Lizbona pięć lat później

Po pięciu latach od stworzenia Strategii Lizbońskiej wyraźnie widać, że do jej efektywnego wdrożenia potrzebny jest nowy system zachęt i kar.

Po pięciu latach od stworzenia Strategii Lizbońskiej wyraźnie widać, że do jej efektywnego wdrożenia potrzebny jest nowy system zachęt i kar.

Już w najbliższy czwartek, 27 października aleje wokół podlondyńskiej rezydencji Hampton Court - zwykle wypełnione turystycznym gwarem - zaludnią się przedstawicielami rządów 25 członków Unii Europejskiej. Tematem jednodniowego, nieformalnego szczytu państw UE będzie przyszłość wspólnoty, w obliczu serii ostatnich niepowodzeń związanych z klęską narodowych referendów konstytucyjnych i przedłużającą się debatą na temat budżetu na lata 2007-2013. O tym, że rozmowy te będą trudne przekonani są niemal wszyscy.

"Wyraźnie widać, że Wspólnocie Europejskiej brakuje idei silnie spajającej dążenia wszystkich państw" - mówi Janusz Lewandowski, eurodeputowany PO, uczestnik debaty "Europejskie modele społeczne, a wzrost konkurencyjności UE" z cyklu konferencji "SAP dla Europy". Jej patronem był Computerworld.

Zawiedzione nadzieje

Ideą jednoczącą państwa Unii mogłaby być modernizacja gospodarcza i społeczna kontynentu. Po pięciu latach wcielania w życie Strategii Lizbońskiej i kilku próbach jej modernizacji widać, że proces ten napotyka na wiele przeszkód. "Strategia Lizbońska nie spełniła nadziei zarówno jeśli chodzi o wzrost konkurencyjności gospodarczej, jak i europejski model, czy też może modele społeczne. Potrzeba nam dziś konsensusu wokół tych zagadnień, podobnego do tego, jaki UE osiągnęła w sprawie zrównoważonego rozwoju uwzględniającego ochronę środowiska" - mówi Jarosław Pietras, sekretarz stanu w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej.

Jak powinien wyglądać ten konsensus? Na jakim szczeblu powinny być podejmowane działania mające na celu wdrożenie strategii rozwoju? Czy wszystko powinno być nadzorowane i koordynowane na szczeblu europejskim, czy warto zawierzyć wysiłkom podejmowanym przez członków UE w ramach planów narodowych? To pytania, na które UE nie ma dziś odpowiedzi i nad którymi będzie musiała się zastanowić w Hampton Court. Dziś jedno jest pewne: w połowie europejskiego projektu modernizacji, UE zamiast zwiększać konkurencyjność oddala się od USA. By zniwelować ten dystans, Wspólnota musi nie tylko przeznaczyć większe środki na badania i rozwój, ale także znaleźć efektywny sposób premiowania członków UE, najbardziej zaangażowanych w modernizację. "UE potrzebuje «kija i marchewki» dla państw, które wkładają najwięcej wysiłku zarówno we wspieranie działalności badawczo-rozwojowej, jak i rozwój kapitału ludzkiego. Jak najszybciej musimy dojść do porozumienia, a także znaleźć polityczną wolę do ustalenia kierunku i tempa zmian" - apeluje prof. Maria Joao Rodriguez, doradca Komisji Europejskiej ds. Strategii Lizbońskiej, profesor Instituto Superior de Ciencias do Trabalho e da Empresa.

Członkowie Unii Europejskiej muszą również zastanowić się nad tym, jak kształtować stosunki społeczne i relacje między państwem, biznesem i obywatelem, określane mianem "europejskich modeli społecznych" (więcej o tym w wywiadzie poniżej z prof. Andre Sapirem - przyp. red.). Wszelkie zmiany w tym modelu napotkają na silny opór. Dowodem na to są zarówno długie "okresy przejściowe" przed wprowadzeniem pełnej liberalizacji na rynku pracy dla nowych członków UE, jak i kontrowersje wokół tzw. dyrektywy usługowej wprowadzającej większą konkurencyjność na rynku usług. Są one jednak konieczne, jeśli chcemy by UE na powrót stała się konkurencyjna gospodarczo wobec takich potęg, jak USA czy Chiny.

