Jak długo?

W czasach, gdy pobierałem nauki, i to na wszystkich kolejnych poziomach, zajęcia odbywały się przez sześć dni w tygodniu, z łagodniejszym wymiarem w sobotę, kiedy lekcji było tylko pięć. Nie inaczej było w pierwszych latach pracy. Jej tydzień liczył 46 godzin, z sześcioma zamiast ośmioma w sobotę. Z czasem, ale to już w latach 70., pojawiły się pierwsze wolne soboty. Dla uniknięcia komplikacji prawnych nazywano je „dodatkowymi dniami wolnymi od pracy” (i tak zostało do dziś).

Ale nie każda sobota była wolna. Liczba przypadających w ciągu roku wolnych sobót była niewielka (nawet nie jedna na miesiąc), ale stopniowo rosła.

Podejmując pracę w dziedzinie, której istotą była automatyzacja, a więc uwalnianie człowieka od czynności niebezpiecznych, powtarzalnych i żmudnych, zawsze miałem – głębokie, chociaż może naiwne – przeświadczenie, że działam również na rzecz dalszego skracania czasu pracy. I to bez zmiany wynagrodzenia.

Zobacz również:

W końcu już Henry Ford pod koniec lat 20., rozpoczynając produkcję modelu A (następca słynnego T, w przedwojennej Polsce nie wiadomo dlaczego zwanego „kitajec”), skrócił tydzień pracy swych robotników do 40 godzin tygodniowo, nie ruszając wynagrodzeń.

Pracuję jednak w tej informatyce i pracuję, komputery o rzędy wielkości biją swych poprzedników pod wszystkimi względami, a wymiar czasu pracy stoi w miejscu. Nie, że nie próbuje się coś zmieniać – próby takie podejmowano już przed Drugą Wojną, widząc w tym sposób na wyjście z kryzysu. W latach 30. w USA ustawa wprowadzająca 30 godzinny tydzień pracy (5 dni po 6 godzin) zyskała nawet aprobatę Senatu, w Kongresie jednak zablokował ją prezydent Roosevelt w przekonaniu, że lepiej będzie pamiętany z kompleksowego programu odnowy gospodarki, jakim był – słynny później – New Deal.

Na przełomie lat 80.i 90. rok pracy liczący 1800 godzin (150 godzin miesięcznie) wprowadziła Japonia. Kilka lat później od pięcioipółdniowego tygodnia pracy odeszły Chiny.

Trywialne jest przypominanie, że energii i surowców wcale nie mamy dowolnie dużo, a jednak staramy się wytwarzać z nich wciąż więcej i więcej rzeczy. Rzeczy, które tak naprawdę nikomu nie są do niczego potrzebne i żeby je sprzedać, trzeba się wysilać, by przekonać potencjalnego nabywcę do kupna czegoś nowego, chociaż to stare ciągle ma się dobrze i mogłoby z powodzeniem służyć jeszcze długo. Wyraźnie nie nadążamy z konsumowaniem tego nowego, robimy to powierzchownie, albo wręcz wcale, zadowalając się samym posiadaniem. A dzieje się tak, bo musimy pracować i zwyczajnie nie starcza nam na resztę czasu.

Jon Messenger, wieloletni pracownik Międzynarodowej Organizacji Pracy (istnieje od 1919 r. jako agenda Narodów Zjednoczonych), argumentuje, że dalsze skracanie wymiaru czasu pracy wcale nie musi oznaczać osłabienia jej wydajności, bo lepsza równowaga między pracą a odpoczynkiem spowoduje, że wydajność ta się poprawi, a ograniczy jeszcze choroby, często będące skutkiem przemęczenia pracą. Poza tym wszystkim, czy jako ludzkość musimy stale gonić za rozwojem liczonym wyłącznie w kategoriach zysków, z którymi często nie wiadomo już, co począć? Jedne zyski pompują na giełdach sztucznie drugie, a rola giełd dawno już oderwała się od funkcji gromadzenia kapitału na przedsięwzięcia i polega głównie na ułatwianiu spekulacji.

Wspomniana MOP w sprawie skracania wymiaru czasu pracy wydała nawet stosowne zalecenia. Pośród tych, którzy pierwsi zajęli się tym serio, znalazł się Komitet Pracy, Polityki Społecznej i Weteranów rosyjskiej Dumy, o czym właśnie doniosła agencja Nowosti. Zdaniem Andrieja Isajewa, przewodniczącego tego Komitetu, nie tyle liczy się liczba dni roboczych w tygodniu, ile liczba godzin pracy każdego dnia. Dlatego 4x10 to wcale nie to samo, co 5x8. Sam Isajew ostrożnie, na początek, opowiada się za systemem 4x9, bez obniżania wynagrodzenia.

Isajew to bynajmniej nie działacz związków zawodowych, lecz prawnik. A jak ktoś nadal ma wątpliwości – zwolennikami czterodniowego tygodnia prac są również: Larry Page, szef Google, Richard Branson, właściciel Grupy Virgin, i meksykański miliarder Carlos Slim.


TOP 200