Kwestia odpowiedzialności w czasach post-prawdy

Technologia stworzona przez ludzi wyznających ideologię „make love not war” stała się straszliwą bronią, którą reżimy skutecznie potrafią wpływać na zachowania demokratycznych społeczeństw.

Już w latach 60. XX wieku Marshall McLuhan ogłosił światu: medium to przekaz. Obserwując nowe wówczas medium, telewizję, doszedł do wniosku, że sposób przekazu tak znacząco wpływa na przekazywaną treść, że sam staje się treścią. Telewizja wówczas wynajdowała swoje unikatowe formy przekazu: serial, teleturniej, talk-show, relację sportową, program kulinarny, itd. Zaczęła kreować celebrytów i wpływać na politykę: nawet o Edwardzie Gierku mówiono, że wygrał partyjną rywalizację o władzę, bo lepiej wypadał przed kamerą. Telewizja tworzyła nowe segmenty rynku oraz potęgę koncernów medialnych.

Przekaz, medium, technologia

Eksplozja internetu – de facto w drugiej połowie lat 90. – początkowo umknęła uwadze socjologów. Wydawało się, że to po prostu technologia transmisji danych; potem myślano, że to wcielenie hipisowskiego snu o jednym świecie dla wszystkich ludzi. Francis Fukuyama ogłosił koniec historii, ostateczne zwycięstwo demokracji, wolnego rynku i liberalnych wartości. Manuel Castells, nieco bardziej sceptyczny, mówił o świecie, w którym władza wymyka się korporacjom, rządom i organizacjom i przechodzi do sieci.

Zobacz również:

Zweryfikowała tę obiegową prawdę arabska wiosna, a potem niedoszła „rewolucja Twittera” w Iranie. Coraz lepiej słyszalne były głosy sceptyków, takich jak Evgeny Morozov, którzy mówili, że technologia nie musi prowadzić do powiększenia zakresu wolności – że przeciwnie, może stać się bronią korporacji i reżimów przeciwko swobodom obywatelskim i wolności informacji. Brutalnie potwierdziła to rosyjska aneksja Krymu oraz inwazja na wschodnie regiony Ukrainy. Podczas gdy „uprzejmi ludzie” w kominiarkach i z bronią blokowali albo zbrojnie zdobywali ukraińskie obiekty rządowe i wojskowe, zachodnie media pełne były spreparowanych wiadomości o „zbrodniach banderowców” oraz hejtu kierowanego przeciwko Zachodowi i jego (niemrawej) solidarności.

Potwierdziły się najczarniejsze sny sceptyków. Technologia stworzona przez ludzi wyznających ideologię „make love not war”, przepełnionych ideałami równości i braterstwa, stała się straszliwą bronią, którą reżimy skutecznie potrafią wpływać na zachowania demokratycznych społeczeństw. Metaforycznie można by powiedzieć, że Władimir Putin, któremu parę lat temu wróżono kłopoty w Rosji, wygrał wybory nie tylko we własnym kraju, ale i w USA, i Wielkiej Brytanii, a wkrótce może je wygrać we Francji oraz w Niemczech. W dużej mierze zawdzięcza to atakom hakerskim, farmom internetowych trolli i sztucznej inteligencji – czyli instrumentom związanym z technologią.

Skoro medium to przekaz, a technologia to medium, to może problem leży w technologii? Pytanie brzmi: czy my, którzy tę technologię stworzyliśmy, mamy zamiar dalej spokojnie patrzeć, jak świat osuwa się w (dez)informacyjny chaos, a demokratyczne rządy, które wyłożyły miliardy na rozwój technologii, pozostaną bezczynne patrząc, jak instrumenty przez nie wymyślone wykorzystywane są przeciw nim?

Zamknięci w bańce

Technologie informatyczne przyniosły kilka instrumentów, które z jednej strony wzmacniają instrumenty propagandy, z drugiej strony osłabiają mechanizmy obronne. Po pierwsze – algorytmy Google. Mimo upływu lat, nadal bazują w dużej mierze na popularności (liczbie stron linkujących do danej strony). Wiadomości sensacyjne, poruszające emocjonalnie są chętnie replikowane i linkowane. Mimo doskonalenia algorytmów Google, nadal jedną z pierwszych podpowiedzi do „Czy obozy koncentracyjne to...” jest „mistyfikacja”. To ogromnie niebezpieczne w czasach, gdy dzieci otrzymują tablet zanim dostaną książkę, a uczą się dzisiaj google’ować zanim pierwszy raz pójdą do biblioteki. Skoro zrównaliśmy wiedzę z wyszukiwarki z wiedzą z książki, nie dziwmy się, że efektem jest powtarzanie „fejkowych” wiadomości.

