Homologacja: ochrona czy bariera

Obowiązek posiadania zezwolenia na dopuszczenie do eksploatacji w sieci telekomunikacyjnej nowo wprowadzonych na rynek urządzeń nie jest bynajmniej polskim wymysłem. Obowiązuje w zasadzie we wszystkich krajach, jako swoista bariera przed instalowaniem aparatów i urządzeń, które mogłyby zakłócać pracę istniejącej już sieci. Polskie przepisy nie zabraniają przy tym sprowadzania i sprzedaży tego rodzaju sprzętu. Na rynku jest go więc sporo. Znaczna część nie przeszła jednak procedury homologacyjnej. Jego kupno wiąże się więc z pewnym ryzykiem.

Obowiązek posiadania zezwolenia na dopuszczenie do eksploatacji w sieci telekomunikacyjnej nowo wprowadzonych na rynek urządzeń nie jest bynajmniej polskim wymysłem. Obowiązuje w zasadzie we wszystkich krajach, jako swoista bariera przed instalowaniem aparatów i urządzeń, które mogłyby zakłócać pracę istniejącej już sieci. Polskie przepisy nie zabraniają przy tym sprowadzania i sprzedaży tego rodzaju sprzętu. Na rynku jest go więc sporo. Znaczna część nie przeszła jednak procedury homologacyjnej. Jego kupno wiąże się więc z pewnym ryzykiem.

Pozostawmy jednak na boku kwestie legalności czy nielegalności rynkowej oferty. Znacznie ważniejsze wydaje się pytanie: czemu w istocie służy homologacja, na ile blokuje ona napływ nowocześniejszych rozwiązań z tego li tylko powodu, że nie przystają one do przestarzałej i niesprawnej infrastruktury telekomunikacyjnej?

Odpowiedż na to pytanie nie jest bynajmniej łatwa. Nie ulega wątpliwości, że w pewnym stopniu resort łączności, wprowadzając obowiązek homologacyjny, chciał chronić nie najlepszy system łączności przed zakłóceniami, powodowanymi pracą sprzętu spełniającego inne, nie zawsze mniejsze, wymogi techniczne.

Ustawa z 23 XI 1990 r. składa decyzję o dopuszczeniu do eksploatacji w ręce ministerstwa łączności. Procedurę homologacyjną inicjuje złożenie przez producenta, sprzedawcę lub użytkownika wniosku, uzupełnionego technicznym opisem urządzenia. Resort kieruje sprzęt do zbadania w pracowni homologacyjnej Instytutu Łączności. Urządzenia badane są tam pod kątem zgodności określonego typu z polskimi normami dla określonej kategorii urządzenia. Rzecz w tym jednak, że wyznacznikiem polskich norm są wcześniej dopuszczone i sprawdzone, co do ich działania w sieci, urządzenia. Takie podejście jakby z góry ogranicza legalny dostęp do sprzętu nowocześniejszego i bardziej sprawnego, choć w naszych warunkach nietypowego.

W istocie więc homologacja nie polega na eksperymentalnym sprawdzaniu zachowania się nowych urządzeń w sieci, lecz na przyłożeniu do nich miary wykreowanej na papierze przez istniejący stan techniczny.

Dodajmy, że przestarzałość sieci telekomunikacyjnej generalnie pociąga za sobą niewielkie zdolności włączenia do pracy w zastanej strukturze elementów o większej tolerancji technicznej, a więc nowocześniejszych od modelu wzorcowego dla polskich norm.

Powstaje sytuacja paradoksalna - im nowocześniejszy sprzęt, tym mniejszą ma szansę na homologację.

Nic też dziwnego, że znaczna część importerów i sprzedawców unika homologacji, świadoma, iż u nabywcy sprzęt sprawować się będzie przyzwoicie.

Nie zmienia to jednak faktu, że napływ do Polski dużej ilości sprzętu telekomunikacyjnego różnych firm oraz faktycznie pełna dowolność podłączeń spotęgowały obciążenie sieci. W tym sensie rola homologacji wzrosła, bowiem użytkownicy sprzętu nie posiadającego zezwolenia oddziałują destrukcyjnie na cały system łączności.

Od wejścia w życie ustawy homologacyjnej z listopada 1990 r. do końca 1991 r. wydano ok. 500 świadectw dla różnego rodzaju sprzętu.

Jedyną metodą zorientowania się w szansach uzyskania świadectwa jest zakupienie w Instytucie Łączności za ok.100 tys. złotych odpowiedniego wykazu norm.

Praktyka pokazuje, że generalnie homologację otrzymują najczęściej trzy kategorie aparatów: telefony (stałe normy), automatyczna sekretarka (zasadniczo takie same wymagania jak przy telefonach) oraz telefaksy.

Wydaje się, że ustawa pomyślana jako instrument ochronny dla przestarzałej polskiej sieci telekomunikacyjnej, już po roku jej działania, chroni więcej niż chronić należałoby. Proces ten może się pogłębiać w miarę zastępowania odcinków sieci o niższej zdolności transmisyjnej - nowocześniejszymi, budowy wydajniejszych central, jednym słowem w miarę zmian telekomunikacyjnej infrastruktury. Ponieważ jednak procesy te następują stopniowo, a polskie normy, jako homologacyjne kryterium obowiązują generalnie, powstaje pytanie czy mają one równać do najsłabszego, czy najsilniejszego ogniwa.

W zależności od odpowiedzi wymogi stawiane coraz powszechniej stosowanym w praktyce ( z homologacją lub bez) urządzeniom o wyższej wydajności (sprzęt telekopiowy) oraz jakości przekazywanych sygnałów akustycznych (sprzęt telefonii), bądź zbliżą się do standardów państw wyżej rozwiniętych, bądź też długo jeszcze obstawać będziemy przy swoim.

Uświadomienie sobie tej oczywistej zależności jest konieczne, podobnie jak przewartościowanie dość sztywnego pojęcia normy i uelastycznienie reguł włączania w zmieniającą się infrastrukturę telekomunikacyjną nowych elementów.


TOP 200