Globalna wioska

O tym, że linie lotnicze stosują system nadmiarowego rezerwowania miejsc w samolotach, wcześniej tylko słyszeliśmy.

O tym, że linie lotnicze stosują system nadmiarowego rezerwowania miejsc w samolotach, wcześniej tylko słyszeliśmy.

Teraz mieliśmy okazję przekonać się o tym na własnej skórze. Ku uciesze przedstawiciela linii lotniczych, nie mając żadnych napiętych planów, przyjmujemy przeprosiny w postaci kilkuset dolarów i dajemy się zawieźć do miejsca przeznaczenia okrężną trasą. Ciekawe, czy do wyliczenia statystycznej liczby odwołań rezerwacji biletów na danej trasie posłużyła im jakaś wyrafinowana hurtownia danych czy też zwykła intuicja pracowników. W końcu lądujemy w Melbourne. Wybieramy się na spacer po mieście. Pod pomnik nieznanego żołnierza wędrują dziesiątki tysięcy ludzi. Australijczycy? Greccy emigranci obchodzą swoje święto niepodległości. Jakaś rodzinka prosi nas o zrobienie pamiątkowego zdjęcia. Przyjechali tu w odwiedziny czy wyemigrowali? Trudno wyczuć, ale jeśli sądzić po znajomości języka angielskiego, raczej są tu od niedawna. Jak się potem dowiadujemy, może to być tylko złudzenie. Ponoć Melbourne jest drugim po Atenach skupiskiem Greków na świecie. Tu od lat przebywają tacy, którzy nie nauczyli się języka angielskiego i nawet nie czują takiej potrzeby.

Mieszkamy w dzielnicy zdominowanej przez Żydów. Czasami widać na ulicy ich ortodoksyjnych przedstawicieli. Skąd przyjechali? Nie ma co dochodzić. Cały świat wchodzi w rachubę.

Idę się ostrzyc. Na ulicy kilku fryzjerów rodem z byłego ZSSR. Trafiam akurat na Ukraińca. Próbuję wydobyć z zakamarków pamięci resztki rosyjskich słów. Polsko- -rosyjską mieszaniną umilamy sobie czas strzyżenia. Jest jakoś tak bardziej swojsko, niż gdybyśmy mieli rozmawiać po angielsku.

Wieczorem idziemy do irlandzkiego pubu. Prawdziwego. Znaczy się irlandzkiego nie tylko z racji nazwy i serwowanego piwa, ale prowadzonego przez rodowitych Irlandczyków. W końcu lądujemy w polskim domu, na polskiej kolacji i zasiadamy do oglądania retransmisji z rozdania Oscarów.

Gdy najlepszym aktorem zostaje obwołany Russell Crowe, widać radość na twarzy naszych rodaków. To ich człowiek, znaczy się Australijczyk. Choć prawdę mówiąc, urodził się w Nowej Zelandii. Gdy parę chwil później w wieczornych wiadomościach podają, że singapurski gigant telekomunikacyjny przejmuje australijską firmę, od razu padają deklaracje: "Jutro oddajemy im komórki". Polacy? Australijczycy? Trudno wyczuć. Australia jest krajem emigrantów. Widać to na pierwszy rzut oka. Taka globalna wioska w miniaturze. Europejczycy, Amerykanie, Azjaci i gdzieniegdzie aborygeni. Globalizacja upodabnia do siebie różne części świata. Przynajmniej w tym sensie, że pieniądze robi się wszędzie tak samo. I sposoby na ich robienie zaczynają być wszędzie takie same.

Świat staje się coraz mniejszy, ale jakoś nie widać wśród nas chęci, by z tej racji pozbywać się narodowych korzeni. Czy nasza narodowa tożsamość w świecie ponadnarodowych i ponadkontynentalnych gigantów jest już czymś przestarzałym? A może jest odwrotnie. Może w nadchodzących czasach będzie jeszcze lepszym towarem na sprzedaż niż kiedykolwiek przedtem.

Australia, Adelajda, 31 marca 2001 r.