Licencja na zabijanie - rynku

Z pobieżnych obserwacji siebie samego oraz znajomych i kolegów w trakcie procesu kupowania dowolnego oprogramowania wiem jasno, że nikt prawie nie czyta tekstów licencji.

Zarówno tych podawanych w postaci przewijanego pergaminu, widocznego w przeglądarce na chwilę przed kliknięciem w guzik "Kupuję", jak i tych dołączanych do pakietu w postaci kartki lub książeczki. Nie ma potrzeby, ale i niewiele z czytania by wynikło. Bowiem treść elaboratów prawnych jest specjalnie zawikłana, by nie powiedzieć niejasna lub wręcz bałamutna.

Wynika to z kilku powodów. W przypadku licencji na programy zagraniczne, szczególnie te wyprodukowane w USA, oryginalny tekst odnosi się do całkiem innej rzeczywistości prawnej. Jego przetłumaczenie jest często praktycznie niemożliwe, bo odwołuje się do nieznanych w Polsce form i reguł prawa. Na przykład prawa o DMCA, która w Unii Europejskiej wymaga lokalnych ustaw, przyjętych przez każde państwo z osobna. Z kolei rodzime licencje są często wzorowane na zagranicznych, bo lenistwo ludzkie jest powszechne. Prawnicy też ludzie.

Szperając kiedyś po internecie i znajdując pełny tekst licencji firmy Linotype na fonty przez nią sprzedawane, doznałem niemiłego rozczarowania. Nie wiem, jaki był wkład w licencję polskich sprzedawców, ale podejrzewam, że niewielki. Moje podejrzenie bierze się stąd, że żaden polski znawca krojów pism drukarskich, jak poprawnie nazywa się czcionki, nie zdecydowałby się na określenie ich jako "Software Czcionek". Gdy dobrze się zastanowić, to ten potworek językowy nic nie oznacza. Dalej w tekście licencji jest jeszcze lepiej. Wielokrotnie złożone zdania podrzędne, typowe dla języka niemieckiego, zostały żywcem przeniesione do polskiej wersji.

W efekcie, dam konia z rzędem temu, kto zrozumie, o co chodziło w pierwszym zdaniu licencji: "Z chwilą uregulowania pełnej uzgodnionej zapłaty za użytkowanie, Linotype GmbH udziela licencjobiorcy niewyłącznego, nieprzenoszalnego prawa do jednoczesnego używania lub przechowywania Software Czcionek - zakładając, że rzeczony software został wydany z chwilą dostawy lub na podstawie opłaty dokonanej przez licencjobiorcę - na maksymalnie pięciu komputerach w jednej pojedynczej lokalizacji geograficznej zajmowanej przez licencjobiorcę."

Można pocieszać się, że inne artykuły umowy licencyjnej, którą zawiera klient, kupując pakiecik, są jeszcze bardziej przyjazne. Szczególnie ten mówiący o wykluczeniu innego zastosowania. Nie jestem specjalistą, ale lektura wyłączeń wygląda mi na niezgodną z polskim prawem autorskim. Szczególnie z art. 75. Biorąc pod uwagę, że nie wszystkie fonty sprzedawane przez firmę Linotype mają zakodowane polskie znaki diakrytyczne, jest oczywiste, że zabranianie modyfikacji w celu uzyskania (polskiej) funkcjonalności, jest podejrzane.

A już stwierdzenie artykułu 2.4: "Ponadto jeśli licencjobiorca lub osoby trzecie wykonają modyfikację Software Czcionek mimo zakazu takich modyfikacji, Linotype GmbH stanie się właścicielem takich zmodyfikowanych danych." jest rozbrajające. No i niewykonalne w praktyce. Taka licencja to nic innego, tylko łatwy sposób na dokumentne zabicie potencjalnego rynku. Nie wiem, ile sztuk "Software Czcionek" firma sprzedała w Polsce, ale podejrzewam, że wpływy nie pokryły kosztów obsługi prawnej przygotowania licencji.

A jak wygląda Państwa licencja na oprogramowanie?!