Hasło i odzew

Za zbieg okoliczności wypada uznać, że niemal jednocześnie prezydenci USA i Polski zajęli się sprawą bezpieczeństwa czegoś, co enigmatycznie określa się mianem cyberprzestrzeni państwa. Ten pierwszy wydał w tej sprawie tzw. Executive Order, co brzmi dość władczo, drugi zaś wystąpił z doktryną, która ma niewielką moc sprawczą, ale podniosły ton. Oba dokumenty odwołują się m.in. do konieczności współpracy w tej sprawie organizacji gospodarczych, tam i tu w większości prywatnych, z administracją państwa.

Odpowiedź obu stron, do których kierowane są apele, była natychmiastowa. No, może nie zawsze odpowiedź ta była z bezpośredniego źródła, ale przecież ci, którzy działają, nie mają czasu na autopropagandę i obca im własna chwała.

Z wyjątkiem jednego z największych producentów telewizorów, który, jak doniosły liczne serwisy informacyjne, z naturalną skromnością lojalnie informuje w instrukcji obsługi, że jego telewizory z uwagą wsłuchują się w polecenia głosowe użytkowników, by je skwapliwie i sprawnie wykonywać. W trosce jednak o jeszcze większą skwapliwość i sprawność rejestrują owe polecenia (i – zapewne – ich skutki) i – gdy tylko telewizor ma połączenie z siecią – wysyłają to, co zarejestrowały, gdzieś, bliżej nie wiadomo gdzie, do analizy. Ponieważ jednak mądre telewizory miewają chwile słabości i trudno im czasem odróżnić polecenie od zwykłego gadania, rejestrują, jak leci, wszystko, co słyszą, i to wszystko ślą w świat.

Zobacz również:

To dopiero początki, ale – wbrew pozorom i zastrzeżeniom różnych fanatyków prywatności – to doniosła inicjatywa, której pełnię dobroczynnych skutków pokaże dopiero przyszłość. Bo nasze gadanie przy telewizorze nie będzie już po próżnicy, gdyż będzie zamieniane w coś jakby polecenia wyższego rzędu albo – bardziej przemądrzale – takie metapolecenia. Będą one albo kierowane (za pieniądze, to chyba oczywiste) do właściwych adresatów, albo, też za pieniądze, będą mieć skutek natychmiastowy, sterując doborem pokazywanych nam reklam. I tak do scenarzystów seriali pójdą nasze życzenia („tę spódniczkę to ta zdzira mogła założyć jeszcze krótszą”), do odpowiedniego urzędu skarbowego opinie o zamożności sąsiadów („za co ci z góry już drugi raz w tym roku byli na jakichś dalekich wyspach”). Na reklamy zaś przełożą się chociażby sprawy zdrowia osób z rodziny („ten wujek, co ma przyjść na kolację, znowu się obeżre i będzie potrzebować czegoś na wątrobę”), czy zgoła nas samych („kochanie, znowu na mnie nie poczekałeś!”).

Może to jeszcze nie całkiem współpraca podmiotów państwowych i prywatnych, ale we wsłuchiwanie się, w co też i komu mówimy, zaangażowały się dwie aż służby prominentnych państw, a że nie chciały nikogo narażać przy tym na koszty, załatwiły to w całości same. Chęć ta szczera i niewymuszona wymagała, co prawda, wejścia w sieci i na komputery głównego, światowego dostawcy kart SIM do telefonów, ale nie to jest ważne, tylko zbożne zamiary i cele, jakie temu przyświecały. A chodzi – przypomnę

– o wsłuchiwanie się w nasze, skrywane nawet, pragnienia i oczekiwania.

Gdy o te ostatnie, czyli pragnienia i oczekiwania, chodzi, to nie mniej ważne od tego, czego nie mamy odwagi powiedzieć, jest to, co wyrazimy, pisząc, chociażby na klawiaturze i, by nie umknęło potomnym, utrwalimy w czeluściach naszych dysków. Okazuje się, że, znów wyprzedzając prezydenckie inicjatywy, i o to ktoś zadbał i nic, naprawdę nic z tego, co z naszych myśli chociażby na chwilę powierzymy tymże dyskom, nie zostanie zapomniane. A zadba o to przemyślny kawałek oprogramowania, dołożony przez kogoś – całkiem gratis – do kontrolerów dysków w naszych komputerach. Nie sposób z podziwem nie zauważyć, że trudno wyobrazić sobie lepsze niż takiż kontroler, miejsce do tego celu. Widać altruizm wcale nie jest w odwrocie i niektórzy naprawdę z poświęceniem myślą nie tylko o swoich, ale o naszych również sprawach.

Pośród tych myślących znaleźli się i tacy, którzy postanowili sprowadzić nas na ziemię i zademonstrowali nam w praktyce iluzoryczność znaczenia literek HTTPS i przesadnej wiary w oferowane przez nie, chociażby chwilowe, poczucie bezpieczeństwa. I też zrobili to własnym zamysłem i na własny koszt, wzbogacając o stosowną funkcję produkowane przez siebie komputery i nie tylko.

Czyż obaj, wspomniani na wstępie, prezydenci nie powinni być dumni, że ich zamiary z aż takim, szerokim i natychmiastowym spotkały się odzewem?