Permanentna inwigilacja, czyli scoring po chińsku

Już za kilkanaście miesięcy Chiny mogą stać się państwem w pełni kontrolowanym informatycznie. Do 2020 roku każdy obywatel tego kraju ma zostać objęty Systemem Zaufania Społecznego. Trzeba będzie zasłużyć sobie na to, by być przez państwo (partię, rząd, instytucje) uznanym za godnego zaufania.

Co powiecie na system, który de facto już kontroluje wasze znajomości (nie z każdym warto przecież rozmawiać), poranną prasówkę w internecie, zakupy, słuchaną muzykę, oglądane filmy, o poglądach politycznych już nawet nie wspominając? System śledzi dosłownie każdy ruch obywatela chińskiego w świecie rzeczywistym i wirtualnym. Koniec z niepłaceniem podatków i przejeżdżaniem na czerwonym świetle.

Po co Chinom scoring obywateli zakrojony na tak szeroką skalę? W ostatnich dekadach w Państwo Środka było zżerane przez korupcję, malwersacje finansowe, zaś korporacje wielokrotnie pokazały, że w dążeniu do zysku nie cofną się przed żadnym oszustwem. Sztandarowym przykładem była sprawa skażonego mleka z 2009 roku. Zatruło się wówczas kilkaset tysięcy dzieci, z których sześcioro zmarło. Takie afery podkopują zaufanie obywatela do państwa, które ma go chronić. System Zaufania Społecznego ma „przywrócić wiarę obywatela w swój kraj, który stoi na straży jego praw”.

W praktyce jednak oznacza to całkowitą kontrolę nad obywatelem. Już dziś Chińczycy odczuwają na własnej skórze tę ochronę, zapewnianą przez partię. W trosce o ich dobro aplikacje, takie jak Facebook czy Instagram są zablokowane, ponieważ chińskie odpowiedniki bardziej „dbają” o odbiorców: są po prostu kontrolowane, tak jak i cała przestrzeń chińskiego internetu, w ramach istniejącego od 1998 roku projektu Złota Tarcza, podlegającego Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego ChRL.

Scoring po chińsku. Napiętnować bumelanta

Dziś udział w pilotażu Systemu Zaufania Społecznego jest dobrowolny. W lokalnych programach bierze udział około 6 % populacji. Są to zarówno osoby fizyczne i prawne. Udział firm w systemie będzie dotyczył również podmiotów zagranicznych. Jak zaznacza „The Guardian”, do systemu włączane są firmy posiadające chińską licencję na prowadzenie działalności gospodarczej.

Dziennikarze agencji Bloomberg opisali, jak działają lokalne pilotaże systemu i jakie są między nimi różnice. Na przykład w mieście Hangzhou wolontariat i krwiodawstwo są wysoko oceniane jako działalność prospołeczna. Można dostać za nie dobre oceny w systemie. Tymczasem łamanie przepisów ruchu drogowego obniży ocenę kredytową. Z kolei w Zhoushan obywatele nie mogą palić i używać telefonów komórkowych podczas prowadzenia pojazdu. Nie mogą również wyprowadzać psów bez smyczy i głośno odtwarzać muzyki w miejscach publicznych. To znaczy – mogą, ale zaszkodzi to ich ocenie w systemie. Mieszkańcy milionowego Yiwu mogą poprawić swoje wyniki pomagając osobom starszym i chroniąc własność publiczną. Analogicznie – ocena tych, którzy nie będą płacić rachunków za usługi komunalne, spadnie. Mieszkańcy Rongcheng poszli jeszcze dalej, dodając własny system kar do restrykcji wynikających z systemu.

Program powoli nabiera rumieńców. Wyłapywani są nieprzydatni społecznie obywatele – na przykład tacy, którzy przez wiele godzin nie robią nic innego poza graniem w gry wideo, czy unikający płacenia na rzecz miasta (usługi komunalne). W Polsce też piętnowano niegdyś „bumelantów”. Inna była jednak skala i technologie wychwytywania takich osób...

