Ideologie i oprogramowanie

W lipcu br. w Parlamencie Europejskim ma mieć miejsce ostateczne głosowanie nad dyrektywą o patentowaniu wynalazków implementowanych za pomocą komputera. Temperatura dyskusji nad intelektualną ochroną oprogramowania komputerowego zapewne więc wkrótce znowu wzrośnie.

W lipcu br. w Parlamencie Europejskim ma mieć miejsce ostateczne głosowanie nad dyrektywą o patentowaniu wynalazków implementowanych za pomocą komputera. Temperatura dyskusji nad intelektualną ochroną oprogramowania komputerowego zapewne więc wkrótce znowu wzrośnie.

Konferencje, dyskusje i polemiki dotyczące patentowania oprogramowania zapewne osiągnęły już stan, w którym "powiedziane zostało już wszystko, aczkolwiek nie przez wszystkich". Widać więc obracanie się wokół tych samych spraw i dobrze znanych argumentów obu stron, można odnieść wrażenie pewnej jałowości sporu wobec nieprzejednanych stanowisk obu stron. Jednocześnie brakuje rzetelnej analizy ekonomicznej wprowadzanych zmian (czyli tego, czy koszty funkcjonowania systemu patentowego w branży ICT na pewno będą istotnie mniejsze niż uzyskane korzyści) i głębszej dyskusji o mechanizmach stymulowana i powstawania innowacji. Było to widać w trakcie Międzynarodowej Konferencji Prawa Autorskiego zorganizowanej w kwietniu br. na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jej ważną częścią była kwestia dyrektywy unijnej o patentowaniu wynalazków implementowanych za pomocą komputera.

Organizatorzy starali się wyważyć siły zwolenników i przeciwników dyrektywy, zapraszając do dyskusji także rzeczników patentowych, w tym z europejskich central Siemensa i IBM. Dr Kai Brandt z działu korporacyjnej ochrony intelektualnej Siemens AG przyznał, że to, co wydarzyło się w Europie, kompletnie zaskoczyło wszystkie koncerny technologiczne. "Po prostu zaspaliśmy. Przeciwnicy dyrektywy po raz pierwszy przenieśli zasady znane z ruchu open source na grunt działalności politycznej. Europa miała się stać polem testowym dla nowych rozwiązań, zrywających z dotychczasowymi zasadami ochrony własności intelektualnej. W efekcie nasz głos był do tej pory tak mało słyszalny" - mówi Kai Brandt.

Nie wylać dziecka z kąpielą

Przedstawiciel Siemensa wskazuje, że 60% budżetów R&D w tej firmie jest przeznaczane na prace związane z oprogramowaniem - wszakże oprogramowaniem wbudowanym do różnego rodzaju urządzeń. Notabene, tam jest również montowanych 98% wszystkich procesorów - spór więc dotyczy de facto pozostałych 2%, ale kłopot w tym, że zasady dotyczące patentowania oprogramowania nie czynią takiego rozróżnienia.

Kai Brandt wskazywał, że brak możliwości patentowania zablokuje możliwość współpracy z uczelniami (bo naukowcy publikują wyniki swoich prac i patent jest jedyną możliwością zabezpieczenia interesów firmy finansującej badania), po drugie, koncerny będą unikać inwestowania w R&D w krajach, gdzie takiej ochrony nie można uzyskać (dlatego np. Siemens woli mieć takie centrum w Polsce, a nie w Chinach).

Przeciwnicy oczywiście kontrargumentowali, że patenty to li tylko podatek od innowacji, że system patentowy jest bardzo kosztowny i denerwująco niewydolny, a zasada samofinansowania się urzędów patentowych prowadzi do patologii prymatu ilości kosztem jakości, że informatyka jest dziedziną zupełnie odmienną niż inne gałęzie techniki, że zdecydowana większość patentów dotyczących oprogramowania udzielanych przez Europejski Urząd Patentowy pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, a nie ze Starego Kontynentu, że projekt dyrektywy jest pełen sprzeczności i daleko mu do jednoznaczności, co zapewne będzie skwapliwie wykorzystywane przez rzeczników patentowych.

