Kto będzie rządził internetem?

Dla mnóstwa ludzi internet jest przede wszystkim przestrzenią wolności informacji. Dlatego dzisiaj Polska, staje w awangardzie strażników wolności, pilnując, aby kontroli nad adresowaniem w internecie nie przejęła agenda Organizacji Narodów Zjednoczonych - ITU.

Odbywające się cyklicznie, mniej więcej co 4 lata konferencje telekomunikacji międzynarodowej ITU to miejsce ustaleń światowej polityki dla sektora telekomunikacji, dla których podstawowe ramy określa tzw. międzynarodowy regulamin telekomunikacyjny. W tym roku w Dubaju próbuje się go dostosować do uwarunkowań wynikających z dominacji Internetu, jako technicznej platformy komunikacji. To trudne, bo Internetem rządzą dzisiaj interesy amerykańskich firm oferujących serwisy społecznościowe i telekomy, a każdy pomysł zmiany zasad dla internetu łatwo sprowadzić do debaty o wolnościach obywatelskich.

Jak argumentują przedstawiciele Polski, w ITU nie odebrano jeszcze - o zgrozo - prawa głosu rządom państw takich, jak Chiny, Rosja, czy Iran. Rządom, które nie wyzbyły się jeszcze nawyków dawkowania obywatelom swobód według urzędowego uznania. Tylko, czy postulowane przez polską delegację dodanie gwarancji swobód obywatelskich do Międzynarodowego Regulaminu Telekomunikacyjnego wniosłoby coś nowego w sprawie ochrony praw użytkowników internetu? Traktatowe gwarancje praw człowieka spisywano już przecież wielokrotnie.

Zobacz również:

  • ONZ rekrutuje roboty, aby osiągnąć globalne cele rozwoju
  • Yandex pod kontrolą Kremla

A może warto zwrócić uwagę na techniczny aspekt tej postulowanej wolności? Amerykańska firma analityczna Renesys podaje, że ponad 60 państw łączy z świtową siecią internetu co najwyżej dwóch operatorów. Odłączenie użytkowników od kontaktu ze światem - co się zdarzyło 29 listopada w Syrii - może więc dokonać się jednym prostym posunięciem, jeżeli władza uzna to za konieczne. W polskim Prawie Telekomunikacyjnym też jest przepis który na to pozwala. Jedynie konkurencyjność na rynku infrastruktury szerokopasmowej może utrudnić nadużywanie władzy, bo wymaga podania naprawdę ważnego pretekstu, aby zmusić wszystkich przedsiębiorców do ograniczeń, w tym odłączenia użytkowników od internetu.

Hałas wokół nieprzejrzystych poprawek do traktatu, zgłaszanych przez państwa próbujące legitymizować cenzurowanie internetu , może być częściowo wykreowany w sferze PR, bo ani władze ITU, ani USA, ani Europa wcale ich nie chciały. Mniej się mówi o prawdziwych pieniądzach. Dopuszczenie możliwości przesunięcia zarządzania nad internetowymi domenami wysokiego poziomu DNS, czego zresztą w projektowanych zmianach wcale się wprost nie postuluje, byłoby furtką do negocjowania rozliczeń za ruch wymieniany przez telekomy z amerykańskimi gigantami internetu typu Facebook, Google, które bronią się hasłem "neutralności". Byłoby to drogą do odblokowania w Europie firm typu Netflix oferujących strumienie wideo. Tematy dalekie od rozwiązania, ale kluczowe dla dyskusji o przyszłości.

Brak zgody na wprowadzenie zasad rozliczeń za peering, forsują bogate kraje, które sobie radzą i są za pełną nieregulowaną konkurencją. Kraje afrykańskie, które są głównie importerem ruchu internetowego, przy braku regulacji mają internet droższy, chociaż są biedne.

Internet jak woda

Od pewnego czasu uczymy się pisać słowo internet małą literą, bo zapomniano, czemu to miałaby być nazwa własna. Internet stał się po prostu powszechnie zrozumiałym terminem technicznym, określającym sieć z protokołami łatwej wymiany informacji i terminalami zlokalizowanymi w dowolnym miejscu świata. Wśród miliardów użytkowników, tylko nikły odsetek wie jak działa ta sieć. Internet stał się dla całego pokolenia czymś oczywistym. Ale należy też pamiętać, że tworzą go sieci miedziane, światłowodowe i radiowe, budowane obecnie najczęściej za prywatne pieniądze. Na świecie są ogromne obszary, gdzie uzyskanie dostępu do internetu, telefonu, czy telewizji wciąż jest utrudnione. Również w Polsce, w środku zindustrializowanej, gęsto zaludnionej Europy są z tym problemy. Internet jest zatem wciąż wyzwaniem dla budujących infrastrukturę sieciową.

