Kto kogo czyli bankowa informatyka i jej dostawcy

Banki zawsze były w czołówce organizacji stosujących nowości techniki obliczeniowej. Przez lata jednak to dostawcy decydowali o postępie, a klientom pozostawało skorzystać z ich oferty lub nie. Jednak role w tym układzie stopniowo się odwracają i to bank-klient coraz częściej dyktuje warunki.

Banki zawsze były w czołówce organizacji stosujących nowości techniki obliczeniowej. Przez lata jednak to dostawcy decydowali o postępie, a klientom pozostawało skorzystać z ich oferty lub nie. Jednak role w tym układzie stopniowo się odwracają i to bank-klient coraz częściej dyktuje warunki.

Słowo "bank" z istoty swej jest kojarzone z pieniędzmi, a w powszechnym przekonaniu bank ma ich dużo i ma je zawsze. Obrazu tego nie są w stanie zmienić nawet te niemiłe (i szczęśliwie - nieliczne) zdarzenia, kiedy to w sposób dotkliwie bolesny dla klientów okazywało się, że nie zawsze tak musi być. Generalnie jednak coś w tym jest - poddane licznym rygorom prawnym i kontrolnym banki, nie mogą nie wzbudzając reakcji odpowiednich władz pozwolić sobie na balansowanie na finansowej krawędzi, jak to jest możliwe gdzie indziej. To zaś kieruje ku bankom uwagę różnego rodzaju dostawców towarów i usług, dla których pewność zapłaty, i to jeszcze terminowej, jest wartością samą w sobie. Wartością, dla której gotowi są na liczne ustępstwa pod innymi względami.

Pośród całego grona tych liczonych w setkach dostawców najważniejsi są dziś ci, których obszarem działania jest szeroko rozumiana informatyka (włączając w ten zakres również telekomunikację). Wyróżnia ich znaczenie, bo bez informatyki nie ma przecież banku, ale także skala obrotów, mimo przynależności do awangardy nowoczesności, i społeczny prestiż samej dziedziny.

Tak było niemal od stu lat, kiedy to pojawiły się pierwsze urządzenia automatyzujące masowe, powtarzalne czynności biurowe, w których znaczącą rolę odgrywały obliczenia. Mimo zrozumiałej ostrożności, banki zawsze były w czołówce organizacji stosujących nowości techniki obliczeniowej na wszystkich etapach jej rozwoju. Przez wszystkie te lata jednak to dostawcy sprzętu obliczeniowego decydowali o postępie w tej dziedzinie, a ich klientom pozostawało skorzystać z ich oferty lub nie. Od jakichś kilkunastu lat role w tym układzie stopniowo się odwracają i to bank-klient coraz częściej dyktuje swe wymogi i warunki.

W Polsce

Banki w Polsce były czołówką wspomnianego procesu, co - w pewnym stopniu - wynikło ze zbiegu okoliczności: przygotowane w latach 1987-1988 wyłonienie ze struktur ówczesnego Narodowego Banku Polskiego dziewięciu banków komercyjnych nastąpiło na początku roku 1989, a więc na blisko rok przed zmianami systemowymi, które zaczęły obejmować całą gospodarkę.

Komercjalizacji banków towarzyszyły liczne, inspirowane przez Bank Światowy, tzw. porozumienia bliźniacze, w ramach których bank w Polsce dostawał "opiekuna" spośród doświadczonych banków europejskich. Jednym ze znaczących efektów tych porozumień było przeniesienie stosunków z dostawcami informatyki na poziom, który był zaskoczeniem dla nich samych. Co charakterystyczne jednak - przez pierwsze lata istnienia banki działały ostrożnie, stopniowo budując swą informatykę na podstawie rozwiązań krajowych, tworzonych ściśle na miarę. Najczęściej to właśnie wtedy bank nabywał sprzęt i elementarne składniki oprogramowania, takie jak systemy operacyjne, bazy danych, monitory transakcji itp., a jakiś usługodawca budował dla tego banku system informatyczny.

