Ku pamięci

Na początek, tak na gorąco (dosłownie i w przenośni): z powodu pogody mamy całkiem zrozumiałe kłopoty z prądem.

Gdy takowe wystąpiły w Zjednoczonym Królestwie jesienią 1973 r., podczas Pierwszego Kryzysu Naftowego, wprowadzanie ograniczeń (drastycznych) polegało m.in. na odwoływaniu się do postawy obywatelskiej. Efekt był taki, że współuczestnicy szkolenia, na którym tam wtedy byłem, wyłączając, co się dało, doprowadzili w całym ośrodku do temperatury ok. 15–16 stopni. I tak było do końca kursu. A przecież nikt im tego nie kazał...

A teraz, już na zimno, bo przy 30 zaledwie stopniach w mieszkaniu, o tym, o czym miało tu dziś być.

Zobacz również:

Taśmy magnetyczne do komputera, te półcalowe, kupowaliśmy przeważnie w gorzowskim Stilonie, bo były dobre, niedrogie i zawsze dostępne. A dostępne też dlatego, że – jak to w Polsce – wszyscy starali się o zagraniczne, z góry skreślając krajowe. A te wcale nie były gorsze (licencja BASF), bo mimo atestu na gęstość 800bpi równie dobrze radziły sobie przy 1600 i 6250. Łącznie z pewną partią z importu (a jednak!) mieliśmy tych taśm ok. 3,5 tys. Zakładając trochę na wyrost, że każda była zapisana w jednej czwartej, czyli w okolicach 10 MB (gęstość 1600), wychodzi, że łącznie gromadziły one 35 GB danych.

Inaczej nieco było z dyskami, bo tych w Polsce nie produkowano, a z dość łatwo dostępnych bułgarskich w testach sprawdzał się co czwarty czy piąty pakiet, więc trzeba było kupować markowe. Dysków owych mieliśmy ok. setki i – w przeciwieństwie do taśm – większość była wypełniona danymi do granic. Policzmy: 100 dysków po 60 MB każdy, czyli – 6 GB! Łącznie z taśmami – 41 GB. Wszystkie programy i dane opisujące załogę, finanse i proces produkcyjny (wraz ze sprawami zaopatrzenia i zbytu) przedsiębiorstwa zatrudniającego dobrze ponad 15 tys. osób. Dziś wszystko to można by pięciokrotnie zapisać na jednej, jedynej karcie mikroSD, jaka niedawno pojawiła się w sprzedaży (jej cena oscyluje w okolicach 200 euro, czyli 1 euro za 1 GB).

To zaś przenosi nas całkiem już we współczesność, w świat dysków, które tylko udają, że są dyskami (i dlatego nadal mają ścieżki i cylindry, chociaż tylko konceptualne), w świat całych baz danych zapisywanych w pamięci RAM i organizowanych w niej wielkich buforów roboczych (in-memory data grids), przemyślnie pośredniczących między aplikacjami i tym, co na dyskach.

Jak sporo rzeczy w informatyce metody takie stosowano już i pół wieku temu, wpisując do pamięciowych buforów np. kopię tabeli kluczy cylindrów dysku, co znakomicie przyspieszało dostęp. Pamięć jednak była wówczas najdroższą częścią komputera, więc poczynano sobie w tym względzie nader skromnie. Od dawna też stosuje się tzw. RAM-dyski.

Teraz pamięć jest tania, mamy więc do czynienia z czymś przeciwnym – z nie zawsze uzasadnionym szastaniem. W tym zapędzie uchodzi też często uwagi, jak wielka jednak jest różnica między pamięcią typu flash i RAM. Pomijając niebagatelną konieczność ciągłego zaopatrywania tej ostatniej w podtrzymującą jej zawartość energię, to przede wszystkim jest ona nawet i ponad 1000 razy szybsza w dostępie niż dysk. Zaś udająca dysk pamięć typu flash ma nad nim przewagę najwyżej kilkunastokrotną.

Przetwarzania określane jako in‑memory to jednak nie tylko nowa, sprawniejsza metoda dostępu do danych, to również kolejna nowa dziedzina wiedzy informatycznej i obszar pilnego zbierania doświadczeń. Sięganie po te techniki, nie mając jednego ani drugiego, może – co przerabialiśmy w informatyce tyle już razy – dać efekt nie tylko daleki od obiecywanego i oczekiwanego, ale nawet w ogóle przeczący zaletom oraz możliwościom tej techniki.

Wracając do naszego porównania mikroskopijnej w porównaniu z górą taśm i dysków karty mikroSD – budzi ono uczucie jakiegoś przerażenia. Przeraża przede wszystkim mikrowielkość fizyczna karty i myśl o tym, jak łatwo przez to ją zgubić czy zapodziać. Wraz z całą zawartością! Los nośnika losem danych...

Tak jak to było w przypadku pewnej znajomej, która w ostatnim dniu dalekiej wycieczki życia, pakując się w hotelu przed powrotem do Polski, wyjęła z aparatu fotograficznego kartę pamięci, na której były zdjęcia z całego pobytu w egzotycznej krainie. Wyjęła, bo w podróżnym ferworze aparat łatwo zgubić czy stracić, więc lepiej, żeby był bez cennej karty.

A cenna karta gdzieś się przy okazji tego pakowania zapodziała i nic nie dało trwające do rana przewracanie do góry nogami hotelowego pokoju. Z wycieczki życia przywiozła więc tylko to, co zostało w pamięci, która nie jest ani flash, ani RAM...


TOP 200