Google ocenzurowany

Chińska wersja serwisu wyszukiwawczego Google ukrywa część wyników wyszukiwania przed chińskimi internautami. Krytycy oskarżają amerykańską firmę o sprzeniewierzenie się jej wartościom i kolaborację - w imię zysków - z chińskim rządem.

Chińska wersja serwisu wyszukiwawczego Google ukrywa część wyników wyszukiwania przed chińskimi internautami. Krytycy oskarżają amerykańską firmę o sprzeniewierzenie się jej wartościom i kolaborację - w imię zysków - z chińskim rządem.

Chińscy internauci są informowani o tym, że wyniki wyszukiwania zostały poddane cenzurze. Na dole strony Google.cn z wynikami pojawia się napis "Zgodnie z lokalnym prawem, część wyników wyszukiwania nie jest pokazywana". Obrońcy Google posługują się przykładem ograniczenia dostępu do treści nazistowskich na stronach francuskich czy niemieckich, aby twierdzić, że rządy europejskie w równym stopniu co Chiny ograniczają prawo obywateli do informacji.

Jeśli na stronie www.google.fr wpiszemy w okienku wyszukiwania "nazi" otrzymamy szereg wyników, pod którymi możemy przeczytać "W związku z wnioskiem wysłanym do Google dotyczącym lokalnego prawa, usunęliśmy 2 witryny ze strony z wynikami. Jeśli chcesz, możesz przeczytać wniosek, który spowodował ukrycie wyników, na ChillingEffects.org". Podany link nie zaprowadzi nas jednak do konkretnego wniosku, nie dowiemy się również, jaki URL został ukryty, ani kto złożył wniosek. Dowiemy się tylko tego, że ktoś doniósł Google, że pewna witryna może łamać lokalne prawo i Google zgodził się z owym wnioskiem, ukrywając przed internautami daną stronę.

Cenzura a cenzura

Nie sposób nie zauważyć różnicy jakościowej i ilościowej pomiędzy chińską i francuską polityką cenzurowania Internetu. Google.fr podaje, że na zapytanie "nazi" znalazł ok. 27 mln wyników, z czego usunął dwa. Chińska wersja wyszukiwarki nie podaje żadnych informacji na temat liczby usuniętych odnośników. W Internecie rozmiary chińskiej cenzury w wykonaniu wyszukiwarki Google ilustrowane są przykładem wyników wyszukiwania hasła Tiananmen w Google Images w wersji ogólnodostępnej i chińskiej. W wersji .com 17 obrazów pokazuje czołgi i demonstrujących ludzi, trzy pozostałe to fragment mapy turystycznej, widok placu z lotu ptaka i efektownie oświetlony pałac. Chińczyk korzystający z wersji .cn nie zobaczy ani jednego czołgu.

Rząd chiński stosuje cenzurę instytucjonalną i prewencyjną. Oznacza to, że w tym kraju istnieje instytucja, która zajmuje się kontrolą i dopuszczaniem do przekazu wszelkich publikacji. Obowiązuje zatem zakaz publikowania czegokolwiek bez jej zgody. W przypadku Internetu instytucja cenzurująca to 30 tys. administratorów przeczesujących codziennie Internet pod kątem nieprawomyślnych treści.

Francja zaś - i wiele innych krajów demokratycznych - stosuje cenzurę prawną i represyjną. Oznacza to, że w danym kraju istnieje prawo zakazujące publikowania wybranych treści (np. tekstów nawołujących do nienawiści na tle rasowym czy obrazów mieszczących się w kategorii pornografii z udziałem dzieci), a skutkiem złamania tego prawa jest ściganie i karanie przestępcy. Zabronione treści są wycofywane z obiegu po stwierdzeniu ich nielegalności (lub do czasu zapadnięcia rozstrzygających decyzji), lecz nie są cenzurowane przed publikacją, która nie wymaga zgody instytucji cenzurującej.

30 tys. administratorów w Chinach przeczesuje codziennie Internet pod kątem nieprawomyślnych treści.

Pierwsze: nie czyń zła

Krytycy decyzji Google twierdzą, że oznacza ona sprzeniewierzenie się jednej z głównych zasad firmy, która brzmi "nie czyń zła" i podyktowana jest niską chęcią zysku. Obrońcy argumentują, że Google - jako spółka giełdowa - nie miał innego wyboru i musiał, pod groźbą zarzutów o działanie na szkodę spółki, wejść w końcu na niezwykle obiecujący i posiadający ogromny potencjał rynek chiński. Zdaniem autorki niniejszego tekstu, ani jedni, ani drudzy nie mają racji. Google mógł długie lata działać tak, jak działał - udostępniać Chińczykom Google.com i rozkładać ręce w obliczu chińskiej cenzury.