Internet wciąż też sprawia problemy techniczne, które wymagają rozstrzygnięć na forach standaryzacyjnych. Trudno jest też na razie zakreślić perspektywę czasową , kiedy technologie komunikacyjne osiągną stan, w którym ich rozwój się ustabilizuje. Co więcej, wiele użytecznych zastosowań internetu wciąż czeka na inwestorów, rozstrzygnięcia regulacyjne lub polityczne. Przykłady można mnożyć: handel elektroniczny towarami i usługami, e-usługi bankowo-finansowe, inteligentne sieci energetyczne, zarządzanie transportem, inteligentne miasta. Nowe zastosowania szerokopasmowych sieci światłowodowych i mobilnych mają uczynić życie wygodniejszym. Jeszcze mniej musielibyśmy wiedzieć o technice, ukrywanej przed naszymi oczami w podziemnej kanalizacji. Czy powiększy się dzięki temu sfera naszych wolności? To inna sprawa...

Przez 100 lat sieci telekomunikacyjne były domeną monopolistycznych operatorów telekomunikacyjnych. Dopiero 20-30 lat temu sektor ten poddano planowej, regulowanej demonopolizacji i komercjalizacji. Pomysł na internet odegrał ogromną rolę w przełamywaniu barier rynkowych, np. kompletnie dewaluując - ugruntowany przez 100 lat - dogmat związku ceny z odległością połączenia. W łańcuchu wartości biznesu internetowego sporo się jeszcze wydarzy. Historycznie najwięcej zamieszania narobiła w II połowie poprzedniej dekady eksplozja bezpłatnych wyszukiwarek, blogów i aplikacji takich, jak You Tube, Google, Facebook, czy Twitter. Pomysły serwisów społecznościowych trafiają nie tylko w ludzką potrzebę zaistnienia w społeczeństwie, lansu, szukania kontaktów. Nowsza ich generacja stała się nadzwyczaj użytecznym narzędziem społecznej organizacji wokół wspólnych spraw. Skuteczność tę poprawiło jeszcze dodanie narzędzi do moderowania kontaktów, podpowiadania co ciekawe.

Wolność konfekcjonowana

Twórcy ofiarowanych użytkownikom narzędzi zrozumieli potencjał swoich rozwiązań i umiejętnie je spieniężyli. Prawie 90 mld USD to kapitalizacja Google, 16 mld USD Facebooka, 9 mld USD Twittera, 2 mld USD Goupona, a 1,2 mld USD LinkedIn. To mówi samo za siebie. Mnóstwo spontanicznych działań w internecie wynika dziś z pasji i twórczej ekspresji, która w ogóle nie myśli o zyskach. Na dawaniu za darmo poczucia wolności można - jak się okazuje - nieźle zarabiać. Ten sposób używania internetu trafia w ludzkie potrzeby i emocje mocniej niż dojrzewająca przez ponad 100 lat potrzeba kontaktowania się z użyciem telefonu. Czy 20 lat temu uznalibyśmy telefon komórkowy za niezbędne wyposażenie osobiste, a 10 lat temu nie mogli żyć bez serwisów społecznościowych?

Wiele osób w ogóle się nie zastanawia nad tym, że formalne zasady serwisów społecznościowych służą w równym stopniu wygodzie i zadowoleniu użytkowników, co temu, aby zapewnić rozwój biznesowy. Google i Twitter proponują co jakiś czas jakiś nowy element w tych zasadach. Każdy specjalista od marketingu wie, że zmiana w ofercie jest niezbędna, bo dowodzi dbałości o rozwój, ale chodzi też o testowanie ewolucji tolerancji użytkowników np. w sprawie prywatności. Użytkownicy organizujący się przeciw polityce udostępniania informacji, najczęściej nie zdają sobie sprawy, że uznanie części protestów prowadziłoby do tego, że usługa mogłaby przestać opłacać się inwestorom.

Miesięcznik Forbes - publikując niedawno listę najbogatszych ludzi świata - zauważył, że o ile 50% Amerykanów korzysta z zapałem z Facebooka, a 33% twittuje, to tylko 7,6% spośród prezesów największych firm z listy 500 ma aktywne konta na Facebooku. Tylko 1,8% z nich dokonało wpisu na Twitterze w ciągu 100 dni poprzedzających publikację, a jedynie dwóch (0,4%) ma więcej niż 500 znajomych na LinkedIn. Ich wolność jest widocznie gdzie indziej...

W celu komercyjnej reprodukcji treści Computerworld należy zakupić licencję. Skontaktuj się z naszym partnerem, YGS Group, pod adresem [email protected]

TOP 200