Nowy rok, nowe hasło

Na rynku oprogramowania ubiegły rok upłynął pod znakiem nowego akronimu o kształcie zbliżonym do wielbłądziego grzbietu. Mowa oczywiście o Software asa Service, czyli oprogramowanie jako usługa. Kryjące się za nim znaczenie nie jest nowe, choć do tej pory maskowało się w takich terminach, jak ASP, On Demandi Utility Computing.

Na rynku oprogramowania ubiegły rok upłynął pod znakiem nowego akronimu o kształcie zbliżonym do wielbłądziego grzbietu. Mowa oczywiście o Software asa Service, czyli oprogramowanie jako usługa. Kryjące się za nim znaczenie nie jest nowe, choć do tej pory maskowało się w takich terminach, jak ASP, On Demandi Utility Computing.

Problem z akronimem SaaS (Software as a Service) polega na tym, że łatwiej powiedzieć, czym SaaS nie jest, niż czym jest. Łatwiej, bo to, czym jest, pojawiło się niedawno i w postaci jednostkowych przedsięwzięć. SaaS nie jest na pewno oprogramowaniem sprzedawanym w pudełku, co kilka lat pojawiającym się na rynku w nowej wersji. Nie jest na pewno aplikacją stworzoną z myślą o tradycyjnych kanałach dystrybucji, tradycyjnej metodzie wdrożenia i użytkowania, której naprędce doklejono internetowy interfejs, z którego od biedy da się korzystać przy dużej dozie dobrej woli, łączu o dużej przepustowości i niewielkich wymaganiach, co do ergonomii, wydajności i elegancji. Nie jest raczej aplikacją serwowaną zdalnie przez firmę, która nie ma żadnego związku z jej kształtem i żadnego nań wpływu. Nie jest również aplikacją skrojoną pod wyjątkowe potrzeby jednego klienta, utrzymywaną na należących do niego serwerach w jakimś odległym centrum danym zarządzanych przez firmę zewnętrzną...

Nowy model oprogramowania

Spróbujmy może więc odpowiedzieć już na pytanie, czym SaaS jest, lub też jaki jest? SaaS ma być tańszy dla użytkownika niż oprogramowanie o analogicznej funkcjonalności sprzedawane, wdrażane i wykorzystywane tradycyjnie. SaaS ma być oprogramowaniem, które powstało z myślą o Internecie i wywodzi się z Internetu, a nie zostało na jego potrzeby niezgrabnie przystosowane. Według analityków IDC, oprogramowanie SaaS ma być powszechnie, komercyjnie dostępne (nie dostosowywane pod potrzeby konkretnego użytkownika), zarządzane za pośrednictwem sieci, dostarczane w modelu bliższym krańcowi spektrum jeden-do-wielu w kategoriach architektury, ceny i zarządzania. Dodatkowym elementem jest wprowadzanie aktualizacji po stronie dostawcy, co eliminuje konieczność instalowania uaktualnień, czy nowych wersji po stronie klienta.

Aplikacje SaaS płatne są zasadniczo w przeliczeniu na jednego użytkownika na zasadach miesięcznej subskrypcji, często dodatkowa pojemność pamięci czy wyższy poziom usług płatne są dodatkowo, analogicznie do zasad wynajmu przepustowości sieci telekomunikacyjnych. Dlaczego ma to znaczenie?

Bo analitycy zaczęli się tym szalenie pod koniec roku entuzjazmować. Niektórzy uważają, że z czasem - nie dziś, nie za rok, może nawet nie za pięć lat - nowy model zacznie wypychać z rynku tradycyjnych dostawców systemów ERP. Dostawców, którzy przez dziesiątki lat inwestowali dziesiątki, setki milionów dolarów w rozwój systemów o ogromnie bogatej funkcjonalności, ale przez to ciężkich, drogich, trudnych we wdrożeniu i nieelastycznych, narzucających użytkownikowi określony wzorzec prowadzenia biznesu, niejako standaryzujących i nakładających na biznes bardzo ciasną i sztywną administracyjną czapkę.