Duże kontrakty na gotowe systemy informatyczne, do obsługi bieżącej działalności operacyjnej banku, zaczęły się pojawiać w Polsce dopiero w drugiej połowie lat 90. W tym samym czasie pojawiły się bankowe systemy specjalizowane - do obsługi działalności kredytowej i transakcji dokonywanych na odległość. Lata te można uznać za początek przełomu w stosunkach banki - dostawcy informatyki, przełomu w wyniku którego to banki zaczęły nadawać ton i formułować żądania. Okazało się bowiem, że dopiero co nabyte, liczne specjalistyczne systemy, wbrew zapowiedziom i obietnicom dostawców, stwarzają spore trudności integracyjne, których zadowalające rozwiązanie wymagało często kolejnych zakupów, a także zatrudniania i szkolenia nowych specjalistów.

Bank górą?

Sytuację skomplikowało niespodziewane pojawienie się w tym układzie trzeciej strony, jaką stały się jednostki biznesowe banków, dla których ważne są tylko pełnione przez upatrzony system funkcje, cała reszta zaś nie ma znaczenia, bo - jak zapewnia ich dostawca - po to są w banku służby informatyczne, by sobie z tym poradzić. Prowadzi to do "cichych" sojuszy jednostek biznesowych z dostawcami, którzy doskonale wiedzą, kto tak naprawdę dysponuje budżetem.

Stąd z dużym prawdopodobieństwem trafienia można twierdzić, że w każdym większym banku znajdzie się sprzęt pochodzący od kilku dostawców, niemal wszystkie popularne systemy operacyjne (niektóre w różnych wersjach), kilka monitorów transakcji i systemów integrujących, ileś tam systemów baz danych, a pomysły na więcej niż jedną hurtownię danych w jednym banku też się zdarzają, chociaż - szczęśliwie, jak dotąd nie udało się ich nigdzie zrealizować.

Z powyższego obrazu można by wnioskować, że w bankach w Polsce, mamy do czynienia ze swoistym sprzysiężeniem jednostek biznesowych i dostawców, a bezradne służby informatyczne nie bardzo potrafią się w tej sytuacji znaleźć i są w ciągłej defensywie. Tak jednak nie jest, gdyż do ich dyspozycji pozostaje pewien repertuar działań obronnych, takich jak zlecanie dostawcy nowego systemu oraz wykonania jego - rzekomo prostej i łatwej - integracji z istniejącym środowiskiem i infrastrukturą. Dostawca nie ma wtedy wielkiego wyboru i - albo przedstawi rzetelną kalkulację, z której wyniknie, ile takie rozwiązanie naprawdę kosztuje, albo weźmie te koszty, w całości lub w części, na siebie, czyniąc tym samym całe przedsięwzięcie dla niego nieopłacalnym.

Pierwotną przyczyną takiego podejścia biznesu wydaje się rozziew między możliwością systemów informatycznych, szczególnie tych obsługujących bieżące transakcje klientów, a stałą potrzebą wprowadzania do nich szybkich zmian w celu uatrakcyjniania i dopasowywania oferty banku do potrzeb klientów. Wszystkie bodaj takie systemy oferowane obecnie na rynku są produktami, które powstawały dość dawno, kiedy natężenie tego rodzaju potrzeb było mniejsze i daleko im do elastyczności np. systemów billingowych stosowanych w telekomunikacji.

Z powyższego wynika, że w relacji bank - dostawca bankowych systemów informatycznych czynnikiem napędowym jest bank. Zmiany w takim systemie są wynikiem strategii i taktyki rynkowej banku, której przejawem są coraz to nowe oferty usług, na ogół tak skonstruowane, by przypominały usługi oferowane przez konkurentów, ale by - jednocześnie - nie były ich prostym powieleniem. W ten sposób osiąga się dwa cele - klientom można przedstawić ofertę nowej usługi, utrudniając zarazem jej dokładne porównanie z tym, co ma konkurencja.

