"HELP" - znaczy pomoc

Z Piotrem Gomolińskim, właścicielem Komputerowej Oficyny Wydawniczej "HELP" - rozmawia Krystyna Karwicka

Z Piotrem Gomolińskim, właścicielem Komputerowej Oficyny Wydawniczej "HELP" - rozmawia Krystyna Karwicka

- Jak zostaje się wydawcą książek informatycznych?

- Jeszcze podczas studiów na Wydz. Nauk Ekonomicznych UW interesowałem się informatyką, a jednocześnie marzył mi się własny biznes. To był 1988 r. Rynek był już wówczas zapełniony firmami handlującymi sprzętem. Z nową firmą, bez znacznego kapitału, trudno byłoby wystartować. Jeśli chodzi o software nie było jeszcze sygnałów świadczących, że w najbliższym czasie będziemy mieli do czynienia z rynkiem cywilizowanym. Dostrzegłem natomiast, że powstaje rynek książek informatycznych.

Do 31 grudnia l988 r. prywatnych firm wydawniczych nie można było jednak zakładać. Zezwoliła na to dopiero nowa ustawa o prowadzeniu działalności gospodarczej, która weszła w życie 1 stycznia l989 r. Uprzednio powstawały quasi wydawnictwa, które metodą kserowania wydawały instrukcje w nakładzie kilkudziesięciu egzemplarzy. Taką firmą, obecnie działającą jako normalne wydawnictwo, było Intersoftland. Tam startowałem, robiłem m.in. tłumaczenia. Na drugim biegunie były wydawnictwa państwowe, w których książki latami przygotowywano do druku. Książka o Turbo Pascalu 3.0 np. ukazywała się dopiero wtedy, gdy już był w użyciu Turbo Pascal 5.0 itp.

Chciałem się wcisnąć między jednych i drugich: drukować w wyższych nakładach niż Intersofland, ale znacznie szybciej niż wydawnictwa państwowe. Pierwsze dwie książki, które wydałem, były o dBase IV. W tym samym czasie jedno z wydawnictw państwowych wydało książkę o dBase III...

- Ile osób zatrudnia "HELP"?

- Powstał jako firma jednoosobowa, jestem jej właścicielem, wydawcą, a do niedawna byłem jedynym redaktorem. Obecnie jest jeszcze jeden redaktor - p. Hanna Włodarska, która przeszła do mnie z WNT. Teraz przyuczamy następnego redaktora. To nie jest takie proste. Trzeba wiedzę informatyczną łączyć ze sztuką edytorską i dobrą znajomością języka polskiego.

- Jakie były nakłady dwóch pierwszych Pana książek?

- W moim wydawnictwie takie pojęcie jak wysokość nakładu nie istnieje. Możemy mówić o jednorazowym druku, kiedy on się wyczerpie - następuje dodruk. Książki o dBase IV ukazały się pierwotnie w tysiącu egzemplarzy każda, potem wielokrotnie je dodrukowywałem, a następnie połączyłem i wydałem jako jedną książkę, sprzedawaną do dziś.

- Jak Pan szuka autorów i tematów?

- Współpracuję od dłuższego czasu z określoną grupą autorów, najczęściej oni proponują mi interesujące, ich zdaniem, pozycje. Czasem szukam autorów określonej książki. Ale krąg tych osób jest dość ograniczony. Napisanie książki informatycznej wymaga połączenia specjalistycznej wiedzy z umiejętnością przekazania jej innym. Z tym jest u nas nie najlepiej. To chyba wynika z tego, że popularyzacja nauk, zwłaszcza ścisłych, nie zyskała sobie w Polsce należytej rangi. Tymczasem w USA nawet laureaci Nobla parają się popularyzacją nauki.

- Wygląda na to, że polityka wydawnicza Pana firmy jest kształtowana przez przypadek!

- Niezupełnie. Przyjąłem jedno podstawowe założenie: chcę wydawać książki ułatwiające życie wszystkim użytkownikom komputerów klasy IBM PC. I stosuję przy tym dwa dodatkowe kryteria: jakość pozycji i szacunkowo - zainteresowanie rynku danym tematem.

