Mój ci on...

W połowie lat sześćdziesiątych tygodnik "Motor" (ukazuje się jeszcze?) propagował swoiste spółki samochodowe. Samochody były wtenczas drogie, więc, według tego pomysłu, taniej i bardziej efektywnie było złożyć się na samochód i potem korzystać na przemian, według misternie ułożonego harmonogramu.

W połowie lat sześćdziesiątych tygodnik "Motor" (ukazuje się jeszcze?) propagował swoiste spółki samochodowe. Samochody były wtenczas drogie, więc, według tego pomysłu, taniej i bardziej efektywnie było złożyć się na samochód i potem korzystać na przemian, według misternie ułożonego harmonogramu.

Koncept ten raczej się nie przyjął, chociaż - gdyby odnieść doń dzisiejszy punkt widzenia (zatłoczenie ulic, brak miejsc postojowych, względy ekologiczne) - byłby całkiem sensowny. Kompromitacją niemal zakończył się pomysł tańszych mieszkań ze wspólnymi kuchniami i - spośród podobnych pomysłów - jako tako funkcjonowały tylko tzw. telefony towarzyskie.

U nas nie przyjęły się samochody, a na Wyspach Brytyjskich i w Irlandii do dziś dobrze się ma wspólna własność łodzi i jachtów. Ponieważ są to dość kosztowne środki transportu, bardzo często są tam one nabywane wspólnie przez kilka osób. Zasady korzystania ustala w takim przypadku wieloletni harmonogram, uwzględniający okres urlopowy, weekendy i czas gwiazdkowo-noworoczny. W okresie, gdy pośród właścicieli nie ma chętnych, sprzęt taki wynajmuje się odpłatnie komuś spoza wspólnoty.

W niektórych miastach duńskich i niemieckich funkcjonują społeczne rowery, będące własnością miasta, pozostające w każdej chwili do dyspozycji potrzebujących: po prostu bierze się taki rower, jedzie gdzie potrzeba i tam go zostawia.

Swego czasu dostrzeżono też moc obliczeniową drzemiącą w procesorach nieczynnych w danym momencie komputerów osobistych czy konsol do gier. Siatki takich komputerów, współpracując poprzez sieć, udało się zastosować do zespołowego wykonywania obliczeń, czego spektakularnym przykładem było bicie rekordów w dokładności liczby "n" czy znajdywaniu kolejnych liczb pierwszych. O ile jednak takie rozproszone superkomputery bywają przydatne w wykonywaniu złożonych obliczeń, to jakoś nie udaje się to przy przetwarzaniu danych transakcyjnych, gdzie krytyczne są operacje odczytu i zapisu danych. Kilka miesięcy temu, któryś z dużych banków francuskich głośno chwalił się tym, że wykorzysta zbiorowo możliwości tysięcy posiadanych, a nie mających zajęcia poza godzinami pracy ludzi, komputerów osobistych. O ewentualnych efektach jednak jakoś nie słychać do dziś.

Teraz słyszymy, że taki gigant, jak British Telecom, przystąpił do porozumienia FON (firmowanego przez niezmordowanego przedsiębiorcę-innowatora, mieszkającego w Madrycie Argentyńczyka o nazwisku Martin Varsavsky), którego założeniem jest wzajemne udostępnianie sobie, przez klientów, bezprzewodowo, części pasma sieci, czym zajmuje się specjalny domowy ruter, dokonujący podziału i pilnujący przestrzegania jego warunków. Czyli np. sam wykorzystuję 80% pasma, a z reszty, niczym z wolnego miejsca przy wigilijnym stole, może skorzystać inny uczestnik porozumienia, któremu zdarzy się akurat być w pobliżu. Podobno nieźle funkcjonuje to w Zjednoczonym Królestwie, Austrii i Szwajcarii, ale im dalej na Wschód, tym gorzej (w Polsce zaledwie kilka punktów, a coraz liczniejszą konkurencją są całe miejscowości ze swobodnym, bezpłatnym dostępem do internetu).

Wszystko to skłania do zastanowienia się, gdzie jest granica posiadania tego, co własne i możliwości korzystania z części tego, co wspólne. Pośród licznych kryteriów, jakie można zastosować, najważniejsze wydaje się jedno - pewność możliwości skorzystania, gdy zaistnieje potrzeba, która to pewność jest większa, gdy telefon, telewizor, samochód jest mój i tylko mój. Niech się marnuje, czekając, aż będzie potrzebny, bo po to jest i po to go mam.

Czy nie wyznacza to jednocześnie granicy, za którą wszystko jest już tylko luksusem?9.!B::.˙˙˙˙˙.˙