Numery specjalne

Na ułożonej kiedyś przez prof. Briana Warboysa z Uniwersytetu w Manchesterze liście trzech największych katastrof, spowodowanych bezpośrednio przez źle działające systemy informatyczne, jest m.in. paraliż działania London Ambulance Service, czyli pogotowia ratunkowego w Londynie. A mówiono też wtedy, że wszystko było dobrze, dopóki nie wzięły się za to komputery. Może było czasem niezbyt optymalnie, ale za to pewnie i skutecznie.

Kiedyś, dzwoniąc do pogotowia, policji czy straży pożarnej, to dzwoniący decydował, o którą z tych służb publicznych mu chodzi i wybierał określony numer. Ponieważ jednak często nie wiadomo, która służba jest najbardziej potrzebna (a często bywa, że zjawić powinny się wszystkie), zdecydowano, że numer alarmowy ma być jeden, a dyżurujący pod nim operator najpierw odpowiednio wypyta, a potem zdecyduje, kogo wysłać.

Rozwiązanie takie tylko z pozoru jest proste, gdyż dzwoniący może na przykład nie być w stanie określić w miarę dokładnie miejsca zdarzenia. Bo jest poruszony tym, co się zdarzyło, zwyczajnie nie zna nazwy ulicy, albo jedno i drugie. I wtedy do działania musi wkroczyć infrastruktura teleinformatyczna, która potrafi ustalić przynajmniej miejsce, z którego pochodzi zgłoszenie.

Jej działanie musi być błyskawiczne, gdyż najbardziej krytycznym czynnikiem jest tu czas, więc nie można jej obciążać żadnymi innymi zadaniami. Co równie ważne - zdrowie, życie i mienie ważniejsze są niż sama opłata za połączenie i dlatego za rozmowy takie opłat się nie pobiera i zawsze się je łączy.

Wydawałoby się, że podobna zasada winna dotyczyć powiadamiania o sytuacjach kryzysowych za pomocą komunikatów SMS, wprowadzanych od pewnego czasu tu i tam w Polsce. Polega to na tym, że najpierw należy zarejestrować numer swego telefonu komórkowego, specjalnym kodem liczbowym określając miasto i dzielnicę, których powiadomienia mają dotyczyć. W efekcie właściciel każdego zarejestrowanego numeru winien otrzymać komunikat SMS, gdy w jego rejonie pojawi się groźba zagrożenia powszechnego (powódź, huragan, wyciek trującej substancji, chmura gazowa itp.).

Oczywiste jest, że - podobnie jak ze służbami ratunkowymi - krytyczny jest tu czas dotarcia z informacją i wskazaniem odpowiedniego zachowania (uciekać - dokąd? Nie wychodzić z domu, włączyć radio itd.). To również winno być ważniejsze niż opłata za usługę dla operatora. Równie oczywiste winno być, że takiego kanału informacyjnego używa się wyłącznie zgodnie z przeznaczeniem, tylko gdy wystąpi autentyczna potrzeba. Winno być, ale, niestety, nie jest, bo praktyka jest zupełnie odmienna.

Po pierwsze, o samej usłudze mało kto wie (w blisko 600-tys. Poznaniu zarejestrowano podobno tylko kilkanaście tysięcy numerów). Po drugie, operatorzy żądają opłat. A żądają, bo włodarze miast i miasteczek polubili, i to bardzo, szybki kanał komunikacji z mieszkańcami i nadużywają go, ile się da, informując tą drogą o swych dokonaniach i sukcesach, a także o lokalnych zdarzeniach czy imprezach.

To, że zabawa okazuje się kosztowna, to jedno, drugie zaś i ważniejsze, to zobojętnienie na częste komunikaty z tego źródła, do czego taka praktyka musi prowadzić. I gdy nadejdzie potem kiedyś ta właściwa, ważna wiadomość, zostanie ona zignorowana. Nie wspominając już o przypadku, kiedy konieczna będzie szybka informacja o zagrożeniu, a odpowiedzialny za to system będzie akurat zajęty rozsyłaniem SMS-ów z zaproszeniami na imprezę w domu kultury czy strażackiej remizie.

Pozytywnym przykładem mogą tu być Koleje Dolnośląskie, które po rejestracji telefonu z kodem konkretnej linii SMS-ami informują o opóźnieniach, trudnościach i zmianach. Korzystam z tej usługi już kilka lat i nie zdarzyło się, abym dostał komunikat mało ważny (nie przeszkadza mi, że SMS potrafi przyjść przed piątą nad ranem i gdy jestem gdzieś daleko).

Byłoby dobrze, gdyby inni wzięli przykład z tego serwisu. A w przypadku dłuższego braku zagrożeń ograniczali się do np. jednego komunikatu testowego na kwartał. By przypomnieć, że system działa i że trzeba być czujnym. No i wtedy bez opłat...


TOP 200