Podatkowe historie

W Ameryce szefowie sieciowego biznesu oskarżani są o lenistwo w dziedzinie tworzenia podstaw prawnych do swojej działalności, a urzędnicy powołani do rozwiązania kwestii podatkowych skupili się na rozgrywkach ideologicznych, zamiast na konstruktywnej działalności.

W Ameryce szefowie sieciowego biznesu oskarżani są o lenistwo w dziedzinie tworzenia podstaw prawnych do swojej działalności, a urzędnicy powołani do rozwiązania kwestii podatkowych skupili się na rozgrywkach ideologicznych, zamiast na konstruktywnej działalności.

Jak mówią amerykańscy złośliwcy, potencjał intelektualny szefów firm internetowych jest wystarczający do zaproponowania rozsądnego i sprzyjającego rozwojowi systemu podatkowego. A poza tym jest to branża szczycąca się szybkim podejmowaniem decyzji. Niestety, w sprawach wydawałoby się zasadniczych menedżerowie e-biznesu nie zabierają głosu, a urzędnicy powołani do wypracowania propozycji pogrążają się w mało budujących sporach politycznych.

Kiedy w 1998 r. została powołana komisja ds. podatków w dziedzinie biznesu internetowego, optymiści spodziewali się, że będzie możliwy rozsądny kompromis między politykami a biznesmenami. Okazało się jednak, że rację mieli pesymiści. Do 21 kwietnia tego roku komisja powinna zarekomendować jakieś rozwiązanie Kongresowi, ale najprawdopodobniej tego nie uczyni. Pesymiści uważali, że powołanie komisji było dyplomatycznym unikiem administracji prezydenta Clintona przed wyraźnym ustosunkowaniem się do drażliwej kwestii opodatkowania transakcji w Internecie. Propozycje komisji sprowadzają się bowiem jedynie do przedłużenia moratorium do 2006 r. Ten dokument powstał w 1998 r. i obwieszczał zwolnienie biznesu internetowego z podatków przez trzy kolejne lata. Po tym czasie komisja miała przedstawić Kongresowi propozycję konkretnych rozwiązań. Ten czas właśnie mija.

Problem w tym, że przewodniczący komisji Jim Gilmore utrzymuje, że strefa Internetu powinna być zawsze wolna od obciążeń podatkowych, a czyni to ze względów politycznych, a nie merytorycznych. Taka postawa jest bowiem korzystna dla republikanów i daje im cenny atut w walce o kontynuację rządów w Virginii. Tam właśnie teraz rodzi się internetowy boom. Być może Gilmore wie, co jest dobre dla obywateli Virginii, ale nie znaczy to, że jest to dobre dla biznesu elektronicznego. W obecnym systemie władze lokalne nie są w stanie ściągać podatków handlowych od firm, które fizycznie nie są obecne w zasięgu ich jurysdykcji. Lokalni biznesmeni uważają, że to jest wobec nich nieuczciwe, iż jest to forma ukrytego dotowania dużych sieciowych firm handlowych.

Obecne prawo prowadzi do pokrętnej metody uprawniania biznesu przez firmy sieciowe. Lokują biura i magazyny w tych stanach, gdzie nie ma podatków od sprzedaży. Wokół tego budują strukturę biznesową. Jedną z przyczyn, dla której oddział internetowy Barnes & Noble jest osobnym podmiotem prawnym, jest właśnie chęć uwolnienia się od podatków, jakie Barnes & Nobles musi płacić we wszystkich stanach, w których ma sklepy. Jeśli ktoś zakupił książkę w barneandnoble.com, to nie może jej zwrócić - gdyby zmienił decyzję - w tradycyjnej księgarni Barnes & Noble. Firma asekuruje się w ten sposób z obawy przed podatkami. To jednak nie sprzyja ani biznesowi, ani klientom. Firmy zwolnione z podatków zwykle nie potrafią zbudować efektywnego biznesu. Taka dwuznaczna sytuacja upowszechnia również nieprzyjazny wizerunek firm internetowych. W Ameryce podziw dla umiejętności zarabiania pieniędzy i cudzych sukcesów dotyczy tylko tych, którzy grają czysto i rzeczywiś-cie pracują. Uchylanie się od podatków i jednocześnie próbowanie usankcjonowania tego prawnie traktowane są jako gra nie fair.

I zwolennicy, i przeciwnicy opodatkowania Internetu spekulują na temat tego, o jakie sumy toczy się rozgrywka. W przypadku roku 1999 wymieniane są kwoty od ok. 800 mln do 1,2 mld USD. W 2000 r. szacuje się, że będzie to nawet 3 mld, w roku 2003 kwota ta może przekroczyć 10 mld USD.

A konsumenci? Z pierwszych badań wynika, że na razie konsumentom jest wszystko jedno, czy biznesmeni internetowi płacą podatki czy nie, byle tylko oferowali niskie ceny. Ale ten wizerunek...