Gościem specjalnym konferencji był profesor Lawrence Lessing, ceniony autorytet w zakresie prawa nowych technologii, a jednocześnie gorący zwolennik wolnego oprogramowania i propagator nowych form ochrony własności intelektualnej, w tym projektu Creative Commons.

Lessing zasłynął, zeznając jako biegły w procesie antymonopolowym Stanów Zjednoczonych przeciwko Microsoftowi (lata 1997-2002). Często angażuje się w procesy sądowe, których sednem jest konflikt interesów pomiędzy ochroną prawnoautorską a wolnością wypowiedzi (m.in. sprawa Napstera). Prace i opinie Lessinga są często przywoływane przy wszelkich dyskusjach na temat własności intelektualnej w świecie sieci. Niedawno na polskim rynku ukazało się tłumaczenie jego najbardziej znanej książki "Free Culture" ("Wolna kultura", wydawnictwo WSiP, kwiecień 2005 r.).

Słuchanie Lessinga sprawia, że trudno nie wyrazić podziwu do przenikliwości jego spostrzeżeń i słuszności krytyki obecnego systemu prawnego, którego zasady ochrony własności intelektualnej zwyczajnie przestały pasować do cyfrowego świata wszechobecnych sieci. Zarazem jednak wyrażane przez niego poglądy każą podejrzewać silny związek z ogólnym pojmowaniem i postrzeganiem świata przez amerykańską lewicę, gdzie rolę współczesnego szatana przyjmują duże korporacje - zarówno podmioty gospodarcze, jak i korporacje zawodowe.

Idzie o idee

Zarzuty o związki z lewicowością oburzają niektórych przeciwników patentowania oprogramowania, nietrudno jednak dostrzec w retoryce przeciwników wyraźną obecność argumentów antykapitalistycznych i antykonkurencyjnych. Związki niektórych "decydentów" ruchu wolnego oprogramowania z ideologiami anty- czy też alterglobalistów są aż nadto wyraźne. Być może tutaj właśnie leży przyczyna tak dużej zajadłości i gwałtowności sporu, która w przypadku patentowania oprogramowania (zważywszy chociażby na skalę akcji lobbingowej w Parlamencie Europejskim) wydaje się niewspółmiernie wielka do rzeczywistej ekonomicznej wagi problemu. Chodzi bowiem nie tyle o same patenty, ile o odmienne postrzeganie świata, odmienną wizję jego uporządkowania. Spór o patenty na oprogramowanie jest więc tylko widomym katalizatorem znacznie głębszych dylematów i różnic.

Na to wszystko nakłada się spór polityczny pomiędzy Komisją Europejską a Parlamentem Europejskim. Prof. Jerzy Buzek, europoseł, obecny na konferencji w Krakowie, jednoznacznie twierdził, że Komisja, nie złamawszy prawa odrzucając prawie jednogłośnie przegłosowaną w Parlamencie prośbę o rozpoczęcie od początku prac nad dyrektywą, zakwestionowała jednocześnie dobre obyczaje stanowienia prawa w Unii Europejskiej, lekceważąc demokratyczne fundamenty osiągania zgody. Patenty na oprogramowanie stały się więc punktem wyjścia do sporów o funkcjonowanie systemu politycznego Unii Europejskiej, o przyszłą rolę Parlamentu Europejskiego. Dlaczego europosłowie zdają sobie sprawę, że w tej sprawie walczą nie tyle o to, czy można opatentować program komputerowy czy też nie, ale jaką rolę w przyszłości będzie w Unii odgrywał Parlament.