Uznanie powolnego rozwoju na chińskim rynku za działanie na szkodę akcjonariuszy - przy jednoczesnym szybkim rozwoju firmy na wielu innych polach - wymaga wyjątkowo złej woli i prawdopodobnie nikt przez wiele lat nie zająłby się tym tematem.

Straty, które Google ponosi w wyniku negatywnego PR, będącego konsekwencją uruchomienia cenzurowanej witryny Google.cn, są z pewnością większe niż zyski z chińskiego rynku przez kolejnych kilka lat. Zbojkotowanie Chin nie zmienia sytuacji Chińczyków, w żaden sposób jej nie poprawia. Uruchomienie Google.cn daje im szansę - choćby niewielką - znalezienia tego, czego szukają i wywierania w kolejnych latach wpływu na rozwój sytuacji. Co jest lepsze?

Drugie: zrób to, co możesz

Kluczowa jest odpowiedź na pytanie, czy Chiny są w stanie zastosować - w odniesieniu do Google.cn - cenzurę prewencyjną i dopuszczać w wynikach wyszukiwania tylko zatwierdzone witryny (co jest na razie nieprawdopodobne), czy też zobowiążą Google do zastosowania automatycznych mechanizmów filtrujących i blokowania zgłoszonych przez cenzorów witryn (co jest bardziej prawdopodobne). Druga wersja kontroli to dobra wiadomość dla chińskiego internauty. Nie istnieją bowiem działające idealnie programy filtrujące.

Wiedzą o tym wszyscy użytkownicy filtrów antyspamowych, coraz doskonalszych, coraz lepiej wyłapujących niepożądaną pocztę. Jednocześnie spamerzy wymyślają coraz więcej sposobów na ich obejście. Analogicznie, chiński internauta korzystający z Google.cn zawsze ma szansę trafić na stronę, która nie została wyłapana przez filtr cenzurujący.

Alternatywą jest utrzymanie stanu istniejącego (dostęp dla Chińczyków do Google.com, której działanie jako całości jest blokowane i spowalniane przez chińskie władze) lub całkowite zablokowanie Google dla chińskich internautów. Żadna z tych decyzji nie wpłynie na rozluźnienie cenzury w Chinach, żadna nie przyniesie Chińczykom korzyści. Odwrócenie się plecami i zbojkotowanie chińskiego rynku nie ma żadnego znaczenia i żadnego wpływu na działania chińskiego rządu. Google nie jest dostawcą kluczowego surowca i nie jest chińskiemu rządowi do niczego potrzebny.

Chiny, Internet, cenzura

Chińczycy uzyskali dostęp do Internetu w 1995 r. Liczba internautów w Chinach szacowana była w styczniu 2003 r. na 59 mln, w grudniu tego samego roku już na 79 mln, w tej chwili przekracza 100 mln. Kontrolą Internetu i cenzurowaniem dostępnych powszechnie treści zajmuje się armia 30 tys. administratorów. Zaledwie dziewięciu dostawców Internetu obsługuje ten ogromny kraj i kontroluje wszystkie łącza wychodzące na świat, co ułatwia scentralizowaną kontrolę tego medium.

Chińskie prawo zabrania publikowania m.in. tajemnic państwowych oraz treści, które mogą naruszyć porządek w państwie lub też dobre imię kraju i tradycyjne wartości moralne. Już kilka lat temu chińskie władze zobowiązały dostawców Internetu i twórców stron do autocenzury i samodzielnego filtrowania treści. Odpowiednie zobowiązanie zostało podpisane przez 130 największych portali, m.in. amerykański Yahoo! Uniwersytet harwardzki przeprowadził w 2002 r. badania, z których wynikało, że treści cenzurowane przez rząd chiński dotyczyły najczęściej demokracji, praw człowieka, Tybetu, Tajwanu i zabronionej religii Falun Gong. Jedna czwarta spośród 204 tys. testowanych, dostępnych dla Amerykanów witryn była niedostępna dla Chińczyków.

W 2002 r. Chiny zaostrzyły kontrolę Internetu, uzależniając udzielenie licencji na prowadzenie kafejki internetowej od stosowania odpowiedniego oprogramowania filtrującego, zamykając ok. 150 tys. kafejek internetowych i blokując pół miliona witryn. W 2003 r. ponad 100 osób zostało aresztowanych za "rozpowszechnianie w Internecie plotek" na temat SARS. Do stycznia 2004 r. Amnesty International odnotowała 54 osoby, które za rozpowszechnianie w Internecie zakazanych treści zostały skazane na kary od 2 do 12 lat więzienia.


TOP 200