Cztery modele

Zdaniem prof. Andre Sapira, przewodniczącego Grupy Badawczej Wysokiego Szczebla przy Komisji Europejskiej, tylko w przypadku państw starej Piętnastki można wyróżnić cztery główne modele. I tak "model liberalny", typowy dla Wlk. Brytanii i Irlandii, zakłada ograniczoną ingerencję państwa w stosunki społeczne (jednak przy założeniu obowiązkowych ubezpieczeń społecznych, zasiłków rodzinnych i powszechnej służby zdrowia), jedynie w skrajnych przypadkach, obarczając odpowiedzialnością za spełnianie podstawowych potrzeb rodzinę i rynek prywatny.

"Model motywacyjny" - obowiązujący w Niemczech i Francji - zakłada, że potrzeby społeczne powinny być zaspokajane głównie w oparciu o aktywność zawodową członków społeczeństwa, dopuszcza jednak wiele regulacji w zakresie relacji "pracodawca-pracownik" oraz wsparcie ze sfery publicznej dla obywateli, którzy nie potrafią zapewnić sobie minimum socjalnego. "Model śródziemnomorski" (przede wszystkim Włochy) zakłada przejęcie dużej części obciążeń związanych z utrzymaniem osób nieradzących sobie w realiach wolnorynkowych na rodzinę. Zakłada jednak duże wsparcie ze strony sektora publicznego.

"Model nordycki" - typowy dla Skandynawii - dopuszcza silne zaangażowanie państwa w sfery społeczne. "Nie da się ukryć, że modele zakładające względną równość obywateli i duże wsparcie publiczne - przede wszystkim kontynentalny i nordycki - są znacznie mniej efektywne gospodarczo i będą zapewne wymagać pewnych zmian" - mówi prof. Andre Sapir. Niestety, uzyskanie jakichkolwiek ustępstw ze strony społeczeństw tych państw jest bardzo trudne.

Dlatego wszyscy obserwatorzy z taką obawą czekają na to, jak z tym problemem poradzi sobie powiększona o dodatkowe 10 państw Unia Europejska.

<hr size=1 noshade>Dobry pomysł, zła implementacja

Z Andre Sapirem, przewodniczącym Grupy Badawczej Wysokiego Szczebla przy Komisji Europejskiej, członkiem grupy doradców politycznych szefa Komisji Europejskiej, profesorem Wolnego Uniwersytetu w Brukseli, a także europejskiego "think tank'u" Bruegel, rozmawia Antoni Bielewicz.

Czy jest Pan zadowolony z tego jak dziś wygląda Strategia Lizbońska?

ANDRE SAPIRO, PRZEWODNICZŃCY GRUPY BADAWCZEJ WYSOKIEGO SZCZEBLA PRZY KOMISJI EUROPEJSKIEJ

ANDRE SAPIRO, PRZEWODNICZŃCY GRUPY BADAWCZEJ WYSOKIEGO SZCZEBLA PRZY KOMISJI EUROPEJSKIEJ

Jeśli spojrzymy na nią jak na szeroko zakrojony proces reform ekonomicznych i społecznych, zakładający jakąś formę międzynarodowej koordynacji działań, to ten pomysł mi się podoba. Jestem rozczarowany sposobem jej implementacji. Co prawda tegoroczny przegląd nieco zmienił metodę wprowadzania tej strategii w życie, jednak przynajmniej część z tych zmian nie podoba mi się. Dobrze, że zniesiono zasadę konieczności zatwierdzania narodowych planów na szczeblu UE. Nie podoba mi się jednak 25 wytycznych, które mają pomóc we wprowadzaniu w życie strategii.

Są zbyt ogólne. Dlaczego jest Pan rozczarowany?

