Nie popędzaj windy!

Dopóki udowadnianie, że coś da się zrobić, jest zajęciem jednostek, na poły wizjonerskich, na poły szalonych, nie jest najgorzej. Kłopot zaczyna się, gdy to, co dało się osiągnąć, staje się powszechnością, bo - banał to - ale do korzystania z owoców ludzkiej myśli też trzeba dorosnąć.

Widać to dobrze chociażby na naszych drogach, gdzie nowoczesnej technice towarzyszą zwyczaje jeszcze z czasów przodków, którzy, spoglądając na drogę, widzieli przed sobą głównie koński zad.

Syndrom zderzenia techniki z nieprzystającą do niej kulturą społeczną boleśnie dotknął niedawno Chińczyków, którym wydawało się, że szybkie koleje wystarczy wybudować. Mają oni nawet światowej klasy wizjonera, specjalistę od górskich tuneli kolejowych, który w swej wyobraźni budował już linię z Pekinu przez Mongolię, Kazachstan, Rosję i Ukrainę do Bratysławy, gdzie miałaby ona łączyć się z francuską TGV, doprowadzoną tam ze Strasburga, przez Stuttgart, Monachium i Wiedeń. Efekt: ponad osiem tysięcy kilometrów z Pekinu do Londynu w niecałe dwie doby. Na razie jednak w wyniku poważnej katastrofy musieli Chińczycy ograniczyć szybkość swych najszybszych już na świecie pociągów, bo okazało się, że kolej to nie tylko tory i pociągi, ale również ludzie. Ludzie, których nie wystarczy lepiej lub gorzej przeszkolić, lecz muszą oni jeszcze nabyć pewnej wyobraźni i kultury technicznej. To zaś wymaga czasu i specyficznej atmosfery pracy, w której się wyrasta i dojrzewa, a którą tworzą i narzucają nawet starsi stażem i bardziej doświadczeni współpracownicy. Kultura ta musi zresztą rozciągać się na całe społeczeństwo.

O tym, że postępu nie da się przyspieszać siłą, przekonują się kolejne generacje, a o kłopotach z robotnikami w pierwszym pokoleniu, chociażby u nas, po wojnie napisano tomy.

Ma to i - przy obecnym tempie rozwoju - musi mieć wpływ również na naszą dziedzinę. Uprawia ją coraz większa grupa fachowców, których nauczono wielu rzeczy, ale którym nie miał kto - albo nie było kiedy - przekazać też zasad branżowej kultury zawodowej. Nie wspominając już o presji ze strony bożka, któremu nikt dziś nie śmie się oprzeć i którego sama nazwa znosi wszelkie skrupuły u tych, którzy, bywa, że odważają się jeszcze je mieć. A nazywa się ten bożek TIME-TO-MARKET i najbardziej z wszystkiego nie znosi sprzeciwu.

Zarzut ten dawało się odnieść do każdej kolejnej architektury systemów, które tworzyliśmy i tworzymy. Ale do architektury nie jako idei, bo gdy pominąć kilka mało znaczących mód, idee były zawsze wzniosłe i miały szczytne cele. Do architektury natomiast na poziomie jej praktycznej realizacji, gdzie budowany dom-system zawsze miał mieć na pokaz kilka smukłych i okrągłych wieżyczek, tylko że wychodziły one jakieś takie przysadziste i jakby odrobinę kanciaste. No i mówimy potem: "A co, w tym nie da się chodzić?" - jak odparła kiedyś majstrowi świeżo przyuczona pracownica fabryki butów, gdy ten zwrócił jej uwagę na niezbyt proste przeszycia.

Różnica jest tylko taka, że na bucie to widać, a nasze "krzywe przeszycia" kryją przepastne kody programów, o których wierzymy, że nawet, gdy nam trochę nie wyjdzie, to i tak poprawi je i nawet jeszcze zoptymalizuje jakiś mityczny automat.

Jestem za Unią Europejską i - co nie jest dziś popularne - nawet za wspólną walutą, ale szczerze mówiąc, niektóre posunięcia z zakresu jej architektury bardziej wyglądały mi na polityczne chciejstwo niż efekt dojrzałości. Tak było już przy Schengen i potem przy kolejnych przyjęciach w poczet państw-członków. Zbyt szybkie tempo i tu rodzi kontrasty i zderzenia, z czego potem są kłopoty zamiast korzyści.

Postęp musi mieć swój naturalny rytm i cała sztuka w tym, aby go wyczuć i weń się wpisać. Tak na kolejach, jak i w informatyce czy polityce, czy gdziekolwiek indziej.

Niektóre windy mają przycisk zamykania drzwi. Tak na wszelki przypadek, gdyby kiedyś nie chciały się zamknąć. Jeżdżą jednak i bez jego używania. Nie popędzaj więc windy. Nawet wtedy, gdy wiezie cię w górę.