Bo to kolejny raz, kiedy w nowym ubranku próbuje się sprzedać rynkowi koncepcję dręczącą najwyraźniej producentów oprogramowania od dłuższego czasu. Internet powinien wreszcie wywrzeć jakiś wpływ na model sprzedaży i udostępniania oprogramowania. Kiedy osiem lat temu mówiło się o ASP, korzyści wydawały się oczywiste. Brak konieczności inwestowania z góry w infrastrukturę i licencje, brak problemów związanych z utrzymaniem oprogramowania, przewidywalne płatności miesięczne łatwe do zniesienia dla budżetu przedsiębiorstwa. Kiedy okazało się, że klientów zainteresowanych modelem ASP nie jest tak znowu wielu, tłumaczono: jeszcze za wcześnie, jeszcze przepustowość za mała, jeszcze za małe zaufanie klientów do dostawców, jeszcze za mała ergonomia korzystania.

Czekanie na klienta

Dziś, wiele lat później, przepustowość jest, zaufanie może nawet by się znalazło, oferta zaczyna się budować, ale cały czas SaaS (czy może ASP 2.0) raczkuje, choć z drugiej strony na amerykańskiej giełdzie NASDAQ od dwóch lat wzrosty przeżywają firmy oferujące oprogramowanie w modelu subskrypcji. Najbardziej znana spośród nich to Salesforce.com, oferująca oprogramowanie CRM. Mniej znane oferują systemy do zarządzania podróżami służbowymi, systemy telekonferencyjne, programy do zarządzania kadrami, płacami i rekrutacją. Na razie wszystko to systemy o drugorzędnym znaczeniu dla przedsiębiorstw. Tradycyjna finansowo-księgowa, logistyczna czy produkcyjna oś informatyczna pozostaje nienaruszona, lecz jednak zmiana czai się w powietrzu. Symantec mówi o systemach bezpieczeństwa w modelu SaaS, na razie dla małych firm, lecz teoretyczna możliwość zyska w ten sposób praktyczną legitymizację.

Dlaczego tym razem miałoby się udać? Po pierwsze, pracownicy, którzy korzystają w pracy z komputerów, są z nimi na tyle zaprzyjaźnieni, że są w stanie poradzić sobie z obsługą intuicyjnych zazwyczaj aplikacji internetowych bez pomocy tradycyjnego działu IT utrzymującego wewnętrzne aplikacje. Po drugie, wielu menedżerów zyskało przekonanie, że "IT doesn't matter", czyli nie sama informatyka stanowi o przewadze konkurencyjnej i pewne, jeśli nie wszystkie aplikacje, to po prostu narzędzia, w różnych rękach wykorzystywane z mniejszym lub większym powodzeniem i skutkiem. Pociąga to za sobą akceptacje standaryzacji. Trochę jak z narzędziami Google, Microsoftu czy Mozzilli - to, że wszyscy korzystają z nich w tej samej wersji nie zmienia faktu, że są użyteczne. Po trzecie, pożądane czy niezbędne dostosowania mogą zostać z powodzeniem dokonane za pomocą parametryzacji, nie podkopującej prostoty, elastyczności i korzyści skali, a zaspokajającej potrzeby użytkownika. Po czwarte, coraz częstsze jest przekonanie, że na Internecie można polegać w zastosowaniach biznesowych, zarówno gdy chodzi o wydajność i dostępność, jak i o bezpieczeństwo czy poufność danych.

Wejście na nowy rynek

W gruncie rzeczy najwięcej dla powodzenia tej idei zrobił Google z Gmail, choć wielu szefów działów IT oburzyłoby się, że ten program i jednocześnie serwis pocztowy nie nadaje się do zastosowań profesjonalnych. Gmail był jednak pierwszym na taką skalę programem całkowicie webowym, nie pozostawiającym po stronie użytkownika żadnego klienta. Wielu użytkowników mogło przekonać się na własnej skórze, że z aplikacją pod wieloma względami tak krytyczną, jak poczta elektroniczna, będącą dla wielu jednym z najważniejszych narzędzi pracy, da się żyć na stopie wyłącznie internetowej. Gmail był żywym dowodem na to, że aplikacje WWW nie muszą być powolne, niezgrabne i ograniczone funkcjonalnie.