- Skoro trudno jest o polskich autorów, a w dodatku poziom wielu ich książek jest kiepski, czy nie lepiej byłoby tłumaczyć interesujące książki zagraniczne, lub często znakomicie napisane podręczniki i instrukcje?

- Nie jest to takie oczywiste, jak się z pozoru wydaje. Otóż, np. książki dla początkujących, wydawane w USA czy W. Brytanii, podają przykłady związane z tamtejszymi realiami. Pokazują np. jak Lotusem posługuje się firma z Chicago. Należałoby więc książkę nie tylko przetłumaczyć, ale i adaptować do naszych realiów, przepisów finansowych, prawnych itp. Tymczasem redagowanie książek jest u mnie, a także w innych wydawnictwach, @wąskim gardłem produkcyjnym@. Drugi problem, to objętość tych książek, a także ich ceny. Amerykańskie książki liczą po 500 str. i więcej, a trzeba za nie zapłacić co najmniej 30 USD. Moja najdroższa książka kosztująca 180 tys. zł ("DOS 5.0 od środka", bardzo starannie wydana, w twardej okładce) - szokuje wysoką ceną. Przy objętośći w granicach 500 str. nawet 200 tys. zł. nie pokryłoby kosztów papieru i druku. Musimy jeszcze poczekać na czasy, gdy czytelnik zechce i będzie mógł przeznaczyć na książki więcej pieniędzy niż dotychczas. Mimo tych problemów, przymierzam się do wprowadzenia na nasz rynek pewnych wartościowych pozycji zachodnich autorów.

- Dlaczego nie tylko w Pana, ale i w innych polskich wydawnictwach właściwie nie ma książek dla początkujących użytkowników?

- Chciałbym wydawać jak najwięcej książek dla początkujących użytkowników, którzy nigdy nie będą programistami. Muszą oni znać tylko określone programy i tyle wiedzieć o komputerze, ile jest im potrzebne, by wykorzystać go jako wygodne narzędzie, ulepszoną maszynę do pisania czy chociażby księgowania. Ale bardzo trudno jest znaleźć autorów, którzy potrafią pisać w sposób przystępny. Chociaż mam i takie tytuły, np. "dBase krok po kroku", który prowadzi użytkownika za rączkę. Podjąłem też pewną próbę: powierzyłem napisanie książki o Microsoft Word użytkownikowi - dziennikarce, a mój redaktor zweryfikuje ją pod względem fachowym. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

- Jak ocenia Pan chłonność rynku na książki informatyczne?

- W porównaniu z okresem, kiedy ja zaczynałem, ten rynek ciągle powiększa się. Mimo rosnącej konkurencji, bo przecież przybyło wiele nowych wydawnictw informatycznych, w 1991 r. miałem kilkadziesiąt razy większe obroty niż w l989 r., kiedy byłem pierwszy i jedyny.

- Ile tytułów wydał Pan dotychczas?

- W sumie ponad 30. W pierwszym roku wydałem 3 tytuły, a w tym roku 6 i jeszcze będzie kilka.

- A jakie tematy rokują największe nakłady?

- Ogólne o komputerze i systemach operacyjnych. Największe nakłady osiągnęły takie książki jak: "IBM PC dla każdego", niedługo będzie II wydanie, "DOS 5.0 od środka", mimo iż jest to bardzo specjalistyczna książka. Popytem cieszą się również książki o Norton Commander, o Windows. Warto podkreślić, że książek o programach jest już na rynku sporo, i to na różnym poziomie.

- ... i w każdej używa się innego języka, dla określenia i przetłumaczenia komend i napisów w języku angielskim. Jak Pan sądzi, czy nie utrudnia to życia czytelnikowi?

