Głupstwo stulecia - komputer dla humanisty?

W każdej dyscyplinie naukowej obok dzieł rzetelnych i twórczych pojawiają się prace wtórne i bezwartościowe - stwierdza słusznie Jacek Hołówko (CW nr 22, 31.5.93 r.). Tej przykrej prawdy nie da się niestety zakwestionować. Trudno natomiast zaakceptować kolejne stwierdzenie: W humanistyce ta choroba występuje częściej niż w naukach ścisłych, zwłaszcza gdy pamiętamy np. o głośnej propozycji produkcji energii nuklearnej w wannie.

W każdej dyscyplinie naukowej obok dzieł rzetelnych i twórczych pojawiają się prace wtórne i bezwartościowe - stwierdza słusznie Jacek Hołówko (CW nr 22, 31.5.93 r.). Tej przykrej prawdy nie da się niestety zakwestionować. Trudno natomiast zaakceptować kolejne stwierdzenie: W humanistyce ta choroba występuje częściej niż w naukach ścisłych, zwłaszcza gdy pamiętamy np. o głośnej propozycji produkcji energii nuklearnej w wannie.

Nawiązujący do problemów pseudonauki cykl wypowiedzi wskazanego Autora zamieszczonych w kilku numerach tygodnika ComputerWorld zmierza jednoznacznie do wykazania, że humanistyka nie może liczyć na jakikolwiek znaczący pożytek z wynalezienia komputera. Stanowisko to, co zrozumiałe, wywołało polemikę ze strony humanistów, posługujących się na co dzień komputerem. Lecz J. Hołówko z uporem godnym lepszej sprawy, ignorując przy tym konsekwentnie niewygodne dlań fragmenty wypowiedzi polemistów, przekonuje czytelników periodyku (do współpracowników Redakcji którego należy), że humaniście komputer może służyć przede wszystkim do robienia głupstw (CW nr 9, 1.3.1993 r.). Uważa bowiem, że tylko nierozsądny i zakompleksiony humanista chwyta się brzytwy, a mówiąc ściślej komputera (CW nr 22).

I nie byłoby kwestii, skoro - jak twierdzi - W humanistyce odwrotnie (niż w naukach ścisłych) - liczy się styl, a nie solidność (CW nr 22). Sygnowane przezeń materiały niewątpliwie mają swój dobry styl, a przy tym - co nie bez znaczenia - przedstawiane są w formie sugerującej, że odzwierciedlają one stanowisko znakomitego tygodnika ComputerWorld. Wypowiedzi oponentów natomiast to zaledwie listy do Redakcji. W efekcie odnieść można wrażenie, że to nierozsądni i zakompleksieni humaniści (jak np. doc. J. Zamorski z Uniwersytetu Jagiellońskiego czy prof. W. Duch z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika [?]) domagają się dostępu do komputera po to, by wyczyniać głupoty. Jedyny sprawiedliwy i pojmujący istotę rzeczy chroni ich na łamach CW przed marnowaniem pieniędzy, partactwem i w ogóle przed podejmowaniem pseudonaukowej działalności. Czyni to zachęcając w konsekwencji tych wszystkich, którzy mają cokolwiek wspólnego z Hardware'em i Software'em, by jak ognia unikali humanistów. Szkoda, że J. Hołówko podpiera się przykładem z jakiegoś polskiego Ministerstwa, które chciało mieć komputer, ale jeszcze nie wiedziało dlaczego. Trzeba bowiem pamietać, że nawet gdyby to było Ministerstwo Edukacji Narodowej, czy Ministerstwo Kultury, to i tak pozostanie ono zawsze organem administracji, a nie reprezentatywnym przedstawicielem nauk humanistycznych.

Wydaje się, że już w swej pierwszej z cyklu publikacji J. Hołówko popełnił błąd przyjmując, iż skrajny przykład (pseudo-?) naukowej ekstrawagancji - zaawansowanej humanistyki z Uniwersytetu stanu Wirginia uzasadni wszystko, cokolwiek złego powiedzieć by się chciało o wprowadzeniu do literatury, historii i teologii metod komputerowych. Szkoda, że nie odwołał sie przy tym także do doświadczeń pozytywnych, np. CTI Center for History with Archeology and Art History Uniwersytetu w Glasgow. Do dziś albo tego nie dostrzega albo nie chce się do pomyłki przyznać i w kolejnych polemikach jako znakomity zaklinacz umysłów i hipnotyzer brnie dalej - równocześnie jakby się wycofując na z góry upatrzone pozycje. Za taki krok uznać można stwierdzenie, że publikacja z CW nr 9 motywowana była potrzebą rozstrzygnięcia dylematu: na co wydać pieniądze - czy na ogrzewanie, nowe tablice, remont ustępów, podwyżkę pensji dla naukowców uciekających z uczelni - czy raczej na nowe komputery - to moim zdaniem - pisze - komputery powinny poczekać (CW 14). W kolejnej enuncjacji możemy z kolei przeczytać, że związek humanisty z komputerem rodzi głupstwo ze względu na przekonanie, że prace pomocnicze mogą zastąpić prace posiadające istotną wartość poznawczą w humanistyce (CW nr 22). To stwierdzenie jest słuszne, ale pozostaje takim już dawno niezależnie od tego, czy wynaleziono komputer! Czytelnik, który nie ma żadnych powodów, by gruntownie i równolegle studiować kolejne wypowiedzi, łatwo ulegnie sugestii znakomitego pióra. Publikacje, o których mowa, sprawiają bowiem wrażenie profesjonalnego studium. I to właśnie może się okazać dla humanistyki niebezpieczne, gdyż utrudni i opóźni (bo z pewnością i na szczęście nie zahamuje w ogóle) komputeryzację nauk humanistycznych.

