Pędzi parowóz historii

Ulegając zrozumiałej fascynacji oszałamiającym rozwojem technologii, nie zapominajmy, że prawdziwym ograniczeniem przemysłu informatycznego najczęściej nie jest ani niedostateczna szerokość pasma, ani brak kilku dodatkowych gigabajtów pamięci, ani nawet karygodne posługiwanie się COBOL-em zamiast Javy, lecz niezmienne, stare czynniki: błędne algorytmy, nieskuteczna organizacja i kwestie psychologiczne.

Ulegając zrozumiałej fascynacji oszałamiającym rozwojem technologii, nie zapominajmy, że prawdziwym ograniczeniem przemysłu informatycznego najczęściej nie jest ani niedostateczna szerokość pasma, ani brak kilku dodatkowych gigabajtów pamięci, ani nawet karygodne posługiwanie się COBOL-em zamiast Javy, lecz niezmienne, stare czynniki: błędne algorytmy, nieskuteczna organizacja i kwestie psychologiczne.

W tym samym czasie, kiedy poeta pisał "Rewolucji nie trzeba glorii, nie trzeba szumnych metafor. Pędzi parowóz historii, błyska stulecie-semafor" (1), nowo wydana encyklopedia definiowała cybernetykę jako "burżuazyjną pseudonaukę".

Wiele się zmieniło od tamtego czasu - dziś mało kto wie, co nazywano "cybernetyką" (informatykę) i co to była "burżuazja" (ci, którzy zdaniem pozostałych powinni płacić 50-proc. lub jeszcze wyższy podatek dochodowy albo poświęcić się czesaniu białych niedźwiedzi).

Poniosła mnie chyba atmosfera jubileuszu - aż tak dostojnego wieku tygodnik Computerworld jeszcze nie osiągnął. A szkoda - miło byłoby powspominać komputery Odra, karty dziurkowane do (niektórzy używają ich nadal do zapisywania listy zakupów), huk "fleksorajterów", nocne oczekiwania na kompilację, języki programowania FORTRAN i COBOL.

COBOL-u zresztą wcale nie trzeba wspominać - nadal niejedna jego linijka tkwi w podziemiach wielu banków. To, co należy już do historii informatyki, czasem jest nadal zupełnie realną rzeczywistością przemysłu informatycznego. Bywa też odwrotnie: to, co wydaje się przestarzałe z perspektywy wiecznie głodnej nowości (i pseudonowości) branży informatyczno-komputerowo-telekomunikacyjnej, jest wbrew pozorom nadal istotne i prawdziwe.

W nowo powstałej książce (2) profesor Bogdan Wiszniewski pisze: "Kiedy na jednym ze szkoleń prowadzonym przez jednego z nas [...] padło pytanie o aktualność prezentowanych modeli w odniesieniu do nowych języków , które nieustannie się zmieniają i ewoluują, odpowiedź nasunęła się natychmiast: zasady dynamiki Newtona są stabilne i już dosyć stare, a zgodnie z nimi latał zarówno pierwszy samolot braci Wright, jak i latać będą hipernaddźwiękowe samoloty pasażerskie będące dopiero w fazie futurystycznych rozważań".

Ulegając zrozumiałej fascynacji oszałamiającym rozwojem technologii, nie zapominajmy, że prawdziwym ograniczeniem przemysłu informatycznego najczęściej nie jest ani niedostateczna szerokość pasma, ani brak kilku dodatkowych gigabajtów pamięci, ani nawet karygodne posługiwanie się COBOL-em zamiast Javy, lecz niezmienne, stare czynniki: błędne algorytmy, nieskuteczna organizacja oraz kwestie psychologiczne, o których pisano już wielokrotnie. Problemy, jakie napotykały próby masowej produkcji żaglowców w XVI-wiecznej Wenecji, kiedy dotychczasowe rzemiosło usiłowano przetransformować na proces powtarzalny i dający się kontrolować, pod niejednym względem przypominają nasze współczesne kłopoty z zarządzaniem projektami informatycznymi.

Choć Computerworld nie osiągnął jeszcze - i nigdy nie osiągnie - czcigodnego wieku samej informatyki, to bez wątpienia jest rówieśnikiem polskiego przemysłu informatycznego, towarzyszy mu na trudnej drodze w stronę przyszłości, na której na szczęście (może ktoś pomyśli, że niestety), brak jednoznacznych semaforów oraz heroicznych maszynistów. Chyba dlatego ta branża jest tak ciekawa?

Od sierpa i młota do Internetu

Kiedy narodził się Computerworld, do Polski przez otworzone nagle śluzy wlewały się właśnie szeroką strugą najnowsze technologie informatyczne i komputerowe ze świata. Towarzyszyły temu dwa dominujące stany emocjonalne. Po pierwsze, wyraźna stała się przeraźliwa przepaść, dzieląca nasz ówczesny poziom technologiczny od światowej rzeczywistości, przez co wielu uległo skłonności do deprecjonowania wszystkiego, co nie przyszło w opakowaniu z nadrukiem "Made in the West". Z drugiej strony, rodziły się rozmaite resentymenty: jak to, nie wypadliśmy przecież sroce spod ogona, a nie wszystko, co "zachodnie" jest znowu takie znakomite. Takie resentymenty, choć najzupełniej słuszne, mogły jednak doprowadzić do dramatycznego pomieszania pojęć i wartości, którego świeżym przykładem jest "szynka jak za Gierka". Na szczęście, nie widziałem jak dotąd produktów reklamowanych "jakość jak z Kombinatu Lepsze Jutro" ani propozycji lekkiej metodyki projektowej pod hasłem "jak na budowie Huty Katowice".