Jeszcze gorzej wygląda to w przypadku serwisów społecznościowych. Wiadomości docierające na nasz facebookowy wall są filtrowane – po pierwsze przez naszych znajomych; po drugie, nasze wcześniejsze kliknięcia i komentarze; po trzecie, poprzez słowa kluczowe, które pojawiły się w naszych wcześniejszych wypowiedziach i kliknięciach.

Siłą rzeczy promowane są dwa rodzaje treści: sensacyjne oraz podobne do siebie. Dowiadujemy się głównie o tym, czym wcześniej się zainteresowaliśmy albo dotyczace tematu, na jaki sami się wypowiadaliśmy. Słynne prawo inżyniera Mamonia („lubimy te melodie, które już słyszeliśmy”) to nic w porównaniu ze światem przefiltrowanym przez sieć społecznościową. Jeśli jesteśmy konserwatystami, dostaniemy wyłącznie wiadomości z konserwatywnych źródeł. Jeśli liberałami – z liberalnych. Jeżeli wierzymy w szkodliwość szczepionek – Facebook zaoferuje nam jeszcze więcej argumentów za szkodliwością szczepionek.

Nasze przesądy i przekonania są więc amplifikowane, co potęgują komentarze. Nasze treści wyświetlane są znajomym podobnym do nas, a więc o zbliżonym profilu światopoglądowym i „klikowym”. Oni więc najchętniej komentują. A ponieważ są naszymi znajomymi, z reguły komentują i myślą podobnie pozytywnie.

W efekcie, powstaje złudzenie, że wszystkie media piszą to samo, a wszyscy inni myślą tak jak my. Staliśmy się post-ludźmi w świecie post-prawdy. Możemy przeżyć całe miesiące i lata nie stykając się z poglądami innymi niż nasze. Jeśli sami nie podejmiemy pewnego (całkiem sporego) wysiłku w celu weryfikacji informacji przedstawianych przez naszą „bańkę informacyjną”, pozostaniemy wystawieni na informacje fałszywe, a częściej po prostu zmanipulowane i przefiltrowane przez ideologiczny profil medium.

Post-człowiek w świecie post-prawdy

Problem bańki informacyjnej i post-prawdy świetnie widać w wynikach wyborów, nie tylko polskich, ale amerykańskich. Niepożądanym wiadomościom towarzyszy kompletne zaskoczenie elit i wyparcie: jak to możliwe, przecież ludzie NAPRAWDĘ tak nie myślą. Owszem, byli zirytowani, ale nigdy nie zagłosowaliby w ten sposób! Zagłosowali, to się dzieje naprawdę, ale na pewno elektorzy zagłosują niezgodnie z wolą wyborców. Nie zagłosowali? Może w takim razie kandydatura Trumpa zostanie utrącona przez Sąd Najwyższy? Itp. itd., wyparcie jest tym dłuższe i mocniejsze, im mocniej i dłużej osoba była zanurzona w bańce; po prostu nie mieści jej się w głowie, że świat wygląda inaczej, niż na co dzień widzi.

Do tego dochodzą postępy sztucznej inteligencji sprawiające, że coraz trudniej odróżnić żywego człowieka od robota. Jak policzył brytyjski dziennik The Guardian, przy Brexicie ok. 1/3 ruchu na Twitterze pochodziła od botów. W wyborze Trumpa było to aż 5/6. Czyli nie tylko rosyjskie trolle i macedońscy nastolatkowie, ale także zaawansowane technologie informatyczne służą manipulowaniu opinią publiczną.

Sprawa wygląda poważnie. To, co początkowo wydawało się lokalnym zaburzeniem, powoli zamienia się w erozję całego Zachodu. Dekonstrukcję powojennego ładu, zbudowanego na liberalnym kapitaliźmie, organizacjach międzynarodowych i prawie. Populizm wyszedł z niszy do głównego nurtu, w czym wydatnie pomogły technologie informatyczne. Dla politologów i historiografów z Oxfordu może to być ciekawy problem do historiozoficznych rozważań. Dla mieszkańców kraju między Bugiem a Odrą może to być problem fundamentów egzystencji w wolnym, niepodległym i demokratycznym kraju.

Przełamać trend

Co z tym fantem zrobić? Przypomnijmy: technologia to medium, medium to przekaz. Jeśli pragniemy zmiany przekazu, musimy zmienić technologię. Każda droga zaczyna się od pierwszego kroku, pierwszy krok w przypadku informatyków to zrozumienie, że to jest także ich problem i że to oni powinni go rozwiązać. Że będąc beneficjentami otwartego, komunikującego się i innowacyjnego społeczeństwa, powinni przyłożyć rękę do tego, by ono przetrwało.

