Kogo chroni prawo

15 września do Sejmu wpłynie projekt nowelizacji ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Ożywiło to dyskusje o roli ustawy w kształtowaniu stosunków producent oprogramowania - użytkownik.

15 września do Sejmu wpłynie projekt nowelizacji ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Ożywiło to dyskusje o roli ustawy w kształtowaniu stosunków producent oprogramowania - użytkownik.

Nie tak dawno zdarzyło się, że firma U (Użytkownik) korzystająca od 10 lat z oprogramowania kadrowo-płacowego firmy P (Producent) postanowiła przejść na nowe rozwiązanie. Uznała bowiem, że poprzednie nie spełnia warunków wymaganych przez ustawę o ochronie danych osobowych, nie było także odporne na problem roku 2000. Było po prostu przestarzałe. Okazało się jednak, że przeniesienie danych z poprzednio używanego systemu do nowego wymaga eksportowania ich w formie pliku tekstowego, czego Użytkownik nie jest w stanie samodzielnie wykonać. Zwrócił się więc do Producenta o przygotowanie pliku tekstowego, zawierającego dane, lub umożliwienie przekazania dokumentacji oprogramowania firmie trzeciej, która na jej podstawie miałaby stworzyć odpowiedni plik. Producent nie zgodził się ani na przygotowanie danych, ani na udostępnienie dokumentacji firmie trzeciej, powołując się na obowiązujące prawo autorskie i konieczność ochrony tajemnicy swojego oprogramowania.

Prawo czy bezprawie

Użytkownik tym samym znalazł się w sytuacji, w której jedynym zgodnym z prawem rozwiązaniem byłoby ręczne przenoszenie danych z jednego programu do drugiego. "Jeśli autor oprogramowania nie chce nam pomóc, powinniśmy mieć możliwość skorzystania z dokumentacji w celu przeniesienia danych. Czy zgodnie z prawem nasi pracownicy muszą od początku wprowadzać 10-letnie archiwum danych kadrowo-płacowych do nowego systemu?" - zastanawiał się zdesperowany kierownik działu informatyki Użytkownika.

Okazuje się, że prawo autorskie nie daje na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Obecnie obowiązująca ustawa (z 4 lutego 1994 r.) o prawie autorskim i prawach pokrewnych precyzuje w rozdziale 7 "przepisy szczególne dotyczące programów komputerowych". Artykuł 75, ust. 3 mówi, że "nie wymaga zezwolenia uprawnionego zwielokrotnianie kodu lub tłumaczenia jego formy w rozumieniu art. 74 ust. 4 pkt 1 i 2, jeśli jest to niezbędne do uzyskania informacji koniecznych do osiągnięcia współdziałania niezależnie stworzonego programu komputerowego z innymi programami komputerowymi", jeśli jest dokonywane przez "licencjobiorcę lub inną osobę uprawnioną do korzystania z egzemplarza programu komputerowego bądź przez inną osobę działającą na ich rzecz", przy spełnieniu kilku wyszczególnionych warunków.

Dekompilacja jest więc dozwolona przez prawo w określonych warunkach, ale jednocześnie prawo w żaden sposób nie zobowiązuje dostawcy oprogramowania do dostarczenia niezbędnej dokumentacji. Użytkownik może dokonać dekompilacji, jeśli sam potrafi poradzić sobie z zagadnieniem.

Odrębne ustalenia

Czy jednak przeniesienie danych można traktować jako konieczność uzyskania kompatybilności oprogramowania? "Sądzę, że ten przypadek nie zachodzi. Moim zdaniem Producent nie jest zobowiązany, a Użytkownik nie ma prawa udostępniać dokumentacji trzeciej firmie, która miałaby działać na jego rzecz. Być może w sądzie można by bronić stanowiska Użytkownika w ten sposób, że jest to szczególny przypadek i można mówić o nadużyciu prawa, ale to już kwestia do decyzji sądu" - argumentuje prof. Ryszard Markiewicz, dyrektor Instytutu Wynalazczości i Ochrony Własności Intelektualnej (IWOWI).

"Wydaje mi się, że Producent miał prawo odmówić dostępu do dokumentacji oprogramowania. Każda dokumentacja korzysta z ochrony prawa autorskiego. Wiele spraw jest jednak kwestią regulacji w umowie wchodzącej w zakres prawa cywilnego. W interesie użytkownika jest dbanie o takie skonstruowanie umowy z producentem oprogramowania, która uzasadnia żądania wykonania dodatkowych usług czy udostępnienia dokumentacji" - mówi prof. Janusz Barta, zastępca dyrektora IWOWI. Zarówno prof. R. Markiewicz, jak i prof. J. Barta pracowali przy projekcie konstruowania ustawy o prawie autorskim, a ostatnio przy projekcie jej nowelizacji.

Klient nie zawsze ma rację

Znawcy zagadnienia zgadzają się, że przepisy prawa autorskiego dyskryminują użytkownika, który o ochronę swoich praw w zasadzie powinien troszczyć się sam, zamieszczając zawczasu odpowiednie zapisy w umowie z producentem. "Taki stan raczej się nie zmieni. Takie są standardy światowe i uznawane przez Unię Europejską, do których dostosowujemy polskie prawo" - mówi prof. J. Barta.

W Polsce konflikty na gruncie prawa autorskiego, dotyczącego oprogramowania komputerowego, rozstrzygają sądy, które opierają się na orzecznictwie Sądu Najwyższego i sądów apelacyjnych. "Opublikowane orzeczenia można policzyć na palcach jednej ręki, trzy pochodzą jeszcze z czasów obowiązywania starej ustawy" - mówi Zbigniew Okoń, pracownik naukowy Katedry Prawa Cywilnego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie ma również wiarygodnej instytucji, która mogłaby wydawać ekspertyzy w takich sprawach, bez uciekania się do rozpraw na sali sądowej.


TOP 200