Larum po wiktorii kuwejckiej

W pierwszej części roku, przez kilka tygodni, cały świat miał wielką premierę.

W pierwszej części roku, przez kilka tygodni, cały świat miał wielką premierę. Wszędzie na ekranach telewizyjnych naszej globalnej wioski oglądano fascynujący pokaz supremacji techniki komputerowej na polach bitewnych. Zastosowanie najnowszych technologii w działaniach batalistycznych nad Zatoką Perską szeroko omawiała i nadal omawia prasa wielu krajów, ujawniając i analizując - podobnie, jak robimy to na łamach czasopism IDG - coraz to nowe fakty. Choć nie przebrzmiały jeszcze fanfary parad zwycięstwa w Waszyngtonie i Nowym Jorku, w Londynie i Paryżu, wielu światlejszych Amerykanów zaczyna nawiedzać tzw. second thought (głębsza myśl): czy kontynuowanie dotychczasowej polityki w dziedzinie nauki oraz ogólny poziom oświaty w USA nie doprowadzi Ameryki do utraty pozycji światowego lidera.

Amerykańskie przywództwo w nowych realiach międzynarodowych

Obawy wyrastają z uświadomienia sobie faktu, że nowa sytuacja w polityce światowej, której świadectwem była bezprecedensowo jednomyślna decyzja Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych i utworzenie międzynarodowych sił wyzwoleńczych, oznacza koniec czasów, gdy głównym warunkiem przywództwa światowego była przewaga militarna.

Nie ulega wątpliwości, że Stany Zjednoczone są obecnie jedynym supermocarstwem. Prof. Zbigniew Brzeziński w wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego argumentuje to następująco: USA są jedynym państwem, które ma ogólnoświatowy zasięg wojskowy oraz ogólnoświatowy wpływ polityczny, ekonomiczny i kulturalno-ko-munikacyjny. Żadne inne współczesne państwo tych czterech cech nie posiada. Związek Radziecki jest oczywiście potęgą militar-

LARUM PO WIKTORII KUWEJCkiej

ną na skalę światową, ale i ona raczej maleje, zwłaszcza w dziedzinie broni konwencjonalnej. Japonia i Niemcy mają potęgę gospodarczą, ale brak im pozostałych cech.

Ludzie mają nadzieję, że czynnik wojskowy będzie tracił na znaczeniu i wtedy siłą rzeczy na czoło wysuwać się będzie czynnik osiągnięć gospodarczych i naukowych. Wystarczy zresztą przypomnieć okres bezpośrednio poprzedzający II Wojnę Światową i jej pierwsze dwa lata. Niemcy i Japo nia dysponowały wtedy zdecydowaną przewagą militarną nad demokracjami zachodnimi. Ale potęga gospodarcza USA oraz postępy brytyjskich i amerykańskich laboratoriów naukowych stosunkowo szybko doprowadziły do wyrównania, a następnie do uzyskania przewagi nad "państwami osi" również w przemyśle zbrojeniowym.

Amerykanie na ogół nie są "najmocniejsi" w historii, ale u niektórych z nich takie przypomnienie musi świtać w głowie, gdy - tak jak teraz - po zwycięskiej wojnie zaczynają bić na alarm. W numerze CW z 1 lipca zamieściliśmy artykuł prezesa Amerykańskiego Stowarzyszenia Popierania Nauki (American Association for the Advancement of Science AAAS), laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki (1988 r.), prof. Leona Le-dermana, którego przeraża fakt, że w wielu istotnych dziedzinach badań naukowych oraz produkcji cywilnej Amerykanie również na własnych rynkach oddają innym kolejne palmy pierwszeństwa. AAAS przeprowadziła ankietę wśród naukowców z 50 najbardziej prestiżowych uniwersyteckich ośrodków badawczych.

