Niebezpieczne informacje

Chaos informacyjny po zamachach bombowych w Bostonie ujawnia groźną stronę mediów, a mechanizmy społecznościowe w internecie ją eskalują. Oglądalność nie powinna być ważniejsza niż nasze rzeczywiste bezpieczeństwo.

Z całym szacunkiem dla ludzkich dramatów: zabicie lub okaleczenie wielu osób przez dwie bomby eksplodujące na mecie maratonu w Bostonie nie było zapewne podstawowym celem terrorystów. Nie możemy dzisiaj ocenić rzeczywistych pobudek kierujących dwoma młodymi Czeczenami, ale wybrali atak bombowy w miejscu, gdzie tłum cieszy się z pokonania ekstremalnego zmęczenia długim biegiem, w poczuciu oderwania od codziennych trosk. Uśmiercające dziesiątki osób bomby w Kabulu, Bagdadzie czy Damaszku nie są dla mediów tak atrakcyjne, bo to się dzieje gdzieś daleko. Można przypuszczać, że przerażenie i krew ludzi podobnych do nas, w mieście podobnym do naszego, pokazane w mediach, miały dowieść, że porządek zachodniego świata da się boleśnie dotknąć.

Jeżeli takie było oczekiwanie terrorystów, to wszędobylskie media spełniły je jak zwykle z nawiązką. Inaczej już działać nie potrafią. Relacja na żywo, zdobycie najnowszych wiadomości i zdjęć, komentarze ekspertów, świadków są warunkiem przetrwania w świecie mediów elektronicznych. Wystarczy chwila opieszałości, by widz przełączył się na inny kanał informacyjny. W relacjach na żywo z Bostonu ze zwielokrotnioną siłą zadziałał czynnik stosunkowo nowy dla mobilizacji mediów w sytuacjach kryzysowych. Media społecznościowe w internecie wypełniły się obrazami i filmami ze smartfonów oraz osobistymi relacjami z serwisów społecznościowych. Komercyjny interes programów telewizyjnych i profesjonalnych portali internetowych musiał się zderzyć z napędzającym Facebooka i Twittera prywatnym pragnieniem pierwszeństwa w przekazaniu komentarzy znajomym. Dziennikarstwo obywatelskie bywa przydatne, tam gdzie telewizja jeszcze nie dotarła, ale jest też konkurencją. Niesprawdzona plotka bywa warta tyle samo, ile rzeczowa kompetentna analiza.

Zatrzymać widza

W mediach informacyjnych w schemacie wypracowanym przed laty przez CNN działa automat, ważne wydarzenia wywracają zwykłą ramówkę. Wszystkie siły są kierowane na obsługę tego, co zajęło uwagę wszystkich, zwłaszcza gdy to samo robi konkurencja. Nasze media potrafią wyłączyć wszystkie inne wiadomości nawet na kilka dni. Ten model zawładnął naszymi telewizjami chyba po śmierci Jana Pawła II, kiedy przez niemal tydzień nie było innych wiadomości ze świata. Walka o oglądalność pogrąża czasem media w absurdzie, kiedy cały czas programów informacyjnych zajmowała lansowana przez nie dzieciobójczyni, matka Madzi.

Co jednak robić w sytuacji takiej jak w Bostonie, kiedy nie było nic wiadomo o tożsamości terrorystów, a ich motywacje nie zostały wyjaśnione do dzisiaj? Czym wypełnić czas ekranowy, pierwsze kolumny gazet, portali? Wywiady ze świadkami i ekspertami sprowadzają się do powtarzania tych samych skąpych faktów, zaczynają się spekulacje. Twórczy komentarz zastępuje informację pierwotną, jak w zabawie w głuchy telefon. Powielane plotki zaczynają być powtarzane jak fakty. Przydatne w pracy reporterskiej informacje z Twittera potęgują nieporozumienia. Oparty na mechanizmach społecznościowych portal informacyjny Redit, zwykle stawiany za wzór niezależnego dziennikarstwa, wypełnił się chaosem informacyjnym. W rezultacie nieprawdziwą informację o znalezieniu broni, a później o aresztowaniu sprawcy powtarzają wszystkie najpoważniejsze agencje. CNN podaje, że aresztowany nazywa się Brown i przez pewien czas stara się dociekać, jakie to może mieć znaczenie dla ustalenia jego powiazań w kraju lub za granicą.

Pościg w poszukiwaniu winnych

W mechanizm nieporozumień związanych z przetwarzaniem informacji włącza się w sytuacjach kryzysowych jeszcze inna cecha serwisów społecznościowych, nadmierna wiara w słuszność ich samoorganizacji. Wystarczyło, że ktoś wskazuje na zdjęciu podejrzanie wyglądającą osobę o ciemnej karnacji, by uruchomić nagonkę. Wzięte z internetu zdjęcie całkowicie niewinnej osoby trafia na okładkę New York Post, więc publikowali je następni i następni.

Poważne media zdają sobie sprawę, że w sytuacjach kryzysowych nie powinny siać paniki, ale w pogoni za informacją, która mogłaby zatrzymać widza, nieuchronnie w nią brną, podgrzewając nastrój zagrożenia i pociągając wszystkich podejmujących decyzje. Eskalacja zagrożenia odbywa się na wszystkich poziomach przestrzeni informacyjnej. Zarządzający kryzysem nie kierują się wprawdzie tym, co mówią media, ale dostają SMS-y, obserwują, co się dzieje w internecie. W rezultacie władze Bostonu podejmują bezprecedensowe środki, blokując sporą część miasta, zamykają port lotniczy i wyprowadzają na ulice siły, być może nieproporcjonalnie duże do tego, by schwytać dwóch, a później jednego bandytę. Wojsko i uzbrojone oddziały policji stają się mimo woli aktorami w wojennym spektaklu relacjonowanym przez media.

Pasmo wpadek mediów profesjonalnych przy okazji relacji po wybuchach bomb w Bostonie i problemy prowokowane przez media społecznościowe są teraz uważnie analizowane. To lekcja dla wszystkich. Władze zarządzające kryzysem nie mogły zastosować zwykłej metody cenzury lub nakładania embarga na informacje. Przeciwnie, informacji o zamachowcach poszukiwano w zapisach monitoringu miejskiego i analizując zdjęcia rejestrowane przez zwykłych mieszkańców.

Przy okazji ujawniło się jednak realne zagrożenie. Media społecznościowe mogą się stać obszarem głębokiej wrogiej manipulacji, zwodząc media profesjonalne, od których oczekiwalibyśmy chociaż minimum wiarygodności. Na dodatek działa sprzężenie zwrotne. Nawet ci, którzy nie oglądają telewizji, dostają ważne informacje od znajomych w serwisach społecznościowych. Dezinformacja, czy też szerzej rozumiana tzw. inżynieria społeczna, to nic nowego, od zawsze towarzyszyła wojnom. Teraz znajduje nowe pola do działania. Uczmy się uważać.


TOP 200