Generalnie, przyszedł czas działań. Zarówno o charakterze obywatelskim, jak i technologicznym. Dobra wiadomość jest taka, że te same technologie, które zostały wykorzystane przeciwko prawdzie, wolności i demokracji, mogą zostać wykorzystane do ich obrony. Trzeba tylko chcieć i włożyć w to minimum wysiłku.

Jak to zrobić? W wymiarze najprostszym, codziennym, możliwym od zaraz: zwalczać post-prawdę. Jeśli więc przeczytamy, że „wszyscy umrzemy, w Fukushimie poziom promieniowania znowu przekroczył wszystkie dopuszczalne normy”, to warto zadać sobie trud, aby znaleźć i przytoczyć wiarygodne informacje, że owszem, w Fukushimie zmierzono wyższe promieniowanie niż wcześniej, ale wyłącznie dlatego, że wysłano robota do basenu ze zużytymi prętami, tj. w miejsce, gdzie dotąd promieniowania nie mierzono. I że poza tym rejonem poziom promieniowania systematycznie spada, a Japonia włącza kolejne reaktory. Ważne, żeby takie sprostowanie przeprowadzić taktownie i merytorycznie, bez stygmatyzowania osoby, która ją powtarza.

Bardziej ogólnie – algorytmy big data, które wykorzystują populiści i farmy post-prawdy (w internecie krążą legendy o roli firmy Cambridge Analatyca), mogą zostać równie dobrze użyte przeciwko nim. Na przykład, aby promować prawdziwą naukę w miejsce pseudo-nauki, jak robi to John Arnold, miliarder wzbogacony na handlu kontraktami gazowymi. Finansuje młodych badaczy, którzy replikują pewne eksperymenty, zwłaszcza z dziedziny medycyny, psychologii i socjologii. Często okazuje się, że od lat uświęcone terapie albo metody resocjalizacji są nieskuteczne, bo eksperymenty były wykonane wadliwie.

Można też zmienić algorytmy wyszukiwarek, aby nie promowały informacji najbardziej sensacyjnych, lecz najbardziej wiarygodne, a także by bardziej chroniły prywatność. Na przykład – można odejść od Google, który pozostaje plebiscytem popularności, na rzecz Bing albo DuckDuckGo.

Szczególna rola przypadła obywatelom demokratycznych krajów w walce o obronę swojej e-prywatności. W miarę, jak nasila się postęp w technologii, powiększa się kontrola państwa nad jednostkami. W Polsce, tylko w ostatnim roku, gwałtownie zawężono prywatność obywateli. Powszechna i niekontrolowana inwigiliacja metadanych w internecie, możliwość włamywania się służb do dowolnego systemu pod pozorem „testowana zabezpieczeń”, powszechna rejestracja prepaidów i centralny rejestr rachunków bankowych – to tylko kilka z „osiągnięć”, jakie zafundowało nam państwo tylko w ostatnim roku. Na przyszły rok planowane jest przywrócenie obowiązku meldunkowego, inwigilacja zakupów („elektroniczne paragony”) oraz wykorzystanie systemu ViaToll do monitoringu samochodów osobowych. Jest to, dodajmy, trend absolutnie apolityczny i pod rządami obecnej władzy przebiega równie szybko, co za poprzedniej. Czas stawiać kandydatom na posłów i senatorów pytanie: po co państwu tyle informacji od nas, jak je chroni i do czego wykorzystuje. Oraz stosować technologie ochrony przed zakusami państwa – używanie VPN w internecie, PGP w komunikacji mailowej, WhatsApp w komunikacji tekstowej, a Signal w głosowej.

Last but not least, warto dodać słowo o etyce. Informatycy to bodaj jedyna duża i wpływowa grupa zawodowa, która nie ma żadnych silnych stowarzyszeń i organizacji promujących pewne zachowania etyczne. Praca na farmach trolli, w fabrykach fejkowych wiadomości albo przy naginaniu opinii publicznej, powinna być piętnowana przez środowisko. Wszyscy dostatecznie dużo naczytaliśmy się socjalnych antyutopii, aby wiedzieć, czym grozi masowe wykorzystanie technologii do kontroli społeczeństw. Dlaczego w takim razie nie mielibyśmy zacząć ostracyzmu wobec osób, które w tym pomagają?

Stawka jest doprawdy wysoka. Świata, który umożliwił nieskrępowany rozwój technologii i wymianę informacji między ludźmi, za chwilę może nie być. Wypuściliśmy z butelki dżinna, nad którym nie potrafimy zapanować. Teraz musimy włożyć co najmniej tyle samo wysiłku, aby ochronić świat przed złymi ludźmi, którzy technologię chcą wykorzystać przeciwko naszej wolności.


TOP 200