Scoring po chińsku. Bez auta, szkoły i biletu

Wyrabianie nawyków bycia dobrym obywatelem za pomocą systemu kontroli, karania i nagradzania jest jak zły sen, ale nie dla tych Chińczyków, którzy już odczuli pierwsze trudności. Obywatele podzieleni na cztery podstawowe klasy „przydatności”, jeśli chcą korzystać z praw obywatelskich, muszą znaleźć się w odpowiedniej tabelce. Ci najlepsi, z etykietką wzorowego obywatela ChRL, nie mają problemów z nabyciem dóbr konsumpcyjnych, otrzymaniem kredytu, znalezieniem dobrej pracy.

Obywatele zakwalifikowani do niższych grup nie mogą liczyć na pobłażliwość chroniącego ich państwa. Ich zachowania monitorowane są na bieżąco. Na przykład w Yiwu mieszkaniec z niską punktacją w systemie nie kupi lepszego samochodu, nieruchomości, czy nie wyśle dzieci do lepszych szkół. „Najgorsi” obywatele nie dostaną też paszportu. Centralny scoring nie pozwoli też na pożyczenie pieniędzy.

Dwa lata temu agencja China News Service podała, że Industrial and Commercial Bank of China odrzucił 2833 wnioski kredytowe i 210 000 wniosków o karty kredytowe od dyskredytowanych wnioskodawców. W tym czasie Sezam Alipay odmówił ponad 500 tysiącom użytkowników dalszego finansowania po przekroczeniu limitu kredytowego. Odmówienie dostępu do kredytowania ma też inne konsekwencje. Ta sama agencja poinformowała, że 4,9 milionom osób odmówiono możliwości zakupu biletów lotniczych, a ponad półtora miliona Chińczyków nie może kupić biletów na pociągi. To już nie są żarty.

Scoring po chińsku. Alibaba i inni rozbójnicy

Na razie wielki eksperyment społeczny dotyczy kilku milionów „próbek”, ale za chwilę grubo ponad miliard ludzi będzie musiał żyć tak, jak chce władza. A wszystko to dla ich szczęścia i dobrobytu. Komunistyczna Partia Chin sformułowała ten program systemu kredytów społecznych, by stworzyć „harmonijne społeczeństwo socjalistyczne”. Dotychczasowe działania na kilkumilionowej grupie ochotników to dopiero rozgrzewka, jednak dobrze zaplanowana i metodycznie wdrażana. W sukurs przyszłej totalnej kontroli idą cały czas specjalne programy, mające na celu przygotowanie do wielkiego otwarcia. Państwo gromadzi odciski palców i inne dane biometryczne na temat swoich obywateli, nie wyłączając nawet kodów DNA.

Tak szeroko zakrojona operacja nie byłaby możliwa bez aliansu tronu i prywatnego biznesu, działającego w obszarze nowych technologii. Sztandarowym przykładem tej symbiozy jest współpraca państwa z takimi gigantami jak Alibaba Group czy Tencent Holdings Limited. Alibaba, koncern założony i prowadzony przez Jacka Ma, znany jest dobrze polskim konsumentom. Z Chin do polskich portów trafia masa kontenerów wypełnionych e-commerce’owym dobrem, które Polacy kupują na tej jednej z największych na świecie platform zakupowych. Dla Chińczyków Alibaba to jednak w dużej mierze twórca aplikacji Alipay. Codziennie ponad pół miliarda obywateli Państwa Środka za pomocą aplikacji płaci praktycznie za wszystko, co jest dostępne na rynku.

Ponieważ najważniejsze jest zaspokajanie potrzeb konsumenta, firma wyszła naprzeciw oczekiwaniom przeciętnego Chińczyka, tworząc wokół Alipay środowisko Zhima Credit, czyli Sezam. W tym kraju nie istnieje rozwinięty system kredytowy, dlatego aplikacja daje obywatelom możliwość realizowania odroczonych płatności za transakcje. Oczywiście nie ma nic za darmo – Sezam, dzięki algorytmom, sprawdza historię zakupową obywatela, terminowe płatności i zachowania konsumenckie. Ponieważ jest powiązany z największą chińską aplikacją randkową i tamtejszym odpowiednikiem Ubera, przy okazji zbiera nieco inne dane niż tylko zakupowe.

Jeśli wierzyć w przypadek, wprowadzenie systemu Sezam zbiegło się właściwie z rządowym pomysłem budowy Systemu Kredytu Społecznego. Te same narzędzia, podobny cel, nie dziwi zatem, że to informatycy Alibaby pracują przy pilotażu państwowego systemu oceny obywatela. Ale Alibaba i Alipay to nie całe wsparcie państwa i partii. W prace nad systemem zaangażowało się do tej pory osiem firm technologicznych, w tym również Tencent, właściciel aplikacji WeChat, z której korzysta 850 milionów osób, w większości Chińczyków.

