Jak to Internet obalił komunizm

Towarzysze radzieccy nie przewidzieli, że należy przykładać wagę do rozwoju rynku komputerów PC. Kradli technologie z Zachodu, by utrzymać równowagę sił, świadomie rezygnując z własnych konstrukcji. Komputer osobisty podłączony do sieci telefonicznej był pojęciem nie tylko obcym, lecz wręcz wrogim systemowi socjalistycznemu. Zdaniem Manuela Castellsa, słynnego ''filozofa Internetu'', doprowadziło to do upadku komunizmu.

Towarzysze radzieccy nie przewidzieli, że należy przykładać wagę do rozwoju rynku komputerów PC. Kradli technologie z Zachodu, by utrzymać równowagę sił, świadomie rezygnując z własnych konstrukcji. Komputer osobisty podłączony do sieci telefonicznej był pojęciem nie tylko obcym, lecz wręcz wrogim systemowi socjalistycznemu. Zdaniem Manuela Castellsa, słynnego ''filozofa Internetu'', doprowadziło to do upadku komunizmu.

Około połowy ubiegłego wieku, kiedy wielu ludziom wydawało się, że polityczną przyszłością świata jest taka czy inna odmiana totalitaryzmu, narodziła się forma literacka, będąca ponurą przepowiednią nadchodzącej globalnej dyktatury, zwana - w odróżnieniu od utopii - dystopią. Klasyczne pozycje tego genre'u to oczywiście Nowy Wspaniały Świat Huxleya (1932), 1984 Orwella (1948) czy Fahrenheit 451 Bradury'ego (1953). Jednym z aspektów wielu tych wizji, który musi być intrygujący dla każdego obserwatora współczesnej rewolucji technologicznej, jest przekonanie ich autorów, iż technologia stoi po stronie totalitaryzmu i będzie narzędziem pozwalającym mu zatriumfować. Niektóre z tych ciemnych proroctw czyta się wręcz jak historię zmagań dwóch kultur - technokratycznej dyktatury oraz humanistycznej wolności i demokracji. Jakie musiałoby być zaskoczenie wszystkich tych pisarzy, gdyby dożyli czasów Okrągłego Stołu i upadku europejskiego komunizmu. Nowa technologia bowiem, zamiast posłużyć jako oręż kontroli i ucisku, okazała się bronią wyzwoleńczą. Taka przynajmniej jest teza najsłynniejszego dziś "filozofa Internetu" Manuela Castellsa.

Kosmopolita z Berkeley

Pisząc o Castellsie jako o filozofie, użyłem cudzysłowu z kilku przyczyn. Przede wszystkim dlatego że ściśle biorąc jest on socjologiem, a nie filozofem. W dodatku, jako socjolog, w swym monumentalnym, trzytomowym dziele (uważanym przez niektórych za epokowe) zatytułowanym Wiek Informacji: Ekonomia, Społeczeństwo i Kultura, opublikowanym przez wydawnictwo Blackwell w latach 1996-98, podkreśla wielokrotnie, że ambicją jego nie było propagowanie żadnego systemu filozoficznego czy nawet promocja pewnej określonej wizji przyszłości, lecz rzetelny opis społecznej rzeczywistości końca XX stulecia, zbliżający nas, być może, do lepszego zrozumienia "natury czasów", w jakich żyjemy.

Każdy najbardziej nawet obiektywny w swym zamierzeniu opis świata nosi znamiona subiektywnej wizji i osobowości obserwatora. A jest to w tym przypadku osobowość bardzo interesująca. Castells, który jako młody student prawa z Barcelony, wylądował na początku lat 60. w Paryżu jako polityczny uchodźca, był w tym okresie marksistą. W krótkim czasie obronił doktorat z socjologii u słynnego Alaina Touraine'a i w 1966 r., mając zaledwie 24 lata, wykładał w Nanterre, ucząc m.in. jednego z przyszłych liderów studenckiej rewolty Daniela Cohn-Bendita.

Po śmierci Franco, Castells powrócił na krótko do Hiszpanii, lecz za swą stałą "bazę" wybrał ostatecznie Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley, który w latach 60. był chyba najbliższym amerykańskim odpowiednikiem Nanterre. Aby w pełni scharakteryzować sylwetkę tego klasycznego kosmopolity, wypada jeszcze stwierdzić, że jego babcia pochodziła z Filipin, zaś żona (i bliska współpracowniczka), Emma Kisielowa, jest Rosjanką. Castells, który zna sześć języków, prowadził badania socjologiczne bądź wykładał m.in. w Ameryce Południowej, Singapurze, Japonii, Tajwanie, Związku Radzieckim (gdzie przez pewien czas był doradcą rządu Gorbaczowa), Korei i kilku krajach Afryki. Kiedy pisze o współczesnym świecie, odnosi się wrażenie, że wszędzie był i wszystko widział. To, co widział w Związku Radzieckim - który odwiedził wielokrotnie w latach 1989-1993 - i to, co ma do powiedzenia na temat przyczyn jego upadku szczególnie, w moim przekonaniu, zasługuje na uwagę. Castells ma bowiem na ten temat własną hipotezę.