Prof. Lederman stwierdza, że w blisko 250 otrzymanych odpowiedziach znalazł taki ogrom frustracji i rozczarowań, o jakich nie słyszał w ciągu 40 lat swej pracy naukowej. Naukowcy uskarżają się, że nie mogą uzyskać dalszych funduszy na zaawansowane i wysoko już ocenione badania czy też na szkolenie utalentowanych studentów. Brakuje środków na rozwiązywanie istotnych dla przyszłości problemów, związanych z nowymi dziedzinami nauki, jak: przewodniki wysokich temperatur, genetyka molekularna, chemia związków metaloorganicznych, neurologia czy sztuczna inteligencja. Zdaniem prezesa AAAS zarysowuje się niebezpieczeństwo wykruszenia się całej infrastruktury badań w kraju, którego dochód narodowy brutto sięga 5 bilionów USD. W społeczeństwie dominuje tendencja do uzyskiwania natychmiastowych wyników, podczas gdy nakłady na podstawowe badania naukowe ich nie przynoszą. Z kolei dyrektor kalifornijskiej organizacji Profesjonaliści Komputerowi na rzecz Polityki Społecznej (Computer Professionals for Social Politics) - Gary Chapman, również na łamach Computerworld USA ostrzega wprost, że jeśli nie zostaną zwiększone nakłady na ogólne badania naukowe, USA utracą przywództwo na rzecz tych krajów, które stosują najnowocześniejsze technologie nie w programach wojskowych, ale do wytwarzania produktów komercyjnych. W latach 80-ych udział Pentagonu w rządowej pomocy dla rozwijania badań w dziedzinie nauk komputerowych wzrósł do przeszło 60%. W najlepszych uczelniach, takich jak Stanford, Carnegie Mellon czy Massachusetts Institute of Technology, budżety poszczególnych wydziałów finansowane były niemal w całości przez Departament Obrony. Patronat ten miał na celu rozwijanie badań wdrożeniowych, a nie podstawowych. W przeciwieństwie do tej sytuacji, japoński Program Piątego Pokolenia (Fifth Generation Project) zdecydowanie nie ma po wiązań z militarnymi priorytetami wdrożeniowymi. Tymczasem - pisze G. Chapman - Pentagon i administracja Busha głoszą, że dla utrzymania światowego przywództwa USA muszą kontynuo wać wielkie inwestowanie w technologie wojskowe. Mówi się już o zwiększeniu wydatków na programy SDI czy "wojen gwiezdnych", o prawdopodobnym wskrzeszeniu budowy bombowca strategicznego B-2 czy ograniczaniu krytyki programu budowy myśliwca ATF (Advanced Tactical Fighter).

Jeremiada prezesa IBM

Amerykańscy uczeni nie chcą oddawać pałeczki pierwszeństwa innym krajom. Rzeczywistość skłania jednak amerykańskich biznesmenów do coraz częstszego uznawania wyższości producentów zagranicznych. Niektórzy ro bią to z rozdartym sercem i szukają dróg do zmiany tej sytuacji. Przykładem takiej postawy jest niedawna jeremiada, z jaką wystąpił w Bostonie na forum Narodowej Rady Wyższych Uczelni prezes IBM, John Akers. "Odwiedziłem ostatnio dwa przedsiębiorstwa IBM - powiedział szef "Big Blue". - Jedno w tym kraju a drugie w Japonii. Jeszcze raz potwierdziło się, że firmy IBM dość często uzyskują tam lepsze wyniki niż w USA. Ta sama kompania, ten sam system menedżerski, te same pro

cesy produkcyjne, ale wyniki, okres cyklu rozwojowego i koszty są często lepsze w Japonii".

Dlaczego tak się dzieje? Znaczną część odpowiedzi na to pytanie znajduje szef IBM w amerykańskim systemie oświaty. Robotnik japoński jest jego zdaniem o wiele lepiej wykształcony. Również uczniowie, nie tylko w Japonii ale także w Polsce, Tajlandii i na Węgrzech, mają lepsze wyniki niż uczniowie w szkołach amerykańskich. "Niewystarczający poziom oświaty prowadzi do niższego po ziomu siły roboczej, do spadku międzynarodowej konkurencyjności ekonomicznej, spadku amerykańskiego standardu życia oraz osłabienia demokracji... Przyzwyczailiśmy się do samochodów, telewizorów czy magnetowidów kasetowych z Japonii, Niemiec, Ko rei i innych krajów. Jednak za te to wary nie płacimy tym krajom naszymi - ubolewa J. Akers - pro duktami wysokiej jakości, wytwarzanymi przy niskich kosztach własnych. Dlatego musimy sprzedawać im to, co oni zechcą kupo wać: wysoko oprocentowane obligacje Skarbu USA oraz ziemię i budynki od Honolulu do Manhattanu, a więc naszą ojcowiznę, którą powinniśmy chronić dla naszych dzieci".

Ostateczny wniosek z tych rozważań w wysokich kręgach amerykańskiego establishmentu zawiera przesłanie z cytowanego już artykułu Gary Chapmana: jeśli Stany Zjednoczone będą nadal poświęcać tyle pieniędzy, talentów i uwagi na bezproduktywne systemy militarne, przemysłowa baza amerykańskiej gospodarki będzie słabła w stosunku do konkurencji zagranicznej. Przywództwo we wszystkich niewojskowych aspektach nowoczesnego życia będzie zanikać. "USA zostaną największą w historii potęgą wojskową z drugorzędną gospodarką w skali światowej".