Komunikatywność pieniędzy

Czy naprawdę rzucająca się w oczy pazerność większości Polaków jest dowodem ich infantylnej miłości do dóbr materialnych, czy może raczej przejawem bezradności w komunikowaniu swojego poczucia wartości?

Czy naprawdę rzucająca się w oczy pazerność większości Polaków jest dowodem ich infantylnej miłości do dóbr materialnych, czy może raczej przejawem bezradności w komunikowaniu swojego poczucia wartości?

Pazerność nie jest charakterystyczną cechą naszego społeczeństwa, odróżniającą je od innych społeczeństw europejskich czy amerykańskiego, ale w polskim wydaniu - z uwagi na naszą historię - jest szczególnie drażniąca. Wszak to polska inteligencja - jeszcze przed nastaniem kapitalizmu, w mocno niechlubnych czasach realnego socjalizmu, mówiła z dumą o sobie i innych Polakach - że są co prawda biedni, ale wielcy duchem. Co oznaczało zdolność do wierności wyższym wartościom.

Niedawno przypomniałam te nasze rozmowy wybitnemu polskiemu reżyserowi, autorytetowi tamtych i obecnych czasów, sugerując, że wszystko się zmieniło, że już nie obchodzi nas "być", tylko "mieć". Roześmiał się i powiedział, że nic się nie zmieniło: zarówno wtedy, jak i teraz najbardziej obchodzi nas "mieć", co nie znaczy, że czasem nie udaje nam się "być" z wielką klasą.

Nie zgadzam się z nim całkowicie, ale nie da się ukryć, że wszystkie nasze dumne Czerwce, Grudnie i Sierpnie miały początek w buncie przeciwko podwyżkom cen kiełbasy, cukru albo wódki. Jak mówi Lech Wałęsa, przez żądanie chleba doszliśmy do wolności, ale też sam siebie z zadumą pyta, czy nie inaczej potoczyłyby się dalsze losy, gdybyśmy do chleba doszli przez wolność. A tak, dzisiaj tylu ludzi - tylu, że aż strach - pyta: co mi po wolności, jak nie znam jutra? Nie wiem, czy będę miał pracę, czy wystarczy mi na szkołę dla dzieci, czy nie zamkną mojej firmy, czy dostanę się do lekarza, czy nie grozi mi pochówek z opieki społecznej?

Można sobie zadawać pytanie, czy to właśnie ten materialny fundament społecznego fermentu przeciwko komunizmowi - który w końcu przerodził się w rewolucję i obalił poprzedni ustrój - odcisnął się na sposobie, w jaki budowaliśmy wolność, i przekształcił ideę solidarności i społeczeństwa obywatelskiego w tak doskwierające nam dzisiaj przywary: prywatę, bezwzględną rywalizację, pogardę dla dobra wspólnego, opętanie konsumpcją. Nie podobałaby mi się odpowiedź pozytywna, ale nawet jeśli taka nieubłaganie wynikałaby z analizy faktów, to i tak nie można by było poprzestać na tym wyjaśnieniu. Być może było tak, że jedynym językiem, w którym można było się porozumieć z tępą i nieprzyjazną, rządzącą partią, był język pieniędzy: roszczeń płacowych, podwyżek cen, rekompensat, zasiłków. Język wolności byłby dla tej władzy i niezrozumiały, i nie do przyjęcia. Język wolności nie doprowadziłby do wolności. Język chleba - tak. W języku pieniędzy wyrażało się pragnienie zmiany i w języku pieniędzy komunikowano władzy poczucie własnej godności i wartości. Sądzę, że to komunistyczne nieszczęście ciągnie się za nami do dzisiaj.

Co więcej, kapitalizm - gospodarka wolnorynkowa i konkurencyjna - ogromnie rozwinął nam możliwości komunikowania się w tym języku, zwiększył zasób słów i liczbę sytuacji, w których można go używać. W biznesie bowiem żelazną zasadą jest, że to, czego nie można wyrazić w liczbach, nie istnieje, w każdym razie nie podlega ocenie, dyskursowi, wartościowaniu, nie liczy się. "Dzięki" nawykom z epoki socjalizmu zgrabnie rozszerzyliśmy zastosowanie tej zasady do człowieka: jesteś tyle wart, ile pieniędzy posiadasz, zarabiasz albo potrafisz ukraść, również, ile możesz swoim stronnikom załatwić. Tyle jesteś wart, jako polityk, dyrektor, sąsiad, kolega czy brat. Również wielu ludzi tak osądza samych siebie: kim jestem, jeśli nie stać mnie na to i owo, jeśli czegoś tam nie mogę zapewnić dzieciom czy starym rodzicom, jeśli muszę bać się o posadę.

Nic i nikt nie podpowiada innego sposobu komunikacji ze społeczeństwem i z samym sobą. Liczby opisują pozycję społeczną, samopoczucie i egzystencję człowieka. My nie tyle staliśmy się patologicznie pazerni, ile zatraciliśmy umiejętność wyrażania i odczytywania siebie nawzajem. Bez liczb nie wiemy już kto ma rację, kto jest mądrzejszy od kogo, kto odniósł sukces, a kto przegrał swoje życie, kto jest wierny, a kto ma jedynie wspólników.

Maria Janion, historyk literatury, na pierwszym Kongresie Kultury w 1981 r. - dzień przed wprowadzeniem stanu wojennego - wzywała elitę polityczną i kulturalną Polski, aby nie zadowalała się bogactwem romantycznych, historycznych odniesień Sierpnia 80, aby zdobyła się na prawdziwy, wielki wysiłek intelektualny, którego owoc równy będzie idei solidarności i wolności. Później był stan wojenny, a potem wolność i reformy gospodarcze. I zostaliśmy z rozumem i nawykami na miarę realnego socjalizmu, z dziecinną żądzą posiadania ładnych zabawek i z... nikłym zapleczem intelektualnym do stania się społeczeństwem obywatelskim i bogatym.