Jesień, czyli chmury

Tegoroczna jesień obfituje w pochmurne i mgliste dni, zaskakując paraliżem tego czy tamtego lotniska. Samolot, który nie przyleciał, również nie odleci, więc zostaje wtedy tylko pociąg. Pół biedy, gdy zdarza się to w Krakowie czy w Poznaniu, bo pociągów, np. do Stolicy, tam sporo i jadą w miarę krótko. Ale w takim Gdańsku czy Wrocławiu można od razu w ciemno wybrać pociąg (z Wrocławia o czwartej z minutami...), bo gdy, już na lotnisku, okaże się, że lot odwołano, nie ma żadnych szans na dotarcie do Warszawy o przyzwoitej biznesowo porze.

Tejże samej jesieni mamy wyjątkowy (a może to prawidłowość?) urodzaj na seminaria i konferencje, realne i wirtualne, mające za temat chmurę, tę informatyczną, cokolwiek kto przez nią rozumie. A rozumie się tak wiele, pod pojęcie „chmura” i „cloud” podwiesza się tyle rozmaitych różności, że doskonale potwierdza to tezę Gartnera sprzed 5–6 lat mówiącą, że służby marketingowe zadbają już, by pod hasłem „cloud” sprzedać wszystko, co będzie do sprzedania.

Sam nawet dałem się w to wpuścić, bo, unikając całe niemal życie gazetowych i internetowych testów i quizów, zabawiłem się w wirtualny test na temat chmury, uzyskując wynik gorzej niż mierny. Za to bawiłem się nieźle, z rozkoszą wybierając jako prawdziwą np. opcję mówiącą, że chmura zapewnia większe bezpieczeństwo, bo w chmurach serwery są niewidoczne dla włamywaczy.

Największym nadużyciem propagandowym popełnianym przy oferowaniu usług w chmurze wcale nie jest podciąganie pod zakres pojęcia chmury wszystkiego, co się da, lecz obiecywanie nowych, wspaniałych możliwości, niedostępnych jakoby, gdyby robić to wszystko we własnym zakresie. A przecież, w chmurze czy nie, będzie to ta sama poczta elektroniczna, ten sam system ERP, ten sam system biurowy. Za to, bez wątpienia, będzie to wygodniejsze dla służb informatycznych danej organizacji, bo zamiast świecić oczami przed zirytowanymi niedostępnością systemu użytkownikami, mogą przenieść całą winę do enigmatycznej chmury i na jej dostawcę. Dostawcę, którego zapewnienia o dostępności nie wytrzymują nawet tak chętnie przytaczanego porównania z prądem elektrycznym. Bo jak ustalili członkowie międzynarodowego ciała badającego tę sprawę, średnioroczna niedostępność, badana dla 13 usług typu cloud, uznanych za czołowe w skali świata, wyniosła około 7,5 godziny, podczas gdy nieplanowane przerwy w dostawie prądu to w nowoczesnych stolicach świata tylko 15 minut rocznie.

Podobnie, albo nawet jeszcze bardziej, rozwiązania chmurowe nie przynoszą ze sobą nowych metodyk tworzenia programów i systemów informatycznych. Pozostają te same co zawsze środowiska, narzędzia i języki. Łatwiej i szybciej może da się tu przygotować np. kolejne środowisko testowe, ale przewaga chmury nad dobrze zastosowaną wirtualizacją nie jest aż tak wielka.

Można zaryzykować nawet tezę, że chmura to bardziej zautomatyzowana wirtualizacja, ale dwa te światy coraz bardziej się do siebie zbliżają. Trudno zresztą wyobrazić sobie chmurę, która, w swej głębi, nie korzysta z wirtualizacji.

Odżywa też, zdawałoby się, zadawniony spór o tzw. chmurę prywatną. Ortodoksi już dawno twierdzili, że prywatna chmura to zaprzeczenie samej idei chmury. Teraz dołączyli do nich ci, którzy przytaczają argument kosztowy: w prywatnej chmurze ginie czynnik oszczędnościowy, gdyż na samym wstępie dana organizacja musi kupić całą tę chmurę i ponosić wszystkie koszty jej posiadania, bez względu na stopień wykorzystania.

W sumie najważniejsze jest to, co komu rozwiązanie typu cloud daje i jakie pociąga za sobą ryzyko. A cała sztuka polega na umiejętności oceny i wyceny tego ryzyka, co, na razie, mało kto (o ile w ogóle ktokolwiek) potrafi dobrze zrobić.

Cokolwiek by jednak jeszcze powiedzieć, zwycięzcą tegorocznej edycji konkursu „Best in cloud” zostały Polskie Linie Lotnicze LOT, co jest więcej niż oczywiste, jako że w tej akurat dziedzinie mają oni ponad 80 lat praktyki.