IP na wszystkim

Mój amerykański, greckiej proweniencji, kolega (kontakt utrzymujemy tylko na odległość) zamierza na jesieni wydać kolejną książkę. Tak jak w poprzednich zajmie się w niej tym, co według niego wyniknie w przyszłości z dokonań i osiągnięć naszej branży.

O ile jednak poprzednie jego książki traktowały o tym, co będzie – powiedzmy – jutro i pojutrze, o tyle tym razem zamierza on wybiec aż na koniec obecnego wieku. Z właśnie rozesłanej przez niego zapowiedzi wynika, że tematem przewodnim nowej książki będzie świat, w którym wszystko z wszystkim jest połączone, a więc idea Internet of Things, których to things, zdaniem autora, w roku 2100 będzie 10 do potęgi 21. By bardziej uzmysłowić wielkość tej liczby dodam, że wszystkie ziarenka piasku policzone na wszystkich plażach świata to mniej niż jeden tej liczby procent.

Jest to prognoza równie odważna, co bezpieczna, jako że nawet obecnie narodzeni, o ile w ogóle dożyją tamtych czasów, będą wówczas mieli w głowie coś całkiem innego niż jej weryfikację. Liczba z tyloma zerami może szokować, ale – o czym przypomina ów kolega we wspomnianej zapowiedzi – gdyby w latach 60. rzec komuś, że za niecałe 60 lat będzie na świecie 10 mld różnych komputerów, a prawie 3 mld ludzi będą nosić ze sobą urządzenia pozwalające śledzić, niczym dziką zwierzynę, każdy ich krok i każde zachowanie, to jedyną reakcją takiego kogoś byłoby pobłażliwe postukanie się w głowę.

Z jednej strony są już dziś rozwiązania informatyczne pozwalające na zbieranie na bieżąco olbrzymiej ilości danych (pewna firma chwali się, że jest w stanie zebrać 10 tys. różnych danych o każdej z 800 mln osób, za każdym wejściem każdego z nich do każdego sklepu), nie widać jednak jakoś czegoś, co byłoby w stanie dokonać sensownej analizy tego imponującego materiału.

Podobno już obecnie każdy z nas ma kontakt z ponad 250 czujnikami elektronicznymi – od samochodu, poprzez kamery, aż do bankomatów. Jak dotąd wszystko to jest jeszcze mało groźne, bo nie ma ze sobą połączeń.

Na Targach IFA domowe lodówki podłączone do internetu pokazywano już kilka lat temu, jednak wszystko, co z tego wynikało, to dostęp do przepisów kulinarnych. Ale gdy lodówka zacznie rządzić i porozumiewać się tym, co ma w środku, i zamawiać uzupełnienia zapasów, to może być różnie... Całkiem jak w historyjce, za której pomocą brytyjski wykładowca ostrzegał przed ignorowaniem ukrytej złożoności systemów IT podczas mojego pierwszego kursu projektowania systemów (gdzieś w okolicach 1970 r.). Było to w Australii, gdzie dobrze i sprawnie działał system planowania i uzupełniania zapasów w sklepach. Aż pewnego dnia system ów wysłał dużą ciężarówkę mydła do sklepiku, który spokojnie cały by się na niej zmieścił.

Jest też jeszcze jeden ważny aspekt tej sprawy: panowanie nad taką masową inwazją informatyki. Już teraz mówi się, że coraz bardziej doskwiera nam brak specjalistów naprawdę znających systemy, którymi się zajmują. Ich reakcja na problemy coraz częściej przypomina zachowania kierowców, którym ich wspaniała maszyna nagle odmówiła posłuchu. Widać często desperatów, którzy potrafią otworzyć maskę, ale potem już tylko rozpaczliwie poruszają tym, czym poruszyć się da, w nadziei na wspaniałomyślność swej maszyny. A ignorancja postępuje i perspektywa, niechby tylko 1020 połączonych urządzeń w roku 2100, jawi się w tym świetle niczym jakieś pandemonium.

Ale nie jestem młody, nie moje to będzie zmartwienie, więc stać mnie na dystans i do teraźniejszości, i do przyszłości. Z tego też powodu pozwolę sobie na koniec podeprzeć się hasłem niewiele ode mnie starszego Vinta Cerfa, jednego z nestorów sieci. Pod koniec swego warszawskiego wystąpienia wspomniał on, że przestrzeń adresowa stwarzana przez protokół IPv6 jest tak duża, że pozwoliłaby obdarzyć własnym adresem IP nawet każde ziarnko piasku na Ziemi. I w tym momencie zdjął marynarkę, ukazując koszulkę z napisem na plecach: „IP ON EVERYTHING” (gdzie „P” to bynajmniej nie „protocol”, a skrót od „pee”).