Państwo "sprywatyzowane"czy publiczne?

Urzędnicy boją się procesu "prywatyzacji" administracji publicznej, a nie jej informatyzacji.

Urzędnicy boją się procesu "prywatyzacji" administracji publicznej, a nie jej informatyzacji.

W wielu krajach o tradycji liberalnej, jak na przykład Wielka Brytania, Nowa Zelandia, Australia, ważną rolę odgrywa koncepcja nowego zarządzania sektorem publicznym (NPM - New Public Management), która - w ogromnym skrócie - polega na oursorcingu, czyli prywatyzowaniu określonych funkcji pełnionych przez administrację publiczną. W innych państwach - Francja, Niemcy - pojawiły się rozwiązania nawiązujące do koncepcji Maxa Webera (Neo-Weberian States), które zakładają zachowanie idei sektora usług publicznych ze służbą cywilną o wyjątkowym statusie, wysokiej kulturze biurokratycznej i kompetencjach.

Jaką opcję wybierze w najbliższym czasie Polska? Przecież nasze państwo nie "praktykowało" ani jednego z wyżej opisanych rozwiązań. III Rzeczpospolita jest, moim zdaniem, zaprzeczeniem racjonalnej konstrukcji opisanej przez Maxa Webera, czego dowodem (w sferze informacji) jest irracjonalnie duża ilość ogólnokrajowych identyfikatorów: PESEL, NIP, REGON, itd. Właśnie skomplikowany system rejestrów jest całkowicie niekompatybilny z tradycją liberalną, utrudnia - lub wręcz uniemożliwia - wprowadzenie w Polsce rozwiązań związanych z praktyką NPM. Przy czym, jak twierdzą specjaliści (patrz: dr Marcin Sakowicz - "Modernizacja samorządu terytorialnego" SGH 2007 r.), rozpatrywanie dalszego rozwoju samorządu terytorialnego w dychotomii decentralizacja-centralizacja jest błędne z punktu widzenia codziennego funkcjonowania administracji publicznej w społeczeństwie informacyjnym. Opozycja dekoncentracja-koncentracja aparatu administracyjnego odzwierciedla lepiej realne problemy, z jakimi boryka się nasze państwo.

Przypuśćmy, że Polska wprowadzi dowody biometryczne. W takiej sytuacji (niezależnie od koncepcji systemu informatycznego, który wydawaniem dowodów będzie zarządzał) rola państwa, wojewodów w stosunku do gmin będzie - niezależnie od ustaw - wzmocniona. Rozwój biometrii - w warunkach globalnego starcia cywilizacji - będzie wymuszał wzrost roli organów centralnych w stosunku do samorządu.

Jakie rozwiązanie zostanie zaproponowane przez zespół prof. Kuleszy, który pracuje nad nową ustawą decentralizacyjną? Ustawa redefiniująca rolę samorządów będzie musiała być ściśle skorelowana z pakietem ustaw dotyczących reformy służby zdrowia. To dlatego (i słusznie) wstrzymano prace nad RUM-em. Zwracam przy tym uwagę - o czym nikt nie ma odwagi pisać - że absorbcja pieniędzy unijnych przeznaczonych na RUM, PL.ID, PESEL, ePUAP będzie bardzo ograniczona w przyszłym roku, ponieważ najpierw trzeba uchwalić prawo, a dopiero potem można je informatyzować.

Podobieństwa i różnice

Innymi słowy, istnieje głęboka sprzeczność pomiędzy efektywnym wykorzystaniem środków unijnych a reformą państwa, z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę. Jednak pytanie najważniejsze, to próba sformułowania punktów stycznych i różnic, jakie łączą i dzielą ludzi z różnych opcji politycznych. W czym jesteśmy zgodni, w czym nie.

