Jak nas widzą

Czytanie poważnych zagranicznych czasopism przez właścicieli firm i menedżerów jest dla nich niezwykle pouczające, ale z innego powodu niż można byłoby sądzić. Nie należy się po tej lekturze spodziewać cennych, użytecznych w Polsce wskazówek do prowadzenia biznesu. Mimo globalizacji, biznes w rozwiniętych krajach ma czasem zdecydowanie innych charakter niż w Europie Wschodniej. Można natomiast z powodzeniem zaspokajać ciekawość najnowszych koncepcji menedżerskich czy badań naukowych w tej dziedzinie.

Czytanie poważnych zagranicznych czasopism przez właścicieli firm i menedżerów jest dla nich niezwykle pouczające, ale z innego powodu niż można byłoby sądzić. Nie należy się po tej lekturze spodziewać cennych, użytecznych w Polsce wskazówek do prowadzenia biznesu. Mimo globalizacji, biznes w rozwiniętych krajach ma czasem zdecydowanie innych charakter niż w Europie Wschodniej. Można natomiast z powodzeniem zaspokajać ciekawość najnowszych koncepcji menedżerskich czy badań naukowych w tej dziedzinie.

Lektura zagranicznych czasopism jest niezwykle pouczająca z jeszcze innego powodu. Otóż czytając amerykańskie czy zachodnioeuropejskie rozważania na temat robienia interesów za granicą, czyli np. w Polsce, Chinach czy Tajlandii, dowiadujemy się wiele na temat tego, jak nas widzą tamtejsi badacze i biznesmeni. Jest to lektura masochistyczna, albowiem piszą o nas bez żadnych sentymentów, dymnych zasłon, rozbudowanych metafor, grzecznościowych formuł, po prostu: rzeczowo. Z tego opisu wyłania się obraz raczej niezbyt cieszący nasze oczy i serca.

Ostatnio okazję do takich wrażeń dostarcza lektura lipcowo-sierpniowego numeru "Harvard Business Review". W artykule Tarun Khanna i Krishna Palepu pt. „Why focused strategies may be wrong for emerging markets" autorzy zastanawiają się, dlaczego na dobrze rozwijających się rynkach (nasz należy do takich) wielkie konglomeraty azjatyckie odnoszą większe sukcesy niż dobrze zorganizowane, precyzyjnie skoncentrowane na swoich najlepszych kompetencjach firmy zachodnie. Na rynku amerykańskim i zachodnioeuropejskim sytuacja jest przeciwna. Tam azjatyckie giganty są znacznie mniej skuteczne i zyskowne. Lepiej sprawdzają się najbardziej nowoczesne korporacje rozwiniętego kapitalizmu, czyli te, które ze swoich struktur odrzuciły wszystkie marginalne lub mniej zyskowne dziedziny działalności, a także obsługę wielu własnych wewnętrznych funkcji, np. informatykę, marketing, transport, remonty powierzyły firmom zewnętrznym. Jednak właśnie to okazało się największą ich wadą na rozwijających się rynkach. Powodem jest ciągle wielki niedorozwój tych rynków: istnienie postaw, instytucji i reguł, właściwych dla początków budowy gospodarki rynkowej, które już dawno zanikły w rozwiniętym kapitalizmie. Firmy zachodnie nie posiadają więc w swoich organizmach mechanizmów radzenia sobie z nimi.

Mechanizmy takie posiadają za to azjatyckie konglomeraty. Ich rozbudowane struktury i mocno zdywersyfikowana działalność zastępują niedostatki mechanizmów rynkowych w rozwijających się państwach.

Autorzy artykułu, w odróżnieniu od wielu badaczy, nie analizują stóp procentowych, inflacji, otwarcia na obcy kapitał, wzrostu dochodu narodowego. Skupiają się na tych wszystkich sprawach, które wpływają na wzajemne relacje klient - dostawca. Okazuje się, że istnieją w tym obszarze poważne problemy przede wszystkim z przepływem informacji o firmach i towarach, brak regulacji prawnych oraz silnych stowarzyszeń konsumenckich (to jest wada z punktu widzenia zachodniej firmy!). Następnym ważnym zjawiskiem jest nadmierna ingerencja urzędników i polityków oraz korupcja, kolejnym - sporo szkół biznesu, ale mało kompetentnej, utalentowanej kadry menedżerskiej. Kolejny niedorozwój dotyczy spraw bezpieczeństwa i sądownictwa. Nie istnieją lub są w powijakach instytucje minimalizujące ryzyko biznesowe. Gwarancje, że kontrakt zawarty na takim rynku zostanie dotrzymany, bywają bardzo słabe, a możliwości egzekwowania prawa ograniczone. Azjatyckie konglomeraty uzupełniają swoimi strukturami to, czego nie ma na wschodzących rynkach: przepływ informacji, zasoby do inwestowania i zabezpieczenia tych inwestycji, kształcenia kadr oraz środki perswazji dla decydentów.

Miejmy nadzieję, że autorzy - pisząc o rozwijających się rynkach - bardziej mieli na myśli Chiny niż Polskę.

Harvard Business Review, lipiec-sierpień 1997 r.


TOP 200