Informatyka naturalna

Tak zwana medycyna naturalna na stałe zagościła już w domach i mediach. Na dobre też posadowiła się w świadomości społecznej. Poważni przedstawiciele życia publicznego także przyznają się do korzystania z jej osiągnięć, a kioski pełne są czasopism jej poświęconych.

Tak zwana medycyna naturalna na stałe zagościła już w domach i mediach. Na dobre też posadowiła się w świadomości społecznej. Poważni przedstawiciele życia publicznego także przyznają się do korzystania z jej osiągnięć, a kioski pełne są czasopism jej poświęconych.

Już sam termin jest interesujący: sugeruje, że jest to jakaś odmiana medycyny, która ma coś wspólnego z naturą. Krótka jego analiza semantyczna skłania jednak do nieco innych wniosków. Przede wszystkim wygląda na to, że różnica między medycyną bez przymiotników a medycyną naturalną jest taka jak między demokracją a demokracją ludową. O ile w medycynie mamy do czynienia z konkretną wiedzą, wypracowaną przez pokolenia badaczy i sprawdzoną na wielu przypadkach, w medycynie naturalnej mamy do czynienia z magicznymi zabiegami i zaklęciami, wierzeniami, a czasem szarlatanerią. Po drugie, niekoniecznie ma ona coś wspólnego z naturą i naturalnością, bo czy bardziej naturalne jest rozpoznawanie zapalenia płuc na podstawie obrazu dna oka czy raczej po szmerach podczas oddychania?

Plaga "naturalności" nie oszczędza i informatyki. Nikt nie ukuł wprawdzie jeszcze równie orwellowskiej nazwy, ale problem już istnieje. Z grubsza polega ona na tym, że amatorzy twierdzą, iż potrafią zrobić to samo co profesjonaliści, tylko szybciej, lepiej i taniej. Termin "informatyka naturalna", zaproponowany przez Piotra Fuglewicza na II Kongresie Informatyki Polskiej, bardzo dobrze oddaje takie praktyki.

Zasadniczo pochwalam wysiłki producentów sprzętu i oprogramowania użytkowego, które zmierzają w kierunku ułatwienia współpracy człowieka z maszyną. Natomiast stosowanie tych samych kryteriów w dziedzinie narzędzi informatycznych przeznaczonych dla dostawców systemów jest trochę nieuczciwe, żeby nie powiedzieć cyniczne. Wmawia się Bogu ducha winnym ludziom, że coś jest łatwe i jednoznaczne, choć ani łatwe, ani jednoznaczne nie jest. I tak szerokie masy zdążyły już uwierzyć, że język Java jest przeznaczony dla każdego autora strony WWW. Podobnie milionom użytkownikom Office wydaje się, że to super, że mają wbudowany Visual Basic, choć ze świecą szukać takiego, który go świadomie używa.

Gwoli uczciwości trzeba powiedzieć, że informatyka naturalna, tak jak i medycyna naturalna, nie pojawiła się znikąd. Jest raczej odpowiedzią przedsiębiorczych jednostek na skomplikowanie dziedziny. Tak w leczeniu ludzi, jak i w tworzeniu rozwiązań informatycznych, istnieje duża niepewność co do wyniku, nawet przy zachowaniu wszelkich rygorów w trakcie tego procesu. Wiedza i terminologia związane z obiema dziedzinami są trudne i, nie ukrywajmy, nie dla każdego dostępne. A odbiorcy trudno jest na pierwszy rzut oka określić, czy dane rozwiązanie lub dostawca usługi (informatyk bądź lekarz) gwarantują jej wysoką jakość.

Jest jednakże jedna zasadnicza różnica między pseudomedycyną a pseudoinformatyką. Nie zdarza się raczej, by w poważnym szpitalu miał otwartą praktykę jakiś czarodziej. Tymczasem w przedsiębiorstwach informatycznych i działach informatyki szanujących się przedsiębiorstw nietrudno spotkać kompletnych ignorantów. Niedawno jeden z kolegów-felietonistów bulwersował się na wieść o tym, że rząd pewnego karaibskiego kraiku na doradcę do spraw informatyki powołał bodaj trzynastolatka. Nie powiem, żebym pochwalał tę decyzję (choć to nie moje podatki), ale może było tak, iż rząd wcześniej próbował zatrudnić profesjonalistów, ale zniechęcił się widząc, że dużo gadają, a niewiele potrafią.

Na pewno jedno jest pozytywne w "informatyce naturalnej". Otóż najlepsi fachowcy tej prawdziwej informatyki na ogół zaczynali jako pasjonaci tej amatorskiej. A kadry, jak mawiał klasyk...


TOP 200