Najważniejszym aktem prawnym wyznaczającym ramy organizacyjne informatyzacji administracji publicznej w naszym kraju jest ustawa o informatyzacji administracji publicznej uchwalona w 2005 r. za rządów premiera Belki. Ustawa ta została opracowana wspólnie przez - z jednej strony - ekspertów Unii Pracy, PiS-u, różnych stowarzyszeń ("Miasta w Internecie", Isoc), z drugiej zaś - przez urzędników Ministerstwa Nauki i Informatyzacji (ministrem MNiI był prof. Kleiber). Za ustawą tą głosowały praktycznie wszystkie kluby poselskie. Zawiera ona punkt zobowiązujący rząd do sformułowania i wprowadzenia w życie Planu Informatyzacji Państwa (PIP). Plan ten został zatwierdzony przez poprzedni rząd. Co ważniejsze, poprzedni rząd wprowadził reformy, których nie zlikwidował rząd premiera Tuska. Dział informatyzacji został przeniesiony do MSWiA, powołano do życia Komitet Stały Rady Ministrów ds. Informatyzacji i Telekomunikacji, który w założeniu miał zostać przekształcony w ponadresortwy Urząd ds. Informatyzacji. PIP będzie zredefiniowany przez aktualny rząd po konsultacjach społecznych i koniecznych uzgodnieniach międzyresortowych. Przypominam, że po to m.in. powołano do życia Komitet Stały Rady Ministrów ds. Informatyzacji i Telekomunikacji, by maksymalnie usprawnić i przyspieszyć proces uzgodnień międzyresortowych.

Tak więc zarówno ten, jak i poprzedni rząd używają tych samych narzędzi prawnych i organizacyjnych. Co więcej, wiceminister Drożdż, odpowiedzialny za informatyzację i rejestry w MSWiA, dokonał - moim zdaniem słusznej - reorganizacji podległych mu jednostek administracyjnych powołując Departament Projektów, co niewątpliwie usprawni koordynację prac nad PL.ID i ePUAP.

Co jednak różni przedstawicieli rządzącej partii (nazwijmy PO umownie ugrupowaniem liberalnym) od tych przedstawicieli kręgów technokratycznych, które podkreślają, że we współczesnej, globalnej gospodarce rola państwa musi być w obszarze informacyjnym wzmocniona? Aby odpowiedzieć na to pytanie, posłużę się opiniami red. Huberta Salika oraz dr. Dominika Batorskiego, socjologa z UW, drukowanymi w Rzeczpospolitej 14-15 sierpnia br.

Oba w/w artykuły prezentują typowy dla elit III Rzeczypospolitej punkt widzenia, który rozpatruje proces informatyzacji administracji publicznej z punktu widzenia ilości rozpisanych przetargów, nie biorąc jednocześnie pod uwagę faktu, że proces ten polega na informatyzowaniu prawa i, co najważniejsze, od kilku lat powinien być on podporządkowany informacyjnemu scaleniu naszej administracji ze strukturami UE. Autorzy tych artykułów traktują informatyzację całkowicie w oderwaniu od innych funkcji realizowanych przez państwo. Nie odpowiadają na wiele istotnych pytań. Jaki jest wpływ informatyzacji na reformę państwa (ustawa decentralizacyjna, pakiet ustaw związanych ze służbą zdrowia itd.)? Co trzeba zmienić w obiegu informacji - na poziomie sejmu, rządu, samorządów - aby wprowadzić budżet zadaniowy, który będzie prawdziwą rewolucją w naszym państwie? Czy edukacja w zakresie informatyki nie powinna skupić się nie na uczeniu różnych systemów i rozumieniu procesów zachodzących w komputerze a nie, jak to jest dotychczas, na - odziedziczonej po systemie prl-owskich szkół zawodowych - nauce obsługi systemu Windows?

Po pierwsze: edukacja

Obieg informacji jest podstawą funkcjonowania państwa. Informatyka tylko zautomatyzowała ten proces - o tym redaktorzy opiniotwórczego dziennika zapomnieli. Pan Dominik Batorski na pytanie dziennikarza: dlaczego wielu Polaków nie korzysta z Internetu - odpowiada: "Barierą jest niska motywacja wielu Polaków do korzystania z Internetu". Każdy, kto interesuje się funkcjonowaniem współczesnego społeczeństwa wie, że istnieje tzw. pozytywna korelacja pomiędzy wykształceniem a używaniem Internetu.