Czy firmy technologiczne to wzorcowy przykład azjatyckiego altruizmu? Nie. Powiązania biznesu i władzy nie są żadna tajemnicą. W Chinach krezusem jest ten, komu władza na to pozwoli.

Z drugiej strony przedsiębiorstwa raczej nie mają wielkiego pola manewru. Pekin zadbał o lojalność i chęć pomocy, nakłaniając prywatne przedsiębiorstwa do przekazywania 1 procenta udziałów na rzecz państwa. Tyle, że posiadacz jednej setnej udziałów ma prawo decydować o działaniach w firmie. Jakby to nie brzmiało, dostawcy technologii w gruncie rzeczy łapią Pana Boga za nogi. Nie przechodzi się obojętnie obok udziałów w wielkim torcie, w którym podstawowym składnikiem są dane 1,3 miliarda ludzi i stojące za tym astronomiczne sumy. Dlatego firmy te stają w szranki, pracując nad technologiami potrzebnymi państwu.

Scoring po chińsku. Wszystkiego najgorszego

Europejskich wartości nie można tak po prostu przyłożyć do azjatyckiego giganta i oceniać przez pryzmat Starego Kontynentu. To inna kultura, inne pojmowanie wolności, wreszcie inne sposoby rozwoju cywilizacyjnego. Chiny do niedawna realizowały doktrynę Deng Xiaopinga, nazywaną doktryną 24 znaków. Zakładała ona brak aktywności na arenie międzynarodowej i ukrywanie prawdziwego potencjału chińskiego. A potem kurtyna opadła. Świat nagle ujrzał kraj, który pod przewodnictwem Xi Jinpinga zwycięsko wychodzi z rywalizacji gospodarczej, stając się globalną potęgą. W 2009 roku Chiny były już największym eksporterem towarów na świecie.

A to nie koniec zmian. W 2021 roku ma zakończyć się tworzenie stabilnej klasy średniej i gospodarki budowanej w oparciu o nowoczesne technologie. Na 2049 rok zaplanowano wielki przełom w historii – renesans narodu chińskiego. To nie jest europejski sposób planowania. To nie są też europejskie, znane metody budowy społeczeństwa – nie licząc systemów utopijnych, czy wręcz totalitarnych. Ścieżka, która ma wprowadzić Chiny w nową erę, wiedzie przez przebudowę sposobu kontrolowania społeczeństwa poprzez państwowy system oceny obywatela. Państwo ma do tego nieograniczone możliwości, również technologiczne.

Co na to obywatele? Oficjalnie są zachwyceni, a przynajmniej pozytywnie odnoszą się do pomysłu. Choć liczą się z tym, że błędu nie da się ustrzec. Tak było na przykład w mieście Suining, gdzie skompromitowany pilotaż zawieszono. Nieoficjalnie – tu niespodzianka – wielu Chińczyków również popiera tak dalece posunięty monitoring zachowań społecznych. Dlatego przykładanie europejskich miar wartości do Chin wydaje się być bezsensowne.

Czy plan Xi Jinpinga się powiedzie? On sam twierdzi, że tak. Światowi eksperci mają jednak podzielone opinie. Problemem może być objęcie całego kraju jednym systemem, co może się po prostu nie udać ze względu na skalę przedsięwzięcia. To już jednak zmartwienie współpracujących z rządem gigantów technologicznych, które osładza im nieco perspektywa zysków.

Inny, być może najważniejszy problem, na który zwróciła uwagę Sylwia Czubkowska w „Gazecie Wyborczej”, to technologia, a konkretnie analiza zebranych danych. Nauczenie i nakarmienie systemu odpowiednimi algorytmami wymaga posiadania wysoce zaawansowanych platform SI.

Z punktu widzenia chińskich władz wprowadzenie systemu musi zakończyć się sukcesem. Dlatego państwo nie szczędzi miliardów na rozwój technologiczny projektu. Z perspektywy wolnego świata, gdzie panuje poszanowanie praw człowieka, temu przedsięwzięciu należałoby życzyć wszystkiego najgorszego.