania danych i dostępu do nich na nic się nie przydadzą. Mimo to nie bardzo wiemy, czego tak naprawdę szukamy, więc ciągle zdajemy się poruszać ślepą uliczką, niczym te hurtownie danych w swych początkach.

Nawet jednak takie ślepe uliczki, które trzeba przejść niczym choroby wieku dziecięcego, to też część postępu. I to część znacząca.


TOP 200