Ostatnio na łamach "Rzeczpospolitej" odbyła się dyskusja na temat raportu firmy Ernest&Young (zamówionego przez rząd), który opisywał i analizował katastrofalny stan "kapitału intelektualnego" w naszym kraju. Z raportu i dyskusji wynika jednoznacznie, że niski poziom wykształcenia oraz kastowa struktura edukacji w Polsce są największymi barierami w używaniu Internetu przez Polaków. Przypomnijmy - wykorzystując badania kolegów pana Batorskiego (np. dr. Cichomskiego czy prof. Kowalika) - że jeszcze w 2002 r. zaledwie co 140. wiejskie dziecko podejmowało studia, że wyższe studia posiadało jeszcze niedawno zaledwie 4,6% dzieci niewykształconych rodziców, że jedna czwarta młodzieży kończąca szkołę podstawową wciąż jest analfeabetami funkcjonalnymi itd. "Wykluczenie edukacyjne" poprzedza "wykluczenie cyfrowe".

Sformułujmy wniosek: warunkiem wstępnym i koniecznym powszechnego używania Internetu jest wysoki stopień wykształcenia danego społeczeństwa i równość szans w jego zdobyciu. Polska jest dokładnym zaprzeczeniem tego stanu rzeczy.

Lęk przed prywatyzacją

Pan Batorski przy tłumaczeniu zjawisk społecznych ma dziwną skłonność do "psychologizowania". Na pytanie dziennikarza, czy urzędnicy boją się Internetu, naukowiec z UW stwierdza: "urzędnicy mogą się obawiać, że upowszechnienie komputerów i internetowej obsługi klienta sprawi, iż duża część ich pracy stanie się zbędna". Wszystkie socjologiczne badania dowodzą (patrz np. Agnieszka Pawłowska "Zasoby informacyjne w administracji publicznej w Polsce" - Lublin 2002), że informatyzacja może prowadzić do redukcji stanowisk pracy, co nie jest jednak jednoznaczne z redukcją zatrudnienia, gdyż sam proces informatyzacji wymaga dodatkowego zatrudnienia - o ile rząd nie podejmie decyzji o korzystaniu z usług przedsiębiorstw prywatnych (tzw. outsourcing). Urzędnicy boją się procesu "prywatyzacji" administracji publicznej, a nie jej informatyzacji.

Jakie mogą być jednak konsekwencje "prywatyzacji" administracji publicznej w naszym kraju? Otóż, prywatyzacja (outsourcing) systemów informatycznych w warunkach ich integracji z systemami teleinformatycznymi funkcjonującymi w UE, doprowadzi do luki kompetencyjnej między jednostką administracji publicznej odpowiedzialną za system a firmą informatyczną obsługującą tenże system. W konsekwencji skłaniać to będzie firmy informatyczne do podejmowania się zadań przekraczających ich kompetencje prawne, organizacyjne i informatyczne, co doprowadzi do jeszcze większego uzależnienia struktur państwa reprezentujących - przynajmniej w teorii - interes publiczny od interesów prywatnych firm.

Mam nadzieję, że kierownictwo MSWiA i KGP ma tego świadomość, bowiem pytanie dyr. Andrzeja Machnacza postawione na łamach Computerworld (nr 30/2008): "Większość zachodnioeuropejskiej policji korzysta w szerokim zakresie z outsourcingu. Dlaczego nie miałoby to być wyjście także dla nas?", kryje w sobie ukryte założenie, że Państwo Polskie można w ogóle porównywać z państwami zachodnioeuropejskimi. Otóż problem w tym, że III Rzeczpospolitą, kulturę prawną, biurokratyczną i organizacyjną w niej dominującą można porównywać z krajami III Świata, a nie z Francją czy Niemcami.

Czy Państwo Polskie sprywatyzowane (w sferze informatycznej) będzie funkcjonowało lepiej? Ideologiczni liberałowie - a to oni rządzą świadomością polskich elit - są przekonani, że tak. Moim zdaniem, może to doprowadzić do dalszej dezintegracji struktur administracji publicznej w Polsce i do praktycznego zaniku pojęcia "interesu publicznego" w codziennym funkcjonowaniu państwa. Wiedza o informacyjnym funkcjonowaniu państwa skoncentrowana będzie w 2-3 przedsiębiorstwach informatycznych, a urzędnicy będą wykonywać polecenia nie swoich przełożonych, tylko rozkazy prywatnych przedsiębiorców, którzy z definicji w swoich działaniach nie kierują się interesem publicznym, tylko interesem własnej firmy.

Piotr Piętak, z wykształcenia socjolog, był wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.


TOP 200