(Po)świąteczne okruchy

Jeszcze ten rok dobrze się nie skończył, a już pojawiły się jego podsumowania, jakby w grudniu nic już nie miało się zdarzyć.

Przypomina to nieco reklamy gwiazdkowe w marketach, które tu i tam przekroczyły już (wstecz) nieprzekraczalną dotąd granicę 1 listopada. Co, jak pójdzie tak dalej, przyniesie kiedyś „gwiazdkę w maju”, będącą dotąd symbolem absurdu. Równie obficie sypią się prognozy, czy raczej proroctwa na rok 2014. Malo kto jednak, o ile w ogóle ktokolwiek, próbuje porównać swe wróżby sprzed roku z tym, co rzeczywiście się zdarzyło.

Sam wiem, jak śliska to sprawa, bo dałem się kiedyś na coś takiego namówić. No i napisałem wtedy, że dyski SSD długo jeszcze nie trafią do zastosowań profesjonalnych, gdyż ciągle nie rozwiązany pozostaje problem ich szybkiego „zużycia”, postępującego w miarę użytkowania. I niby nadal mam rację, bo nic w tym względzie się nie zmieniło, ale cena ich spadła już na tyle, że niektórzy producenci proponują ich stosowanie powiązane z profilaktyczną wymianą co roku lub co dwa lata, zanim owo „zużycie” da o sobie znać.

Tak przy okazji – nasi domorośli specjaliści od języka inglisz słowo „solid”, występujące w nazwie tych dysków, tłumaczą jako „solidny”, a tym przypadku oznacza ono „stały” albo „lity”, czyli stanowiący jedną zwartą całość.

Przypomniał nam też w świątecznym numerze jeden z tygodników nieznaną niemal postać Lwa Termena, który, jeszcze w latach 20. w Rosji skonstruował muzyczny instrument elektroniczny. Instrument ten zadziwił wówczas świat, a w USA podjęto nawet próbę jego masowej produkcji pod nazwą Theremin, o czym więcej można się dowiedzieć ze strony www.thereminworld.com. Nie o perypetie samego wynalazcy jednak, który zmarł 20 lat temu w Moskwie w wieku 97 lat, mi chodzi, ale o to, że to kolejny dowód na stopniowy, a nie rewolucyjny, charakter postępu w zastosowaniach elektroniki. A odnosi się to również, a może i przede wszystkim, do naszego, informatycznego poletka, czego przykładem jest chociażby historia wspomnianych tu przed chwilą dysków SSD. Dysków, które są dyskami już tylko z nazwy i koncepcji, po to, by zapewnić im łatwą zamienność z dyskami „prawdziwymi”.

Pośród grudniowych, przedświątecznych jeszcze, wydarzeń były też takie, które skłaniają do głębszej refleksji, takie jak największe ponoć w całej historii uroczystości żałobne w związku ze śmiercią przywódcy i polityka Nelsona Mandeli. Wydarzenie to przypomniało mi historię sprzed lat kilkunastu, kiedy to pewien irlandzki magazyn, szykując gwiazdkowy numer, zamierzał zamieścić w nim sylwetki znaczących przywódców politycznych i duchowych, wskazanych przez osoby z różnych krajów. W Polsce trafiło na mnie, zapewne nie bez udziału irlandzkich przyjaciół. To, czego oczekiwali z polskiej strony, zdawało się więcej niż oczywiste (dwaj panowie na W.), a odpowiedź, jaką otrzymali, musiała wprawić ich w niezłe zdumienie. No i trafiło do tego magazynu, że taki to a taki facet z Polski za godnych wyróżnienia uważa polityka Nelsona Mandelę i arcybiskupa Desmonda Tutu. A była to z mojej strony deklaracja całkowicie szczera, bez śladu jakiejś przewrotności. Zresztą dziś moja odpowiedź byłaby taka sama.

Wydarzeniem zaś technicznym roku, ze znaczącym udziałem informatyki, była udana próba podniesienia do pozycji pionowej leżącego na boku wraku olbrzyma pasażerskiego Costa Concordia. Była to jedyna w swoim rodzaju, długo przygotowywana operacja inżynierska, której aspekty widowiskowe przyćmiły w reportażach wszystko inne. A przecież, podobnie jak to było kiedyś w Chile przy wydobywaniu uwięzionych pod ziemią górników, główną rolę grały w tym komputery, na bieżąco dokonujące obliczeń i – niemal dosłownie – kierujące poczynaniami maszyn i ludzi.

W którymś ze świątecznych magazynów wyróżnił też ktoś kategorię prezentów „nigdy nie otwartych”. Nie wiem, co miał na myśli, ale sam też mam takie. Nie dlatego, że były niechciane czy nietrafione, lecz mające swym stanem nieotwarcia dawać złudne wrażenie trwania chwili ich otrzymywania.