Informacjonalizm

W 1400-stronicowej trylogii Castells poświęca upadkowi Związku Radzieckiego ok. 70 stron, na początku trzeciego tomu zatytułowanego Koniec Tysiąclecia (End of Millennium). Jego okładkę symbolicznie zdobi obraz nadwołżańskich burłaków Ilji Riepina. Aby podkreślić osobliwość tego - nie przewidzianego przez żadnego z zachodnich "kremlinologów" - wydarzenia, Castells zauważa na początku swych rozważań, że jeszcze na początku Gorbaczowskiej pierestrojki Związek Radziecki zdawał się spełniać wszelkie warunki stabilności. Był on jedynym krajem świata samowystarczalnym energetycznie i surowcowo. Ekonomicznie był trzecią globalną potęgą. Posiadał dobrze rozwiniętą infrastrukturę edukacyjną i nauki ścisłe na najlepszym światowym poziomie. Politycznie i militarnie kraj nie był poważnie zagrożony ani z zewnątrz, ani - wobec stosunkowo słabej i nielicznej opozycji politycznej - od wewnątrz. Dlaczego więc się rozpadł? Hipoteza Castellsa brzmi: zapoczątkowany w latach 70. kryzys ekonomiczno-społeczny, który w końcu doprowadził do upadku bolszewizmu, "był wyrazem strukturalnej niezdolności (systemu sowieckiego) do transformacji w kierunku społeczeństwa informacyjnego".

Informacjonalizm - stworzone przez Castellsa pojęcie, będące analogiem industrializmu - jest przez niego zdefiniowane w klasycznie marksistowskich kategoriach "sił wytwórczych" i "stosunków produkcji". Społeczeństwo informacyjne (tzn. praktykujące informacjonalizm) to mówiąc w pewnym uproszczeniu takie, w którym źródłem wzrostu ekonomicznej wydajności jest zdolność do optymalizacji procesu produkcyjnego poprzez wykorzystanie wiedzy i informacji. Oczywiście, społeczeństwo, aby zdolność taką osiągnąć, musi najpierw stworzyć techniczną infrastrukturę, to znaczy rozwinąć nowoczesny przemysł komputerowy. W tej dziedzinie Rosjanie - mimo że Związek Radziecki chełpił się większą liczbą inżynierów i naukowców na jednego obywatela niż Japonia czy Stany Zjednoczone - ponieśli kompletne fiasko.

Komputer dla ludzi? "Niet"

W latach 50., a nawet 60. technologiczna przepaść radzieckiego przemysłu elektronicznego w stosunku do jego zachodnich kontrpartnerów nie była specjalnie głęboka. Prace rozwojowe w tej dziedzinie rozpoczął w latach 40. S. A. Lebiediew w kijowskim oddziale Radzieckiej Akademii Nauk, a pierwszy prototyp - MESM - był gotów w roku 1950, zaledwie 4 lata po amerykańskim ENIAC-u. Kolejne modernizacje doprowadziły do powstania konstrukcji, produkowanej od roku 1968, maszyny BESM-6, zdolnej do wykonywania 800 tys. operacji na sekundę. Mimo to w 1965 r. RWPG wybrała jako komputerowy standard nie BESM-6, lecz amerykański IBM model 360. Rzecz interesująca, jak twierdzi Castells, decyzja ta zapadła pod naciskiem radzieckich władz wojskowych.

Powrócę jeszcze do oceny roli sowieckich kręgów militarnych w osiągnięciu "planowanego zacofania technicznego". Zacofanie to, począwszy od lat 70., stało się tak ogromne, że technologiczne opóźnienie Rosji w stosunku do Zachodu wzrosło w latach 90. z czterech do dwudziestu lat! "Coś" się stało w latach 70., co spowodowało szybkie pogłębienie się tej przepaści. To "coś" - pisze Castells - wydarzyło się jednak nie w Związku Radzieckim, lecz w Ameryce. Choć Castells nie jest aż tak precyzyjny, myślę, że można jako na symbol tego "czegoś" wskazać na dwóch długowłosych młodych majsterkowiczów z Kalifornii - Jobsa i Wozniaka, którzy w swym słynnym garażu zmajstrowali pierwszy tani, naprawdę osobisty, komputer. Do tego czasu postęp amerykańskiej technologii komputerowej odbywał się w sposób względnie zrozumiały dla sowieckich biurokratów. Był to sposób działania wielkich korporacji, takich jak IBM, które w prognozowaniu przyszłości komputeryzacji popełniły podobnie kardynalne błędy. IBM jednak zdolny był swe błędy naprawić, po prostu dlatego że była to dla niej sprawa ekonomicznego życia lub śmierci. System centralnego planowania jest bardziej "humanitarny"...