Z kolei dla dostawców SaaS stał się atrakcyjny ze względu na niepowodzenie innych metod dostania się na rynek małych i średnich przedsiębiorstw. Rynek MSP jest od kilku już lat celem zabiegów producentów dużych systemów ERP i nie tylko. Celem budzącym ambiwalentne uczucia. Z jednej strony rynek dużych kontraktów nie jest niewyczerpany, a żyć z czegoś trzeba. Stąd biorą się systemy ERP w okrojonych lub prekonfigurowanych wersjach, tańsze, o teoretycznie krótszym czasie wdrożenia. Problem w tym, że rzadko której firmie udaje się pogodzić kulturę obsługi dużych klientów z kulturą obsługi MSP. Efekt jest taki, że ten ostatni rynek traktowany jest po macoszemu, z wyższością, z niechęcią, z najniższym priorytetem i niemal z pogardą. Sprzedawcy przyzwyczajeni do operowania na innym poziomie cenowym pochylają się po niewielkie zlecenie z mniej lub bardziej wyraźnym "obrzydzeniem". Klienci świetnie to czują i dlatego Oracle, czy SAP nie odnoszą spektakularnych sukcesów na rynku MSP, ogłaszając zamiast tego, co kilkanaście miesięcy nową strategię wejścia na rynek małych i średnich przedsiębiorstw.

Rzeczywistość ekonomiczna jest jednak nieubłagana i przychody z dużych projektów nie chcą rosnąć w nieskończoność. SaaS wydaje się genialnym remedium. Jest zdalność ograniczająca kontakty z niewielkim klientem, szybkość implementacji, niemal nieograniczony potencjał rynku, łatwość skalowania, minimalne koszty indywidualnej obsługi klienta, łatwość zarządzania całością instalacji, systematyczne przychody - z punktu widzenia dostawcy prawie wszystkie zalety i prawie żadnych wad. I tym razem kolejność ma być odwrotna - od małych klientów do wielkich firm, które z czasem przekonają się, że standardowe, parametryzowalne oprogramowanie może zaspokoić również ich potrzeby. W pewnym sensie jest to kontynuacja trendu "konsumeryzacji" technologii informatycznych, przenoszenia przez użytkowników rozwiązań nieprofesjonalnych, które są nowatorskie, eleganckie, ergonomiczne i użyteczne do środowiska biznesowego.

Wspólne platformy usługowe

Największym w tej chwili wyzwaniem jest stworzenie platform SaaS, które z jednej strony zaoferują dostawcom aplikacji narzędzia pozwalające na szybki rozwój kolejnych programów, z drugiej umożliwią klientom łączenie elementów od poszczególnych dostawców w najlepiej zaspokajające ich potrzeby pakiety, których poszczególne elementy komunikują się ze sobą, pozwalając klientom na stworzenie społeczności, która poprzez swoje opinie i artykułowane potrzeby wywiera wpływ na przyszły kształt obsługujących ją aplikacji. To z kolei widoczny wpływ aspektu Web 2.0 na dzisiejsze oczekiwania użytkowników oprogramowania.

Google przyzwyczaił internautów do tego, że nie ma nic złego w programach w fazie beta, że użytkownicy są istotnym motorem napędowym rozwoju, a ich opinie mogą i muszą mieć jasne przełożenie na ostateczny - w danym momencie - kształt systemu. Pierwszym chyba dostawcą, który ogłosił chęć stworzenia takiej platformy, był Salesforce.com, dostawca oprogramowania CRM, oskarżony natychmiast przez krytyków o próbę zawłaszczenia SaaS. Analogiczne plany ogłosił oczywiście Microsoft.


TOP 200