Różnice między oferowanymi przez różne banki usługami już nie sprowadzają się li tylko do odmiennych wysokości oprocentowania, co w systemach informatycznych można było opanować za pomocą parametrów sterujących. Najczęściej związane z tym zmiany polegają na ingerencji w samo oprogramowanie, efekt czego rzadko daje się powielić na potrzeby innych banków, korzystających z tego samego systemu.

Stawia to dostawcę w sytuacji, gdzie każdy bank-klient ma własną wersję pozornie tego samego systemu, która jest rozwijana i modyfikowana pod jego dyktando. Mnogość wersji i trudność wpisania się w strategię konkretnego banku przesądzają tu o biernej roli dostawcy, któremu pozostają modyfikacje usprawniające działanie systemu jako całości i poprawiające jego wydajność.

Górą dostawca?

Inaczej wygląda to w przypadku dostawców systemów operacyjnych i narzędzi informatycznych, takich jak systemy baz danych, systemy integrujące, monitory transakcji, kompilatory, oprogramowanie sieciowe i internetowe itp. Tu sytuacja zdaje się być odwrotna - to dostawca jest inicjatorem zmian i usprawnień. Bank może skorzystać z nowej wersji systemu operacyjnego, ale w żadnym stopniu nie jest inicjatorem tkwiących w nim zmian i nowych możliwości. Podobnie - bank może, nawet chętnie, zastosować sprawniejszy system bazy danych, skoro taki jest dostępny, ale sam nie występuje do producenta z postulatami usprawnienia działania takiego systemu.

Można jednak znaleźć przykład, gdzie potrzeby banków i oferta dostawców zdają się zbieżne. Więcej - nie byłoby tych potrzeb, gdyby nie dostępność określonych, nowych technik informatycznych. Chodzi tu o tzw. Drugą Umowę Bazylejską, która wprowadza ścisłe powiązanie wysokości rezerw, jakie z mocy prawa bank ma utrzymywać, z poziomem ryzyka podejmowanego przez ten bank i ryzyka stwarzanego przez otoczenie, w jakim działa. Realizacja postanowień tej umowy byłaby w praktyce niewykonalna bez dostępności technik hurtowni danych.

Tak więc hurtownie danych, będące przedmiotem ogólnej oferty dostawców, niekierowanej przecież do odbiorców z konkretnej branży, przynoszą możliwości, które pozwalają na istotną zmianę reguł działania banków w skali świata. Jest to niewątpliwie rzadki dziś przypadek, w którym nowa technika informatyczna staje się czynnikiem sprawczym tak rozległej reformy o charakterze biznesowym. Warto jednak przy okazji zauważyć tu i ostrożność podejścia banków: sięgają one po tę technikę nie wtedy, kiedy ona się pojawiła, lecz dopiero po odczekaniu (w praktyce prawie 10 lat), aż stała się ona dojrzała i zyskała oparcie w doświadczonych specjalistach-praktykach. Nie można też nie zwrócić uwagi na fakt, że niekwestionowana przydatność hurtowni danych rozciąga się daleko poza zakres Drugiej Umowy Bazylejskiej, co z pewnością jest dodatkową zachętą do sięgania po tę technikę.

Hurtownie danych to jednak tylko miejsce ich magazynowania w zorganizowany sposób. Aby odnieść zaś korzyści ze zmian, jakie proponuje Druga Umowa Bazylejska, trzeba jeszcze potrafić wykonać na tych danych wiele bardzo złożonych obliczeń. Obliczeń, od wyniku których zależeć ma sytuacja finansowa każdego banku, a więc takich, których oprogramowanie we własnym zakresie wymagałoby przeprowadzenia certyfikacji poprawności. Potrzeby banków pod tym względem spotkały się z szybką odpowiedzią rynku, na którym oferuje się już kilka rozwiązań tego rodzaju, a ich dostawcy biorą na siebie dowodzenie ich poprawności działania wobec władz bankowych.

