Poplątany biznes

Outsourcing jest korzystny, gdy przekazujemy w zarządzanie sporą ilość porządnie zestandaryzowanych procesów, wykazujących powtarzalność zachowań. Wtedy oddanie takiego królestwa informatycznego pod obce panowanie jest skuteczne i opłacalne. Co innego natomiast, gdy informatyka w firmie stanowi przysłowiowy groch z kapustą, z dodatkiem spaghetti, a całość funkcjonuje tylko dlatego, że nikt jej struktury nie narusza. Przy jakiejkolwiek próbie zmiany czegokolwiek cała ta misternie udrapowana plątanina rozsypuje się jak domek z kart.

W takim właśnie królestwie informatycznym panował niepodzielnie Lokalny Informatyk. Być może było mu z tym wygodnie, a może po prostu nie miał siły przebicia lub możliwości zmiany istniejącego stanu. Owa mieszanina technologii i procesów, jakimi zarządzał, nie wynikała z jakiejś planowej działalności ludzkiej. Były to raczej ślady zrywów biznesowych firmy, które, wydawać by się mogło, zaskakiwały Dyrekcję, a ta w trybie doraźnym dobierała coś "informatycznego", aby załatać technologiczną dziurę w nowo powstałych procesach. Szczęściem w nieszczęściu była zaprzyjaźniona firma Ryjek i Stryjek, należąca do Dyrekcyjnego kuzyna, która w razie potrzeby zawsze przychodziła z software’ową odsieczą. Najczęściej wdrażanie nowych odcinków technologicznych odbywało się na zasadzie polecenia Dyrekcyjnego: "weź no i zintegruj to, cośmy dokupili". Najgorsze, że oprogramowanie pojawiało się bez dokumentacji, a Lokalny musiał potem nadzorować jego eksploatację.

Najwięcej utrapienia było z użytkownikami, którzy stale utyskiwali na szybkość i jakość pracy Lokalnego. Wyraźnie nie nadążał z ich obskakiwaniem, więc musiał jeden z drugim poczekać te pół godzinki na interwencję w sprawie palących problemów, które przeważnie były takiej rangi, jak tłumaczenie malkontentowi, że w adresie klienta "Dywizjonu 303 nr 45/12" liczba 303 nie reprezentuje numeru budynku i nie jest prawdą, że system informatyczny jest wadliwy, gdyż nie pozwala na wprowadzenie numeru lokalu jako 45/12. Zresztą, odnośnie wartości liczbowych, Lokalny, jak nikt inny, chyba, był przekonany, że w naturze jako żywo występują, oprócz liczb naturalnych, także liczby ułamkowe. Inaczej nie byłoby półgłówków i ćwierćinteligentów wśród użytkowników. Wytłumaczenie Dyrekcji, z czego wynikają rzeczywiste problemy przypominało dialog Polaka i Węgra o euro w 2012 roku, gdy jeden mówił o wprowadzeniu waluty, a drugi o piłce nożnej.

Lokalny żył w błogim przekonaniu o swej nietykalności jako jedynej w firmie osoby znającej się na zarządzanym bałaganie informatycznym. Sądził, że nikt z zewnątrz nie poradzi sobie w tej całej gmatwaninie spiętej na agrafki. Ale w końcu i jemu przyszło poznać, co oznacza przegrać batalię.

Pewnego paskudnego dnia pojawił się w pokoju Lokalnego jakiś obcy osobnik żądając, niby w imieniu Dyrekcji, aby przekazano mu wszystkie hasła oraz inne tajne sprawy, na co Lokalny zdołał jedynie wybałuszyć oczy ze zdziwienia. Jak się niebawem okazało, Dyrekcja - jak to miała w zwyczaju - czegoś nie dopilnowała, więc o podpisaniu umowy na kompleksowy outsourcing z firmą ProstySoft nie poinformowano nikogo, a Lokalnego w szczególności. Dyrekcja miała zwyczaj załatwiania spraw w przypadkowym porządku (czyli nie w porządku), postępując impulsywnie od zdarzenia do zdarzenia, więc Lokalny został powiadomiony dopiero dnia następnego, przy okazji wręczania mu wypowiedzenia. Najbardziej w tym wszystkim zdziwiło go jednak nie to, że został wywalony na bruk, ale to, że schedy nie przejęła firma Ryjek i Stryjek. Jak później dowiedział się nieoficjalnymi kanałami, Dyrekcja miała szczerze dosyć bałaganu, za co winiono wszystkich tych, którzy do tej pory usiłowali przekuwać w czyn informatyczny tyle pokrzywione co i raptowne pomysły Dyrekcji. Zdaniem Lokalnego, wszelkie przesłanki zdają się wskazywać, że Dyrekcja ma chyba dosyć samej siebie.

Firma ProstySoft nie pojawiła się z nepotycznego klucza, ale z racji swego niezwykle dobrego marketingu, według którego miała skutecznie prostować ścieżki informatyczne klientów. Może było to prawdą, natomiast Lokalny szczerze wątpił, aby jakakolwiek firma poradziła sobie z chaosem, jaki swymi decyzjami wprowadziła i nadal wprowadza w życie Dyrekcja. Będąc więc w okresie wypowiedzenia, ze złośliwą radością zacierał ręce patrząc, jak ludzie z zewnątrz męczą się z firmowym bałaganem informatycznym. Pomimo usilnych starań okiełznania istniejących procesów informatycznych oraz rozsierdzonych użytkowników, firma ProstySoft musiała dać w końcu za wygraną. Zwrócono się do Lokalnego, jako jedynego wtajemniczonego i obytego z tutejszą materią ludzką, z prośbą o wsparcie. Ten jakby tylko na to czekał. Przyjął propozycję zatrudnienia w nowej firmie, co dawało mu przy okazji lepszą odskocznię dla przyszłej kariery.

Okazało się, że usługa outsourcingu nie jest w efekcie ani tak tania, jak się początkowo wydawało, ani, co gorsza, nie rozwiązuje natychmiast poplątanych problemów, które rodzą się chaotycznie - nie wiadomo skąd - z dnia na dzień. Nawet utytułowana firma zewnętrzna nie była w stanie w mig sprostać bałaganiarskim żądaniom i pomysłom klienta. Jak się bowiem okazuje, łatwiej plątać makaron niż go rozsupływać.

Najlepsze jednak w tym wszystkim jest to, że użytkownicy, którzy dawniej marudzili, gdy musieli poczekać pół godziny na reakcję Lokalnego Informatyka, teraz bez mrugnięcia okiem mogą czekać nawet cały dzień na pojawienie się wsparcia. Nic tak dobrze jak outsourcing nie uczy użytkowników pokory, cierpliwości i szacunku do informatyków.