Nie wszystko pod ochroną

Domena publiczna oznacza wszystkie dobra, które nie są chronione przez prawo autorskie, czy szerzej - prawo własności intelektualnej. Jak pojemny w praktyce jest ten termin i jakie ma znaczenie dla sektora IT?

Domena publiczna oznacza wszystkie dobra, które nie są chronione przez prawo autorskie, czy szerzej - prawo własności intelektualnej. Jak pojemny w praktyce jest ten termin i jakie ma znaczenie dla sektora IT?

Przy rozlicznych przejawach zawłaszczania prawem autorskim przestrzeni, dotąd "dziewiczych", bez wątpienia frapująca jest odpowiedź na pytanie, gdzie kończy się sfera wyłączności twórców. Przepisy chroniące wytwory pracy intelektualnej człowieka stają się bowiem coraz częściej orężem w walce z konkurencją. Zwłaszcza na rynku nowych technologii, gdzie nietrudno wykazać podobieństwo pomiędzy wieloma rozwiązaniami programistycznymi.

Sektor IT, rzecz jasna, to tylko jeden z przykładów tendencji towarzyszących komercjalizacji dobra, jakim są informacje. Ukazuje on jednak niektóre z prawidłowości odnoszących się generalnie do problemów społeczeństwa informacyjnego. Weźmy choćby pod uwagę karkołomne czasami metody wykładni przepisów prawa autorskiego, które przy powiązaniu z ogólnikowymi zapisami umownymi sprawiają na pozór, że informacje zyskują status przedmiotu ochrony prawa autorskiego. A stąd blisko do poddania całkowitej kontroli obiegu informacji, w tym w obrębie rynków wtórnych oraz na etapie tworzenia konkurujących ze sobą rozwiązań informatycznych.

Prawo autorskie nie jest jednak konstrukcją taką jak prawo własności. Ograniczenie stanowi przestrzeń domeny publicznej, do której zaliczyć trzeba generalnie dwie klasy zasobów: te, które są zbyt banalne, aby uznać je za wynik aktywności twórczej oraz materiały, co do których wygasły już majątkowe prawa autorskie. W ostatnim przypadku, biorąc pod uwagę czas trwania takich uprawnień (generalnie 70 lat od śmierci twórcy), trudno uznawać, że obecnie ma on większe, praktyczne znaczenie dla projektów informatycznych. Jeśli chodzi o pierwszą grupę, to będą to "czyste informacje", efekty pracy schematycznej, procedury, zasady działania, założenia naukowe, pomysły. Pewnym zagrożeniem dla rozmiarów domeny publicznej może być orzecznictwo sądowe, które liberalnie traktuje przesłankę twórczości. Bo jak inaczej traktować przypadki, w których za chroniony prawem autorskim uznaje się rozkład przejazdów kolejowych?

Rola standardów

W każdym razie art. 1 ust. 1 polskiego prawa autorskiego - zawierający przesłanki ochrony przewidzianej dla twórców - ma zastosowanie do produktów informatycznych i żadne klauzule umowne nie wyłączą ujętych tam zasobów z grona tych, które zasługują na ochronę. Z drugiej strony, poprzez umowę nie rozszerzy się też stosowania przepisów prawa autorskiego na rozwiązania, które nie są wynikiem pracy twórczej.

Lektura umów wskazuje czasem na co innego. Firmy starają się objąć klauzulami "wszelkie prawa zastrzeżone" wszystko, co składa się na produkt informatyczny. W zasadzie nie wynika z tego wiele, a zwłaszcza nie dochodzi do przekroczenia granic wyznaczonych bezwzględnie obowiązującymi przepisami prawa autorskiego. Problem w tym, że w razie sporu kwestię tę rozstrzygnie sąd, a to wiąże się z kosztami i jest czasochłonne.

Faktyczny zanik domeny publicznej jest o tyle problematyczny, iż wymaga od realizujących projekty informatyczne rozważania, czy nawet najbardziej banalne rozwiązanie techniczne w istocie nie ociera się o ochronę prawa autorskiego. Sytuacja taka na dłuższą metę jest nie do zniesienia. Z pola widzenia znikają bowiem ważniejsze kwestie, takie jak tworzenie produktów wyróżniających się spośród innych, dostępnych na rynku.

Warto więc sformułować pewne zasady. Po pierwsze, odrzucić trzeba upatrywanie naruszenia praw autorskich w korzystaniu ze standardów informatycznych. Dla przykładu, wykorzystanie w trakcie prac dokumentów RFC przez konkurujące firmy w żadnym wypadku nie będzie uznawane za dopuszczenie się plagiatu. Tak samo czerpanie z zasad odnoszących się do "przyjazności dla użytkownika" zewnętrznego oblicza projektów informatycznych. O ile nie dochodzi do bezpośredniego skopiowania szaty graficznej, a wykorzystano tylko pomysły odnośnie topografii i prezentacji użytkownikowi interfejsu, mamy do czynienia z eksploatacją domeny publicznej.

Dokumentacja techniczna

Rodzi się pytanie, czy sama dokumentacja techniczna projektu IT staje się przedmiotem ochrony prawa autorskiego, czy też trzeba ją włączyć w ramy domeny publicznej? Nikłe są szanse na przyjęcie, że treść takiej dokumentacji jest na tyle oryginalna, aby uznać ją za utwór. Z reguły będzie bowiem tak, że informatyk o podobnym poziomie wiedzy i wykształceniu mógłby zredagować analogiczną treść. A to wyklucza uznanie, że mamy do czynienia z oryginalnym - na potrzeby prawa autorskiego - wytworem.

Chroniona może być tylko oryginalna forma dokumentacji technicznej. Co ciekawe, w praktyce ten aspekt nie jest brany poważnie pod uwagę przez kontrahentów. W przeciwnym wypadku powszechne byłoby zastrzeganie przeniesienia majątkowych praw autorskich dotyczących dokumentacji. Przepisy prawa autorskiego są bezwzględne w tej kwestii i brak wyraźnego przeniesienia praw, w formie pisemnej, doprowadzi najwyżej do udzielenia licencji niewyłącznej.

Jak widać, faktyczny zakres domeny publicznej zakreśla pola, w których może funkcjonować niezakłócona konkurencja. Trzeba pamiętać jedno: prawo autorskie obejmujące wszystkie efekty pracy intelektualnej człowieka, w istocie zatraciłoby swoje znaczenie, którym jest premiowanie pracy twórczej, a nie schematycznej, nawet jeśli byłaby ona niezmiernie drobiazgowa. Ma to w pełni zastosowanie do projektów informatycznych.


TOP 200