Kosztowna wolność internetu

Nowa polityka prywatności Google dobrze ilustruje tezę, że w internecie nie zawsze jesteśmy w stanie sami kontrolować granicę pomiędzy sferą prywatności a przestrzenią publiczną.

Idea wolności, która dla nowego pokolenia uczyniła internet ważną płaszczyzną komunikacji, konfrontuje się w różnych sytuacjach jakby ostrzej z interesami podmiotów, próbujących dla własnych powodów analizować i wykorzystywać informacje przetwarzane w systemach teleinformatycznych.

Obywatel patrzy...

Najłatwiej obudzić czujność użytkowników sieci, kiedy nowe kanały dostępu i przetwarzania prywatnych informacji może uzyskać państwo. Z przyzwyczajenia godzimy się tylko na sytuacje zastane, dostarczanie urzędnikom uwierzytelnionych informacji, wymaganych w obowiązujących procedurach administracyjnych. Przy tym przyjmujemy w dobrej wierze, że informatyzacja - część strategicznej reformy realizowanej pod hasłem "Sprawne państwo 2020" - posłuży administracji do uporządkowania gromadzonych informacji o obywatelach i procedurach administracyjnych, zredukuje niepotrzebne redundancje.

Upatrujemy trwałych ekonomicznych korzyści w burzeniu bezsensownych silosów informacyjnych w administracji. Upublicznienie państwowych zasobów ma zaowocować pojawieniem się w sferze publicznej wielu nowych usług i aplikacji, które powstaną dzięki kreatywnej inwencji obywateli. Otwarty dostęp do procesów decyzyjnych i planistycznych w administracji ma zapewnić ludziom współuczestniczenie i współodpowiedzialność za państwo, czyli sprzyjać pogłębianiu demokracji.

... i państwo patrzy

Znacznie gorzej to wygląda, jeżeli rozpatrujemy funkcje kontrolne i nadzorujące państwa. Możliwość łatwego przetwarzania informacji o obywatelach jawi się jako ryzyko wzmocnienia mechanizmów opresyjnych, które mogłyby być nadużywane przez państwo i jego służby.

Sieć wizyjna obserwująca miasto to dla niektórych wścibskie podglądanie, czy zachowanie mieszkańca miasta nie odbiega od norm grzeczności w miejscu publicznym. Te same narzędzia użyte w ogólnie dostępnych serwisach zwiększają społeczną akceptację, ale tylko w pewnych granicach. Eksperyment Google ze Street View w niektórych państwach się przecież nie spodobał. W końcu godzimy się na kamery, radary, czujniki, sygnalizatory, sterowanie ruchem, prześwietlanie bagaży na lotniskach. Trudniej nam świadomie akceptować coraz doskonalsze usieciowienie tych systemów, wyposażenie w systemy indywidualnej identyfikacji, rozpoznawania twarzy, temperatury, nietypowych gestów i zachowań.

Internet publiczno-prywatny

W sieci nie chcemy natykać się na państwowe prewencyjne narzędzia monitorujące, a tym bardziej na funkcjonariuszy służb policyjnych. Granicy pomiędzy przestrzenią publiczną a prywatną nie da się w internecie łatwo zdefiniować, ustalić, ani nawet zrozumieć. Głównie chyba chodzi o to, że prywatność, a tym bardziej intymność zależy od prywatnego uznania i tak jest pojmowana przez większość użytkowników. Kształtowana przez ostatnie kilkanaście lat doktryna ochrony danych osobowych ewoluuje w tym kierunku, bo od dłuższego czasu mówi się wprost o ochronie prywatności, a nie przetwarzaniu zdefiniowanego a priori katalogu danych uznanych za osobowe. Państwo jednak w swych tradycyjnych mechanizmach ustalania standardów prawnych, wkracza w tę sferę, na razie bardzo nieporadnie.

Awantura wokół ACTA to tylko przykład potencjalnych porażek w regulowaniu świata wirtualnego, na bazie doświadczenia świata fizycznego. Protestujący muszą zauważyć, że skuteczność osiągnęli niekoniecznie przez wirtualny atak DDOS na strony rządowe, lecz przez fizyczne wyjście na ulicę, wyjaśnienie swych racji w tradycyjnych mediach, pisemnych stanowiskach, osobiste pofatygowanie się na spotkanie z premierem.

Zostawiasz ślad

Ani blokowanie, ani dyscyplinowanie internetu metodami, którymi dysponuje dzisiaj tradycyjne państwo nie ma wielkiego sensu. Nie ma go, jeżeli nie jest akceptowane przez większość społeczeństwa, która z internetu aktywnie korzysta. Ułudą jest jednak przeświadczenie, że w sieci nie będzie regulacji, zmian, nowych standardów, które będzie można nazwać ograniczeniami. Reguły będą, tyle że wprowadzane innymi metodami.

Google i Facebook nie kłopoczą się procedurami wypracowanymi przez państwowe demokracje, aby zmieniać zasady korzystania z serwisów społecznościowych. Główną przesłanką zmian jest komercyjna atrakcyjność dla tych, którzy zapewniają przedsięwzięciom zyski. Ryzyko negatywnej reakcji niezadowolonych jest wkalkulowane w strategię. Zbyt cenną informacją jest wiedza, jak korzystamy z sieci i czego szukamy, aby z niej nie skorzystać, omijając ograniczenia narzucane w przepisach mających chronić naszą prywatność. Z wygody na niektóre z tych działań będziemy się sami godzić, jeżeli wybór neutralnej anonimowości ograniczy zdolność innych atrakcyjnych wyborów.

Komisja Europejska zaproponowała niedawno (pisaliśmy o tym w Computerworld 4/2012, "Unijna rewolucja w prawie do prywatności") wprowadzenie reguły, zgodnie z którą mamy prawo żądać od dostawców internetu i aplikacji trwałego wymazania wszelkich informacji o pozostawionych przez nas śladach. Właśnie kończy się okres publicznych konsultacji rozwiązań, oczekiwanych i koniecznych, bo rozsiewamy tych śladów w sieci coraz więcej. Ale czy potrafimy z tego prawa do zapomnienia skutecznie skorzystać?


TOP 200