Pod prąd?

Przedsiębiorstwa ankietowane w tegorocznej edycji konkursu Computerworld "Lider Informatyki" w odpowiedziach podawały przykłady prawdziwego outsourcingu. Prawdziwego, bo będącego czymś znacznie więcej niż tylko zleceniem na zewnątrz tego, co dotąd robiło się samemu i co w istocie w ogóle nie jest outsourcingiem. Mieliśmy więc przykłady ścisłej symbiozy łączącej dostawcę z odbiorcą, przy podręcznikowym niemal zachowaniu kontroli nad całością przez ostatniego.

Historia outsourcingu zna też jednak liczne przypadki odwrotne, kiedy to w praktyce nie wszystko poszło dobrze, a nawet i takie, które kończyły się klapą. Można, z odrobiną demagogii, powoływać się na takie przypadki i uzasadniać w ten sposób, jak bardzo outsourcing jest zły. Ale można też, co sam kilka razy robiłem, odwoływać się do nich jako do ostrzeżeń przed wdawaniem się w relacje outsourcingowe z wielkim entuzjazmem, ale za to bez należytego przygotowania i z nadzieją, że samo z siebie wszystko będzie lepiej i taniej. Wcale zaś tak nie musi być, bo bez wiedzy, doświadczenia i wysiłku z pewnością będzie gorzej i drożej. A takie są skutki, gdyż działanie w warunkach pełnego outsourcingu to sztuka zupełnie innego rodzaju niż prowadzenie własnego ośrodka, z własną załogą i takimiż zasobami technicznymi.

Zachowując wszelkie proporcje i nie niwelując różnic dzielących outsourcing od zjawiska cloud computing, można oczekiwać, że podobne dylematy pojawią się z czasem i tu, jak tylko zdobędzie u nas większą popularność. Pojawił się jednak ostatnio przykład Orlenu, który stał się wodą na młyn dla niektórych sceptyków czy nawet wrogów cloud computing. Powołują się oni, a jakże, na Nicolasa Carra, autora głośnego stwierdzenia "IT Doesn’t Matter", który dość późno przystąpił do grona zagorzałych zwolenników cloud computing. Tenże Carr często odwołuje się do przykładu dystrybucji mocy napędowej w fabrykach, które miały kiedyś własne źródła energii w postaci złożonych, mechanicznych systemów transmisyjnych, napędzanych wspólną (i własną) maszyną parową. Napęd ten później zastąpiły indywidualne silniki elektryczne, zasilane jednak przez własną elektrownię. I na tę właśnie, zanikłą już dzisiaj, własną elektrownię powołuje się Carr, przyrównując do niej własne źródło mocy obliczeniowej. Kontynuując te rozważania, dochodzi on do wniosku, że tak jak znikły własne elektrownie, tak zaczną znikać własne centra obliczeniowe.

Wspomniany przykład koncernu naftowego Orlen dotyczy zamiaru wybudowania własnej elektrowni o mocy około 500 MW. Nie trzeba znać się na szczegółach przeróbki ropy naftowej, by zrozumieć, że - upraszczając - odparowywanie i potem skraplanie kolejnych frakcji wymaga dużo, bardzo dużo energii (w której przekazywaniu w wielu miejscach pośredniczy ostatecznie, ze względów praktycznych i bezpieczeństwa, para wodna). Chwilowy nawet brak energii musi pociągać za sobą spore straty surowca i może grozić uszkodzeniami sprzętu oraz instalacji. Stąd potrzeba dysponowania niemal natychmiast dostępnym zapasem energii, którą w warunkach normalnego działania można sprzedawać do sieci energetycznej kraju, gdzie perspektywa braków jest coraz bardziej widoczna.

W końcu przecież każdy porządny ośrodek obliczeniowy, czy to własny, czy usługowy, też ma własną elektrownię, tyle że o niewielkiej mocy. A zanim w sytuacji krytycznej taka własna elektrownia zadziała, zapotrzebowanie na prąd ze strony najważniejszych urządzeń zapewniają zasilacze akumulatorowe. Aby zaś zapewnić szybkie uruchomienie silnika Diesla o mocy kilkuset kilowatów w takiej "elektrowni" wystarczy - i to się robi - stale podgrzewać prądem z sieci jego paliwo, olej i płyn chłodzący. Wtedy, w razie potrzeby, rozruch i osiągnięcie pełnej mocy zajmują około minuty. Uruchomienie jednak własnej elektrowni o mocy liczonej w setkach megawatów (przypadek Orlenu), to już sprawa godzin, no i trudno raczej o zasilacze akumulatorowe o takiej mocy. Stąd decyzja Orlenu to wcale nie działanie pod prąd. To kiepski argument pośredni przeciw rozwiązaniom cloud computing.


TOP 200