Czym bowiem - wg J. Hołówko - zajmują się (zapewne przede wszystkim wówczas, gdy sięgają do pomocy komputera) humaniści? Odnoszą wrażenia z badanych źródeł, że np. w czasie Wojny Secesyjnej dezerterów było więcej na Południu niż Północy (lub odwrotnie), badają np. zużycie benzyny, popularność prezydenta, liczbę studentów znających niemiecki, zachorowalność na raka, uczestnictwo w mszy niedzielnej, liczbę niewolników przed Wojną Secesyjną, ilość błędów ortograficznych w rękopisach św. Augustyna i co kto chce.

Czy na tym polega prawdziwa nauka? - zapytuje retorycznie Autor - (...) tylko zakompleksiony, a więc zaślepiony humanista może prowadzić takie badania i nie spostrzec, że stosując metody ilościowe oraz testy jednoznacznie rozstrzygające przestał w ogóle zajmować się humanistyką.

Nic bardziej błędnego niż takie stanowisko. Historycy, demografowie, prawnicy, językoznawcy, specjaliści od pedagogiki, psychologii - jeśli tych wszystkich wolno nam do humanistów zaliczyć - od początku wykorzystywali w swej pracy metody ilościowe. Czyż - wróćmy do nieszczęsnych dezerterów z czasów amerykańskiej wojny domowej - można zajmować się w sposób odpowiedzialny problemem dezercji z armii Północy lub Południa nie ustaliwszy wpierw rozmiarów tego zjawiska? A dlaczego nie można do tego celu posłużyć się wyposażoną w procesor maszyną? Jak można np. dyskutować o tzw. prawie niemieckim na ziemiach polskich, bez ustalenia liczby planowanych i realizowanych lokacji, o roli Gdańska w eksporcie zboża czy stosunkach wyznaniowych i narodowych w II Rzeczypospolitej bez liczb? Czy np. psychologię, socjologię, demografię, bez liczb w ogóle można uprawiać? A numizmatykę, chronologię, genealogię, metrologię lub kliometrię, której istnienie dla Autora nie jest w ogóle ważne (CW nr 22)?

Nauki przyrodnicze ustalają fakty, humanistyka stawia pytania i decyduje o tym, które z nich są istotne - zbyt autorytatywnie stwierdza J. Hołówko (CW nr 22). Czy bitwa pod Grunwaldem - niewątpliwie przedmiot zainteresowania humanistów (historyków) - to fakt, czy tylko pytanie? A Sachsenspiegel, odkrycie Ameryki, społeczeństwo stanowe, Volumina legum, Rewolucja Francuska i Październikowa, uwłaszczenie chłopów, II wojna światowa, Jałta, Poczdam, Helsinki, okrągły stół...? Czy niewątpliwie ustalający i to skrupulatnie fakty prawnik, demograf, filolog czy ekonomista to przedstawiciele nauk przyrodniczych? Chyba niewiele osób zdecydowałoby się odpowiedzieć twierdząco na powyższe pytanie. Równie bulwersujące, a niezasadne wydaje się stwierdzenie, że w humanistyce nie ma uznanych metod dochodzenia prawdy (CW nr 22).

Wykorzystywanie nauk przyrodniczych przy datowaniu znalezisk archeologicznych, przy prowadzeniu badań kryminalistycznych, odwoływanie się do doświadczeń przez etnografów, pedagogów, chyba nie dyskredytuje naukowości tych dyscyplin. A jeśli nie, to z jakiego powodu właśnie technika komputerowa miałaby być dla humanisty czymś niedostępnym, wrogim, czy groźnym? Dlaczego komputer miałby rodzić wyłącznie komiksową wersję humanistyki?

