Pan z dzwonkiem

Zbiegały się w tym miejscu trzy drogi. A może tylko dwie, bo jedna zataczała łagodny łuk, a druga do niej dołączała. I były tylko trzy grupy zabudowań w pobliżu: dworzec kolejowy, gospoda i gospodarstwo rolne jej właściciela. Nieco dalej stał budynek, w którym mieszkało kilka kolejarskich rodzin, a jeszcze trochę dalej był nasz – czyli mój i brata – teren ośrodka maszyn rolniczych, warsztatów i spółdzielczej bazy handlowej.

W owym miejscu zbiegania się dróg zatrzymywał się czasem jadący rowerem starszy pan, wyciągał z teki spory dzwonek z trzonkiem i długo dzwonił. Na głos dzwonka schodzili się mieszkańcy pobliskich zabudowań, a z gospody wytaczali się osobnicy, którzy przedpołudniowym klinem próbowali leczyć skutki spędzonego tamże poprzedniego wieczora.

Gdy zgromadzenie zdawało się wystarczająco liczne, pan odkładał dzwonek do teki, wyjmował z niej papiery i donośnym głosem odczytywał, co miał tam napisane. Nic z tych obwieszczeń i komunikatów lokalnych władz nie rozumieliśmy, ale zawsze byliśmy na miejscu pierwsi, często jeszcze przed dzwonkiem, biegnąc tuż za tym panem na rowerze, gdy tylko mijał nasz dom.

Poza biciem w kościelne dzwony, które – o nietypowej porze – zawsze oznaczało, że ktoś z mieszkańców umarł, był to jedyny wówczas sposób docierania z lokalną informacją do lokalnej społeczności. Szczególnie, gdy wziąć pod uwagę, że liczni odbiorcy po prostu nie umieli pisać ani czytać. A że było to jeszcze przed masową elektryfikacją, ludzie nie mieli po domach nawet głośników radiowęzłowych, bo lokalna elektrownia dawała prąd tylko wieczorami, i to nie zawsze.

Dziś, ponad 60 lat od tamtych czasów, słyszymy, że władze lokalne, i to ponoć w całym kraju, porozumiały się z telewizją, która w sytuacjach nagłych zobowiązała się nadawać lokalne komunikaty ostrzegawcze w przypadku zagrożeń. Aby jednak nie psuć odbioru tego, co ważniejsze niż jakaś tam np. powódź, wiadomość ta ma się pojawiać na pasku biegnącym w dole ekranu.

System ten sprawdził się podobno dobrze podczas prób w Lubuskiem i może teraz objąć cały kraj. Można tylko mieć nadzieję, że władze lokalne zachowają dyscyplinę i nie posuną się do nadużywania systemu przez przekazywanie informacji bez związku ze zbiorowym bezpieczeństwem.

A stało się tak już u nas z wieloma systemami lokalnej komunikacji władza-obywatel poprzez wiadomości SMS. W efekcie operatorzy telefonii komórkowej zażądali opłat, gdy tylko zorientowali się, że te – z założenia bezpłatne, bo w interesie publicznym – systemy są stosowane w celach zupełnie innych niż pierwotnie zakładane. Bywają też przypadki z pogranicza, jak dzisiejszy komunikat władz Poznania o zamknięciu jednej, co prawda dość ważnej, ulicy z powodu masowych biegów. Dostałem go, mimo że rejestrowałem się na wiadomości dotyczącej mojej dzielnicy, od której do tamtej ulicy jest bardzo daleko.

No i jest jeszcze sprawa przekazu w przeciwnym kierunku – od obywatela, do władzy czy służb porządku i pomocy. Jest tu numer alarmowy 112 i nadal działają „stare” numery policji, straży i pogotowia. Jednak – jak powiada rządowa instrukcja – należy tam dzwonić tylko „w nagłej sytuacji zagrażającej zdrowiu, życiu lub bezpieczeństwu i porządkowi publicznemu”. Są też jeszcze straże miejskie, ale – o czym już dwa razy mogłem się przekonać – mało co poza (złym) parkowaniem, i to tylko w centrach miast, je interesuje.

Dokąd zaś miałaby dzwonić pani, która, niedawno, w trakcie wieczornej podróży pociągiem, poszła do toalety i nie mogła otworzyć jej drzwi, gdy już chciała wyjść? W tym przypadku miała ona sporo szczęścia, bo po pierwsze zabrała ze sobą telefon, a po drugie podróżowała z koleżanką, więc mogła do niej zadzwonić, by odszukała obsługę pociągu.

A gdyby podróżowała sama? Na 112 nie wypada, do służb ratunkowych też nie. Wpisałem więc sobie do telefonu centralny numer alarmowy Straży Ochrony Kolei – ma w końcu kolej łączność z każdym pociągiem. No i pamiętajcie – do wagonowej toalety zawsze z telefonem...


TOP 200