Dlatego, że metody te nie przynoszą zakładanych rezultatów. Wytyczne to bardziej lista życzeń niż strategia działania i jeśli nie stworzymy odpowiednich instrumentów i zachęt nic z tego nie będzie. Zwłaszcza, że wytyczne są bardzo zróżnicowane. Jest tam mowa i o wspólnym rynku, i o innowacyjności, i o prawach socjalnych. To często nie musi iść ze sobą w parze. Zresztą jak to brzmi? "Wprowadzanie polityki wspomagającej innowacyjność" - każde państwo UE robi coś, aby zwiększyć innowacyjność gospodarki. Trudno jednak powiedzieć, czy robi to w odpowiedni sposób albo w odpowiednim tempie. Takim instrumentem wspomagającym wprowadzanie strategii powinien być budżet UE. Nawet jednak przygotowanie odpowiednich instrumentów wspomagających nie musi oznaczać sukcesu. W końcu w "Pakcie o stabilności i wzroście" zapisano odpowiednie instrumenty, a i tak ledwie połowa krajów UE stosuje się do jego zaleceń.

Czy myśli Pan, że jesteśmy w stanie osiągnąć cele zapisane w Strategii Lizbońskiej w założonym wcześniej czasie?

Nie i nie martwi mnie to wcale. Nigdy nie brałem zbyt poważnie tych zapisów, tym bardziej że zostały ustalone w sposób trudny do zmierzenia. Dla mnie o sukcesie Strategii będzie się mówić wtedy, gdy stworzymy wspólną agendę dotyczącą liberalizacji usług, a kilka największych krajów - Francja, Niemcy, Włochy - zajmie się reformą rynków pracy i polityki socjalnej.

Jednym z założeń Strategii Liz bońskiej było zmniejszenie dystansu wobec gospodarki USA, a to już można przecież mierzyć...

Zgadza się, jak jednak zmierzyć chociażby taki wskaźnik jak innowacyjność gospodarki europejskiej? Możemy oszacować nakłady na innowacyjność, uwzględniając zarówno pieniądze państwa, jak i fundusze przedsiębiorstw. Ale żeby dobrze oszacować skalę zmian, trzeba by przyjrzeć się także samym zasadom funkcjonowania uczelni. Niby Unia Europejska i USA przeznaczają na naukę podobny odsetek środków. Jednak np. sam sektor akademicki jest zorganizowany zupełnie inaczej. Na europejskich uniwersytetach nie działa wolny rynek, no może poza Wlk. Brytanią. Proszę wyobrazić sobie profesora obcokrajowca, który chciałby prowadzić zajęcia na uniwersytecie w Paryżu... Trudne, prawda? Żeby zmienić ten stan rzeczy nie jest potrzebna wielka Strategia, a tylko więcej środków finansowych oraz zmiana zasad funkcjonowania ośrodków akademickich.

Od lat zajmuje się Pan badaniami "europejskich modeli społecznych". Czy widzi Pan korelację pomiędzy przyjętym modelem społecznym a innowacyjnością kraju?

Tak, choć do tej pory jej nie oszacowałem. Najbardziej innowacyjne są społeczeństwa oparte na "liberalnym", czy też "anglosaksońskim" modelu, a także te funkcjonujące w oparciu o model "nordycki". To oczywiście nie jest kwestia tylko przyjętego modelu, ale także nakładów na naukę. Korelacja jest jednak uderzająca.

Czy fakt, że mamy w Europie co najmniej cztery, a pewnie znacznie więcej mocno różniących się modeli społecznych, upośledza jakoś naszą konkurencyjność względem gospodarek amerykańskiej i azjatyckich?

Choć nie badałem tego zjawiska, to nie wierzę w to. Proszę spojrzeć na to co stało się w USA w latach 80. Przemysł amerykański zaczął przegrywać z producentami z Japonii. Wszyscy zaczęli zastanawiać się nad przyczynami tego stanu rzeczy. Ustalono nawet, że jednym z czynników jest silny w amerykańskiej gospodarce prymat krótkoterminowych wyników nad długoterminową strategią typową dla Japonii.

Co się stało 10 lat później? Japonia popadła w recesję, a przemysł amerykański znów zaczął być górą. Dlatego też byłbym wstrzemięźliwy we wskazywaniu najlepszego modelu społecznego. Każdy z nich jest dobry w jakimś okresie. Warunki jednak zmieniają się dynamicznie. Zresztą nie możemy zapominać o tym, że konkurują ze sobą firmy, a nie gospodarki czy państwa. A firmy operują dziś swobodnie na wielu rynkach o różnych modelach społecznych.


TOP 200