O tym, że nie każda dostępna technika informatyczna cieszy się w bankach takim powodzeniem, świadczy chociażby sprawa podpisu elektronicznego: mimo że usługi takiego podpisu są dostępne w Polsce od kilku już lat, z różnych względów jak dotąd banki nie przejawiają większego zainteresowania jego masowym wykorzystaniem.

Niemal podobnie zakończyło się sięganie przez banki po obiecujący skądinąd protokół telekomunikacyjny WAP. Usługi bankowości elektronicznej dostępne tą drogą, mimo obecności w ofercie każdego niemal banku umożliwiającego klientom dostęp do rachunków i operacji na odległość, nie zyskały jak dotąd szerszej popularności i stanowią zupełny margines w swej kategorii. Trudno więc byłoby zapewne twierdzić, że w tym akurat przypadku zwróciły się poniesione w związku z tym przez banki nakłady.

Kto kogo?

Kategoria dostawców rozwiązań informatycznych dla banków nie jest jednorodna: należą do niej różne rodzaje producentów, dystrybutorów, sprawujących obsługę i świadczących różnego rodzaju usługi, w tym - usługi oparte na outsourcingu. Są pośród nich światowi giganci, ale są i niewielkie często firmy lokalne, których znaczenie jest zazwyczaj o wiele większe, niż wskazywałyby na to ich wielkość czy wysokość obrotów. Ich atutem jest dobra znajomość samego banku, stosowanych tam rozwiązań informatycznych i ludzi. Najczęściej to od nich właśnie zależy samo powodzenie instalacji sprzętu czy oprogramowania oraz późniejsza nad nim opieka. Bywa i tak, że to na nich spada faktyczna realizacja całych kontraktów podpisanych przez tych wielkich.

Taka liczba dostawców wymaga od banków systemowego podejścia w kierowaniu stosunkami z nimi. Banki, będąc instytucjami zaufania publicznego, przykładają znaczną wagę do tego, jak postrzegana jest ich działalność. Obejmuje to również klarowność stosunków z dostawcami, a w szczególności z tymi, którzy dostarczają towary i usługi z zakresu IT, a także wysokość obrotów, wyższą niż z pozostałymi dostawcami.

Dobre podstawy w tym względzie stworzyły wspomniane tu już porozumienia bliźniacze i wprowadzone wraz z nimi modele postępowania firmowane przez Bank Światowy. Rozszerzono je później o nowe metody i praktyki oraz dopasowano do nowych technik IT, które w tym czasie się pojawiły. W wielu bankach w Polsce pojawiły się specjalne służby zajmujące się stosunkami z dostawcami (co ma szczególne znaczenie tam, gdzie w rachubę wchodzi outsourcing) oraz negocjacją warunków umów i porozumień. Banki mają też obecnie specjalizujących się w informatyce prawników i mogą skorzystać z pomocy zewnętrznych kancelarii prawnych biegłych w tej dziedzinie.

Nie przynoszą natomiast efektów kolejne, podejmowane od lat, próby wciągania użytkowników do tworzenia informatyki. Kiedyś nie opanowali oni arkanów dla nich powstałego Cobolu, a z pomocą przeznaczonych również (a może - przede wszystkim?) dla nich narzędzi typu CASE, Rapid Prototyping i innych, ułatwiają sobie życie sami informatycy. Całkiem niedawno przekonywaliśmy się, że jeszcze trochę i będziemy mieli takie zapasy gotowych obiektów, że nawet mało wprawny amator szybko i pewnie skleci z nich dowolny program komputerowy. Teraz to samo mają dać usługi sieciowe i XML.

Jak dotąd jednak amatorskie klecenie programów udaje się przede wszystkim twórcom wirusów komputerowych, a dostawcy informatyki oraz ich bankowi klienci trwają, okopani na swych pozycjach, o których jedni i drudzy wiedzą, że kiedyś będą je musieli bezpowrotnie opuścić, ale zdają się nie dopuszczać myśli o tym do swej świadomości.

Bogdan Pilawski jest głównym specjalistą w Biurze Głównego Architekta Systemów Informatycznych Banku Zachodniego WBK.