- To, że są różne książki znakomicie ułatwia, natomiast zróżnicowane słownictwo - utrudnia. Dobrze byłoby, gdyby słownictwo było unifikowane, ale nie zrobi się tego administracyjnym nakazem. Praktycznie każdy program ma własne słownictwo. Angielski użytkownik też musi się tego uczyć. Tylko część pojęć jest wspólna dla wszystkich programów. Ale nawet takie słowo jak @save@, wspólne dla wszystkich programów, trzeba wytłumaczyć komuś, kto po raz pierwszy styka się z komputerem. Problem też polega na tym, że jeżeli zagraniczny program nie jest spolszczony, a tak z reguły na razie się dzieje, to nawet w podręczniku trzeba podawać komendy w języku angielskim, a jedynie opisywać je po polsku. Staram się jednak, by w książkach mojego wydawnictwa stosowano w miarę ujednoliconą terminologię. Nie zawsze mi się to udaje, bo wielu autorów jest przywiązanych do swojego słownictwa.

- Czy każdy potencjalny użytkownik książek informatycznych jest w stanie do nich dotrzeć?

- W Warszawie tak, poza nią może mieć spore trudności. W tej chwili 90% książek informatycznych sprzedaje się przez księgarnie techniczne, których tak na dobrą sprawę zostało w Polsce zaledwie kilkanaście. Jeszcze przed kilkoma laty prawie w każdej księgarni były stoiska z książką techniczną, obecnie zniknęły. W zasadzie obecnie każdy może u mnie zamówić książkę w sprzedaży wysyłkowej. Ale potencjalny czytelnik może dotrzeć do informacji o tej formie sprzedaży dopiero wówczas, gdy kupi jakąś moją książkę lub natrafi na nią w inny sposób. Nie stać mnie jeszcze na rozwinięcie różnych form marketingu i promocji. Może dlatego sprzedaż wysyłkowa to margines moich obrotów, tym bardziej, że wysyłkowa nie ma jeszcze w Polsce tradycji. Większość ludzi woli iść do księgarni, obejrzeć książkę, przekartkować ją i kupić po zastanowieniu. Mam nadzieję, że część księgarń zechce wrócić do wydzielania kącików książek technicznych i popularno-naukowych, z korzyścią dla siebie i z pożytkiem dla czytelników.

Jest jeszcze inny sposób dotarcia do czytelnika, u nas leżący odłogiem. Na Zachodzie, kiedy wejdzie się do dealera sprzętu komputerowego, można dostrzec wyraźnie trzy działy: sprzętu, oprogramowania i literatury specjalistycznej. W Polsce tylko nieliczne firmy utworzyły stoiska z literaturą specjalistyczną. Kilka innych firm i to wcale nie największych, zamawia też u mnie książki, które dołącza klientom do kupowanego u nich sprzętu lub oprogramowania. A mogłoby to być zasadą, bo zwykle przecież nie ma polskich instrukcji ani opisów programów.

- Włączył się Pan, jako jedna z nielicznych firm, do naszej akcji "Szkoła z komputerem". Czemu Pan się na to zdecydował, przecież to duże koszty?

- Nie ukrywam, że uczyniłem to z myślą o swojej własnej przyszłości. Ci dzisiejsi uczniowie skończą kiedyś szkołę, część z nich studia, będą pracować i to prawdopodobnie przy komputerze, bo coraz więcej będzie tych stanowisk. Oni za kilka lat będą decydowali o kupnie książek komputerowych. To są moi potencjalni klienci. Wiem też, że dziś szkoły nie mają pieniędzy, a moje książki są drogie.

- Otrzymujemy listy od szkół, które dziękuję za przesłane przez Pana książki. Jakie pozycje Pan im wysyła i ile szkół już się do "Helpu" zgłosiło?

- Większość szkół, a do czerwca zgłosiło się ich ponad 80, otrzymuje ode mnie standardowy zestaw kilku książek. Jeżeli mają szczególne życzenia, też staram się je zaspokajać. Na standardowy zestaw składa się m.in. "Komputer na biurku", "dBase krok po kroku" , "ChiWriter". Wiele szkół po otrzymaniu podarunku zamawia inne książki ze zniżką, po cenach hurtowych. Cieszy mnie każdy kontakt, bo większość to szkoły z prowincji, które mają utrudniony dostęp do tej literatury.

-Dziękuję za udział w naszej akcji i za rozmowę.


TOP 200