Oczywiście, coś takiego jak "osobisty komputer", nie mówiąc już - nie daj Boże! - o osobistym komputerze podłączonym do sieci telefonicznej, był pojęciem nie tylko obcym, lecz wręcz wrogim systemowi socjalistycznemu. Jeszcze dziś chińskie władze posuwają się do hakerskiego sabotażu w swych próbach kontroli Internetu. W Związku Radzieckim lat 70. nikt nie myślał o komputerach "dla ludzi", zaspokojeniem potrzeb państwa w coraz większej mierze zaś zajmowało się KGB i jego naukowi i techniczni szpiedzy, a nie rodzime "siły naukowe".

Cal po radziecku

Sugestia, że decyzja zdania się na kradzież nowoczesnej strategicznej technologii z obozu wroga została podjęta świadomie na najwyższym szczeblu władz policyjnych i wojskowych, jest jedną z najbardziej interesujących hipotez Castellsa. Hipotez, ponieważ nie powołuje się on na konkretne źródła potwierdzające takie przypuszczenie i nie sądzę, aby do źródeł takich miał on dostęp. Za słusznością takiej hipotezy przemawia jednak logika. Radzieccy generałowie byli ludźmi praktycznymi, zainteresowanymi nie tyle ideologicznymi celami, takimi jak wykazanie wyższości radzieckiej techniki nad techniką burżuazyjną, ile tym, by kontrolowane przez nich systemy broni działały w chwili potrzeby. Kradzież zachodniej technologii miała po prostu większy strategiczny sens.

Na Zachodzie z samej natury systemu wolnej konkurencji, którego podstawą jest zysk, łatwo dostępna technologia cywilna nie pozostawała daleko w tyle za pilnie strzeżoną techniką wojskową. Inaczej było w Związku Radzieckim, gdzie gospodarka nie rządziła się prawami rynkowymi i próby zainteresowania naukowców (skupionych np. w Nowosybirsku) współpracą z przemysłem całkowicie zawiodły z braku jakichkolwiek bodźców. Ostatecznie także i w przemyśle cywilnym kopiowanie zachodniej technologii było procedurą łatwiej mieszczącą się w ramach "gospodarki planowej". Kopiowaniem układów scalonych zajmowało się np. Radzieckie Ministerstwo Elektroniki. Jednym z problemów, jakie trzeba było na szczeblu ministerialnym rozwiązać, był ten, że Rosja, w ślad za większością zachodnich Europejczyków, wprowadziła u siebie system metryczny, gdy Amerykanie pozostali przy calach i uncjach. Jeden cal równy jest, jak wiadomo, ok. 25,4 mm, co radzieckim biurokratom wydało się liczbą niedostatecznie "okrągłą". Skoro Rosja ma inny rozstaw szyn kolejowych - rozumowali oni zapewne - to równie dobrze może się posługiwać własnym, zaokrąglonym calem. Dekretem ministerialnym cal uznany został za równy 25 mm. Kiedy okazało się, że żadne produkowane w Związku Radzieckim układy elektroniczne nie pasują do żadnych - ani metrycznych, ani calowych - urządzeń wytwarzanych w pozostałych krajach świata, było już za późno. Jeśli istniały możliwości podboju światowego rynku przez radziecką elektronikę, zostały one tym prostym sposobem zniweczone.

Z marksisty socjaldemokrata

W czasie gdy Castells pisał monumentalną trylogię, a nawet już wcześniej, gdy prowadził badania w Związku Radzieckim, nie był już - jak twierdzi - marksistą, tylko socjaldemokratą. Romans z marksizmem pozostawia jednak zwykle trwałe ślady, i u Castellsa są one wyraźnie widoczne. Tak jak Marks, zdaje się on poszukiwać "obiektywnych praw rozwoju społecznego", choć zastrzega, że naprawa świata przestała być jego celem. Szukając tych uniwersalnych praw, zdaje się być - przynajmniej w moim przekonaniu - mało wrażliwy na unikalną specyfikę poszczególnych kultur. Jego teza, że niezdolność społecznej transformacji do "informacjonalizmu" stała się przyczyną upadku bolszewizmu, jest interesująca. Droga do tego upadku, który zresztą był raczej zdarzeniem radosnym, wiodła przez indywidualne ludzkie decyzje. Związek Radziecki mógł zapewne pójść drogą Chin i zamrozić ewolucję ku demokracji politycznej. Być może decyzje, które doprowadziły ZSRR do upadku, jednocześnie stworzyły szansę na przyłączenie się Rosji do Europy. I może taka była, świadoma lub nie, motywacja jej przywódców.

--------------------------------------------------------------------------------

Dr Krzysztof Szymborski jest historykiem nauki, wykładowcą Skidmore College w USA.


TOP 200