Nadzieja

Scena jest niczym z seansu spirytystycznego, sesji terapii grupowej albo z jakiegoś odjechanego kursu dla menedżerów, jakich teraz dużo (kursów, nie menedżerów). Na podłodze, pośrodku sporego pomieszczenia, siedzi sobie grupka ludzi w pozycjach nieco niedbałych, w strojach przypadkowych, zdecydowanie niemenedżerskich. Siedzi więc ta grupa i wpatruje się w jakąś dziwną plątaninę przewodów, chaotycznie biegnących między nimi.

Z jednej strony widać ścianę, na całej jej długości tkwią jakieś świecące kolorowo urządzenia. Przy bardziej wnikliwym przyjrzeniu się to, co w pierwszej chwili sprawiało wrażenie kolekcji jednoręcznych bandytów - przepraszam, miało być "automatów do gier losowych" - okazuje się bankomatami. Po drugiej stronie stoi kilka biurek, a przed nimi puste fotele.

Przy biurkach nikogo, przy bankomatach też pusto, co więc robi tam ta gromadka na podłodze? Wyjaśnia to dopiero podpis pod ilustracją i potem od razu widać, że owe przewody to połączone ze sobą ileś tam razy przedłużacze do prądu, a w ich gniazdach tkwią ładowarki, do których przewodów podłączone są telefony. I to w te ładujące swe akumulatory telefony wpatrują się owi siedzący na podłodze ludzie. Przychodzi zaraz na myśl reguła czajnika (zagotowanie wody trwa dłużej w czajniku, który jest obserwowany). Nie wiem jednak, czy można ją odnosić również i do właśnie ładowanych telefonów?

Cała scena, o której mowa, odgrywała się w jednym z nowojorskich oddziałów Citibanku, już po przejściu huraganu Sandy. Ludzie ci nie przyszli tam po pieniądze czy kredyt, oni przyszli wyłącznie dla prądu, który tam był, a którego nie mieli w swych domach. A bank okazał zrozumienie, wytrzasnął skądś te przedłużacze (a może ktoś przewidujący przyniósł któryś ze sobą?) i udzielił gościny.

A skoro tak bardzo potrzebowali prądu, to widać gdzieniegdzie działała tam łączność, pozwalając przynajmniej niektórym na upewnienie się co do losu bliskich i znajomych. Przez telefon można też poprosić o pomoc czy uzyskać radę, można w końcu zwyczajnie i symbolicznie podzielić się z kimś tą cząstką ogromu nieszczęścia, jaka nam akurat przypadła w udziale. I co najważniejsze, nadzieję można w ten sposób i dać, i otrzymać.

To zdjęcie z peryferyjnego oddziału bankowego niesie więcej treści niż kolejne obrazy ogromu zniszczeń, bo samo zaświadcza o tkwiącej w tych ludziach nadziei, która - co nie bardzo chyba nawet wypada przypominać - podobno umiera ostatnia. A nie byłoby jej, gdyby chodziło o telefony, których druty, podobnie jak sieci elektryczne, Amerykanie z upodobaniem, nawet w dużych miastach, prowadzą na słupach. Wystarczy wtedy trochę mocniejszy wiatr czy oblodzenie zamarzającą mgłą, by przewody takie masowo się rwały, pozbawiając tysiące i miliony ludzi prądu albo łączności, a najczęściej jednego i drugiego.

Nie sprawdzałem, nie chcąc samą tylko własną ciekawością pogarszać trudnej sytuacji, ale czytałem, że obronną ręką przeszły przez to nieszczęście ośrodki obliczeniowe, a w nich serwisy internetowe. Zakłócenia, jeżeli w ogóle się pojawiły, to były mało znaczące. Widać dobrze odrobiono lekcję z września 2001, kiedy to praktyka brutalnie podważyła ówczesną doktrynę, która za wystarczającą odległość ośrodka zapasowego od głównego uważała kilka kilometrów. Teraz tych kilometrów jest co najmniej kilkadziesiąt, a bywa i znacznie więcej.

Nadzieja jednak to jedno, a drugie to poczucie dystansu do będącego na wyciągnięcie ręki nieszczęścia. Bo mając ten dystans, pokazuje się, że mimo wszystko to my panujemy nad nim, a nie ono nad nami. Że się nie poddajemy i stać nas nawet na żarty z siebie samych (na co w żadnych okolicznościach nie zdobędzie się grupa zamieszkująca piękne tereny między Bugiem a Odrą (i Nysą Łużycką!). A jeden z tych żartów wyglądał mniej więcej tak:

- Co to jest huragan kategorii 1?

- To jest "big storm". Kategoria druga to "big, big storm". I tak dalej, aż do poczwórnego "big" dla kategorii czwartej.

- A co to takiego huragan kategorii 5 (najwyższej w przyjętej skali)?

- To "big, big, big, big, big storm in America".


TOP 200