Kasa i klasa

Telewizja BBC dowiodła ostatnio, że potrafi konkurować nie tylko klasą programów, ale i – co znacznie trudniejsze – klasą w ogóle. Zdecydowano tam mianowicie o rozstaniu się z prezenterem, który zachował się mało godnie, a nawet poniżająco wobec szefa ekipy realizującej program, w jakim tenże prezenter był gwiazdorem.

I może nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie chodziło o jeden z najdłużej realizowanych i najbardziej dochodowych programów w całej historii BBC, oglądany przez miliony widzów na świecie. Sam obejrzałem przed laty zaledwie odcinek czy dwa tego programu i jego prezenter wydał mi się nieco megalomański, a program zwyczajnie nudny, ale to może dlatego, że samochody (program o samochodach) są poza pierwszą, a może i drugą, dziesiątką moich zainteresowań.

Będąc telewizją publiczną, utrzymującą się z abonamentu, BBC nie nadaje reklam i nie zniża się też do pokazywania programów z tańcami na wodzie czy we wodzie. Wszystkie programy BBC (i innych telewizji brytyjskich też) nadawane naziemnie są dostępne również, bez żadnego kodowania, z satelity. Żeby jednak nie naruszać skomplikowanych praw autorskich, wiązka sygnałów z tego satelity (Astra 28ºE) jest ukierunkowana tak, że obejmuje tylko Wyspy Brytyjskie (z Irlandią), zahaczając o kawałek Niemiec, Belgię i Holandię oraz północną połowę Francji.

Odbiór satelity Astra 28ºE w Polsce to rodzaj sportu, w którym rzadko się wygrywa, a który wymaga sporej cierpliwości i można go uprawiać tylko w zachodniej połowie kraju. Do ustawienia anteny, by odbierać szczątki sygnału, jakie tu docierają, potrzeba dobrych warunków atmosferycznych (chmury tłumią sygnał), dobrych przyrządów pomiarowych, dużo czasu i anteny o średnicy ok. 3 metrów. A przy wichurze, jaka towarzyszy pisaniu tego tekstu, antena o takiej wielkości to przede wszystkim spory żagiel, z którym można odlecieć nawet z kawałkiem dachu.

Programy telewizyjne BBC można oglądać również za pośrednictwem sieci (jest bezpłatny program iPlayer), ale – niestety – tylko na Wyspach Brytyjskich, co jest ustalane według adresu IP firmy dającej dostęp do internetu. I znowu z powodu kategorycznego stosowania się do przyjętych reguł mamy tu do czynienia ze swoistym „sportem” uprawianym głównie, ale nie tylko, w USA. Powstały tam firmy udostępniające, za niewielką opłatą, serwery widziane przez BBC jako brytyjskie, a przez które można przepuścić owe programy i oglądać je stamtąd na całym świecie. Takie niezbyt stosowne działanie za stosowne pieniądze (kasa bez klasy).

Czasowe ograniczanie dostępności sygnału satelitarnego to praktyka wielu stacji europejskich, które chwilami wyłączają go całkowicie, by nie płacić wysokich stawek z tytułu praw do obecnie nadawanych, atrakcyjnych, a więc drogich, programów.

Ale wszystko ma się zmienić, o co, działając w ramach i skali Unii Europejskiej, zabiega były premier Estonii Andrus Ansip. Zamiary unijne idą zresztą znacznie dalej i obejmują oprócz reformy prawa autorskiego również cały tzw. jednolity rynek cyfrowy. Przy okazji na terenie Unii i dla jej mieszkańców miałby w ogóle zniknąć roaming, a połaczenia telefoniczne, w tejże Unii ramach miałyby być traktowane jak dzisiaj lokalne. Jeżeli ten zamysł się powiedzie, można będzie rzec, że w czasie jednego pokolenia przeszliśmy od rozmów łączonych przez telefonistkę („Olbrzymie bydlę! Złociutka, przepraszam, to nie do pani...” – z czego to cytat?) do jednolitych stawek za połączenia automatyczne w skali Europy.

A Estończyk w roli promotora wspomnianych zmian pasuje tu idealnie – jego kraj od dawna należy do przodujących w zakresie wszystkich e-, o czym, w tekście zatytułowanym „e-stonia” pisałem tu, w tym miejscu, 15 lat temu. Takim właśnie krajom, które od lat inwestowały sporo w rozwój infrastruktury sieciowej, będzie znacznie łatwiej, gdy proponowane reformy będą się materializować. Jeszcze łatwiej będzie tym, którzy przeszli na wspólną walutę. Bo tam właśnie nie będzie obaw o zmiany kursu walut i łatwiej będzie zaproponować coś tak rewolucyjnego jak „pakiet darmowych minut do wykorzystania na połączenia do wszystkich operatorów w ramach Unii Europejskiej”. Co oczywiste – nie u nas, bo to, co innym służy, nam zawsze jakoś dziwnie szkodzi, a nasi politycy zdają się wzajemnie licytować, kto bardziej opóźni moment naszego przejścia na wspólną walutę. Efekt łatwy do wyobrażenia – ani w tym klasy, ani z tego kasy (gdy pominąć banki i kantory).