Oczywiście meritum, czyli kwestia stworzenia prawa, które z jednej strony pozwoliłoby na wprowadzenie mechanizmu ekonomicznego, intensyfikującego wysiłek badawczo-rozwojowy w sektorze ICT, a z drugiej zaś nie deformowało konkurencyjności tego rynku, zostało tym samym zepchnięte na plan dalszy. I to niestety jest najbardziej pesymistyczny element obecnego rozwoju wydarzeń. Jak łatwo się domyślić, sprawa się szybko nie zakończy i to niezależnie od wyniku głosowania w Parlamencie w lecie br. (jego wynik jest niepewny, bowiem do odrzucenia dyrektywy w wersji przedstawionej przez Komisję Europejską potrzeba 2/3 głosów, a cały czas trwa intensywny lobbing obu stron sporu, co więcej, częściowo zmienił się przecież skład Parlamentu w stosunku do 2003 r., kiedy parlamentarzyści w pewnym sensie odwrócili do góry nogami propozycję dyrektywy).

Tak oto informatyka znalazła się w wirze ideowych namiętności. W sporze przeplatają się argumenty merytoryczne i demagogiczne, emocje, propaganda i intelektualne dociekania. Jednym słowem, bardzo ciekawe te patenty.

<hr size="1" noshade>

Ideologie i oprogramowanie
Ta ilustracja dobrze obrazuje sedno sporu o ostateczny kształt dyrektywy unijnej o patentowaniu wynalazków implementowanych za pomocą komputera. Lewa, zielona część nie budzi żadnych emocji - to sfera materialnych wynalazków technicznych, pozbawionych oprogramowania (procesora), na które patenty można było uzyskiwać już w poprzednich wiekach. Kłopot zaczyna się już przy części czerwonej.

Największe europejskie koncerny nowych technologii, takie jak Siemens, Ericsson, Alcatel czy Nokia, głośno wyrażają obawy, że przyjęcie dyrektywy zgodnej z poprawkami Parlamentu Europejskiego (a więc tym, czego chcą w prawie przeciwnicy patentowania oprogramowania) skutecznie zablokuje możliwość patentowania wszelkiego rodzaju innowacji, które znajdują zastosowanie w urządzeniach elektronicznych, których praca jest sterowana za pomocą procesora, a więc ich elementem jest wykonywalny program komputerowy. Ta niemożność ochrony własności intelektualnej stanowiłaby śmiertelny cios dla europejskiego wysiłku B+R w obszarze ICT.

Z kolei przeciwnicy argumentują, że druga, prawa granica, wytyczona przez regulacje zaproponowane przez Komisję Europejską, bynajmniej nie leży przed czerwonym obszarem typowych aplikacji wykorzystywanych przez miliony użytkowników oprogramowania komputerowego na całym świecie. Zdaniem przeciwników granica ta spoczywa dokładnie poza wykresem - patentować będzie więc można wszystko, a więc także biurkowe aplikacje i ich elementy.

Spór więc trwa i można mieć wątpliwości, czy uda się znaleźć rozwiązanie, w którym obie strony uzyskałyby consensus odnośnie do faktycznego położenia tych granic.

Źródło ilustracji: Siemens AG, CT IP, dr Kai Brandt

<hr size="1" noshade>

Dzień po zakończeniu konferencji miało miejsce otwarcie polskiego oddziału Creative Commons (pod auspicjami fundacji Otwarty Kod Kultury). Istotą Creative Commons jest taka modyfikacja prawa autorskiego, by sam autor dzieła mógł decydować, w jakim stopniu udostępnia swoje dzieła użytkownikom (zamiast "all rights reserved" w CC mamy "some rights reserved"). Nad polskimi tłumaczeniami poszczególnych licencji CC pracował zespół prawników z UJ pod kierunkiem prof. Elżbiety Traple, znanego eksperta w dziedzinie prawa autorskiego w Polsce. Więcej informacji pod adresemhttp://www.creativecommons.pl


TOP 200