Minione 15 lat można podsumować prosto: ucywilizowaliśmy się informatycznie, a roczniki Computerworlda są kroniką tego procesu. Luka technologiczna i cywilizacyjna, symbolizowana przez robotnika w gumofilcach, z łopatą i w kufajce z jednej strony, a obsługującego skomputeryzowaną linię produkcyjną pracownika w białym fartuchu z drugiej strony, ta luka znikła. Oczywiście, nietrudno znaleźć w Polsce wiele miejsc, gdzie poziom infrastruktury i usług informatycznych jest niższy niż w Dolinie Krzemowej, ale nie chodzi przecież o informatyzowanie się na siłę, tylko w zgodzie z realnymi potrzebami firm! Przy okazji wyszło na jaw, że zaiste niektórzy polscy informatycy są znakomici, regularnie wygrywają np. prestiżowy ranking "Top Coders". W dodatku, wbrew krakaniu zawodowych czarnowidzów, wcale masowo nie wyjeżdżają z kraju, bo tutaj czekają ich równie porywające wyzwania, tak techniczne, jak i organizacyjne, a często otwierają się o wiele ciekawsze możliwości dla nich niż na "zachodzie".

Powolne zwycięstwo użyteczności

Żeby nie ograniczyć rozważań do kwestii "słoń a sprawa polska", zajmijmy się także zmianami, które miały miejsce w tym okresie w informatyce niezależnie od miejsca na mapie.

Zjawiskiem, które nietrudno zaobserwować, jest powolny wprawdzie, ale zdecydowany marsz produktów informatycznych w stronę większej łatwości użytkowania i obsługi, zwanej użytecznością. Ktokolwiek miał wątpliwą przyjemność posługiwania się aplikacją na komputerze typu mainframe, wie jak przeraźliwie wręcz niewygodne, nienaturalne i zawiłe było wykonanie przy jej użyciu czynności, którą przez dobry, graficzny interfejs daje się zrobić kilkoma intuicyjnymi kliknięciami.

Wiele czynników wymusiło ten kierunek ewolucji. Rozpowszechnienie się informatyki spowodowało, że dawną klasę operatorów, nielicznych, dobrze wyszkolonych w zakresie aplikacji, którą obsługiwali, a ponadto pokornych wobec technologii, którą przyszło im obsługiwać, zastąpiła nowa klasa. Nowymi operatorami są prawie wszyscy, a więc obsługa systemów i aplikacji nie jest już domeną wybrańców. Różnorodność zastosowań komputerów powoduje, że nikt praktycznie nie jest w stanie dokładnie zgłębić wszystkich możliwych aplikacji, co pociąga konieczność ich obsługi bez szans na tygodniowe, wstępne szkolenie. Wreszcie staliśmy się o wiele bardziej aroganccy... przepraszam, asertywni, i domagamy się, aby produkty były łatwe i wygodne.

Rozpowszechnienie się Internetu i oferowanych za jego pomocą usług spowodowało, że straty, wynikające z trudnego, zawiłego, nieprzyjemnego interfejsu i trybu obsługi witryny firmy odczuwają bardzo szybko, zdecydowanie i boleśnie na własnej kieszeni, co wymusza dbałość o użyteczność.

Wreszcie, rozpowszechnienie się systemów wbudowanych sprawia, że ewentualne błędy użyteczności, powodujące - często przywoływaną jako rzekome wyjaśnienie przyczyny awarii - "pomyłkę operatora", już nie kończą się tylko niebieskim ekranem czy utratą jakichś danych, ale mogą zranić lub zabić. Konsekwencje pomyłki kierującego skomputeryzowanym samolotem pilota są mniej akceptowane niż skutki błędu operatora obsługującego wykonywany raz na miesiąc płacowy program wsadowy.

Wiele zmieniło się na lepsze, ale droga przed branżą informatyczną jeszcze jest daleka. Bardzo nieliczne firmy oferują wyspecjalizowane usługi w zakresie tzw. inżynierii interakcji, a jej znaczenia większość informatyków jeszcze nie rozumie lub myli ze znacznie węższą dziedziną, jaką jest ergonomia samego interfejsu. W praktyce, projektowanie, konstruowanie i testowanie interakcji między systemami a użytkownikami zawłaszczyły dwie grupy zawodowe, pozbawione jakichkolwiek kompetencji w tym kierunku. Informatycy i programiści, specjalizujący się i znajdujący satysfakcję w rozwiązywaniu technicznych zagadek i łamigłówek, zdają się niekiedy oczekiwać podobnych upodobań od użytkowników. Z drugiej strony nacierają plastycy, specjaliści od wzornictwa przemysłowego, spragnieni chwały i nagród za najoryginalniejsze, najbardziej estetyczne projekty, gdzie intuicyjna, czerwona wajcha uruchamiająca urządzenie zostaje zastąpiona dyskretnie wtopionym w obudowę, niemożliwym do intuicyjnego odnalezienia czujnikiem.

Uwzględnienie znaczenia inżynierii interakcji jest wyzwaniem, które czeka przemysł informatyczny w najbliższej przyszłości.


TOP 200