* * *

Zgodzić się natomiast trzeba z myślą przewodnią, która niewątpliwie towarzyszy koncepcji lansowanej przez J. Hołówko, iż nowe techniki sprzyjać mogą prowadzeniu badań, których wartość jest niewielka (lub żadna) i w efekcie tworzeniu dzieł wątpliwej jakości. Za parawanem tajemniczej technologii komputerowej, łatwiej, wobec sporej wciąż jeszcze informatycznej ignorancji środowiska, ukryć nikłoś prowadzonych dociekań i uzyskanych wyników. Ale zakaz dostępu do komputera żadnej dyscypliny nie ochroni przed hochsztaplerstwem. Przeciwnie właśnie komputerowa oświata, rozpowszechnienie wśród humanistów tej maszyny jest sposobem na płynące z nadużywania metod komputerowych zagrożenia. J. Hołówko przestrzegając przed nadużyciami, które umożliwia technika komputerowa, po prostu wylewa dziecko z kąpielą. Nikt już dzisiaj nie zamyka dostępu do znakomitych urządzeń powielających dlatego, że można przy ich pomocy fałszować pieniądze!

To niewątpliwa prawda, że odwołanie się w humanistyce (ale nie tylko tam) do metod komputerowych wcale nie gwarantuje poprawnego wyniku badań, nie dowodzi też ich rzetelności czy naukowości. Na to całkowita zgoda. Nie da się jednakże rónocześnie wykazać, że komputer a limine wyklucza solidność prowadzonej przez humanistę roboty. A pseudonauka i pseudonaukowcy to problem niezależny od stosowanej techniki, skoro np. nie znając komputera historycy potrafili toczyć spory o zawartość nigdy nie napisanej kroniki!. Wykorzystywanie komputera może, ale wcale nie musi się sprowadzać do tego, że dzięki niemu zamiast odkryć coś nowego, humanista pokazuje jak, co wyliczył. Liczne na to dowody znajdziemy nawet na łamach CW chociażby w dyskredytowanych przez J. Hołówko wypowiedziach wskazanych wyżej humanistów.

Na znacznie bardziej w technice komputerowej zaawansowanym Zachodzie powstały już setki programów przeznaczonych dla naukowców zajmujących się humanistycznymi dyscyplinami (np. wydany w Wielkiej Brytanii w 1991 r. A guide to software for historians zawiera opis 314 propozycji programowych). Są to wszystko produkty przede wszystkim anglo- czy niemieckojęzyczne, które mogą być jednak wykorzystywane także przez polskich historyków. Na przykład znakomity WordPerfect 6.0 uwalnia piszącego od troski o formę tworzonego tekstu pozwalajac skoncentrować się na jego zawartości. Jednak dla piszącego po polsku autora są mało przydatne możliwości gramatyczno- statystycznej analizy treści, gdyż np. oceniając stopień trudności komputer posługuje się kryteriami opracowanymi dla języka angielskiego.

Niewątpliwie natomiast, mimo tych możliwości istnieje i będzie wzrastało ogromne zapotrzebowanie na polskie programy komputerowe dla humanistów - zarówno dla celów badawczych, jak i edukacyjnych. Komputer jest narzędziem, które wyposażone w odpowiedni program ułatwia prowadzenie ludzkiej działalności we wszystkich dziedzinach życia. Nie służy, i nie będzie służył do rozstrzygania - czego chyba niepotrzebnie obawia się Znakomity Polemista - pryncypiów. Na przykład nie ustali czy historia jest w ogóle dyscypliną naukową, czy jest nauką nomotetyczną czy idiograficzną...

Proponowana przez J Hołówko konkluzja: Technika komputerowa nie pomaga rozwiązywać problemów humanistycznych i nie ułatwia odkryć jest tylko na razie i tylko częściowo prawdziwa. Na razie humaniście jeszcze rzeczywiście niezmiernie trudno wykorzystywać w swojej pracy komputer. Ani to jego wina, ani nie wynika to ze specyfiki uprawianej przezeń dyscypliny. Po prostu nie doceniając potrzeb tych dziedzin nauki nie dostarczono dla nich na czas odpowiedniej ilości użytecznych programów.

Dyscypliny humanistyczne to ogromny potencjalny rynek, tak dla sprzętu, jak i dla programów komputerowych. W interesie obu stron - i tworzących popyt humanistów i szukających zbytu na swe dzieła producentów - leży uczciwe rozpoznanie wzajemnych potrzeb i możliwości. Miejscem tych kontaktów winny być m.in. fachowe czasopisma. Także ComputerWorld. Czy warto kreować sytuację - do której zdają się prowadzić rozprawy Jacka Hołówko - w której z jednej strony humanista, nie znający nowych możliwości stwarzanych dla niego przez komputer, nie sięga po tak użyteczny sprzęt i nie zabiega o tworzenie odpowiedniego oprogramowania. Z drugiej zaś informatyk przekonany (przez tegoż Jacka Hołówko) o bezużyteczności komputera dla humanisty, nie podejmie nawet próby, by dowiedzieć się w czym może być dla humanisty pomocnym. Najpewniej stracą na tym obie strony!

Prof. Jacek Matuszewski


TOP 200