Globalna Wiocha

Pierwszą wiadomością dnia był dziś e-mail od przyjaciela z Warszawy z ostrzeżeniem o nowym wirusie, który usuwa wszystkie dane na dysku twardym, kiedy nieszczęsny adresat otwiera korespondencję zatytułowaną: GET MORE MONEY.

Pierwszą wiadomością dnia był dziś e-mail od przyjaciela z Warszawy z ostrzeżeniem o nowym wirusie, który usuwa wszystkie dane na dysku twardym, kiedy nieszczęsny adresat otwiera korespondencję zatytułowaną: GET MORE MONEY.

Czasem się zastanawiam, czy złośliwi hakerzy są moralistami, czy pragmatykami. Kiedy David Smith pod koniec marca wypuścił w sieć swą Melissę, użył jako przynęty obietnicy bezpłatnej pornografii. Teraz dla odmiany ktoś najwyraźniej próbuje nas ukarać za zachłanność. A może to tylko prymitywny chwyt "marketingowy"? Tak czy inaczej w przypadku Smitha wielkie powodzenie Melissy walnie przyczyniło się do jego szybkiego ujęcia, zanim zatarł za sobą ślady.

Przy okazji wyszło na jaw, że poruszając się po cyberprzestrzeni wszędzie zostawiamy po sobie odciski palców. Fakt, że Smith - przedstawiany w popularnej prasie jako "programista ekspert", najwyraźniej nie wziął tego pod uwagę, nie najlepiej świadczy o jego profesjonalizmie. No, ale jak mógł wiedzieć, że, np. Microsoft dyskretnie zainstalował w niektórych swoich produktach numery identyfikacyjne, umożliwiające monitorowanie ich użytkowników. Tym razem ten "system tropiący" został użyty w społecznie użytecznym celu i może dlatego nie wybuchł z tego powodu straszny skandal, podobny do tego, jaki wywołała wiadomość o "dowodach tożsamości" wmontowanych w Pentium III.

Pisząc w New York Times o "internetowej zabawie w chowanego", Peter Lewis podniósł raz jeszcze kwestię równie starą, jak Internet: "Co jest większą wartością: wolność, anonimowość i prywatność czy bezpieczeństwo i praworządność ze swym niezbędnym, niestety, efektywnym aparatem ścigania?". W tym samym czasie, gdy FBI aresztowała Smitha - zauważył z goryczą Lewis - w Jugosławii serbskie władze Kosowa zmuszały do milczenia jednego po drugim "internetowego świadka", przekazującego światu wiadomości o prześladowaniach miejscowych Albańczyków. Być może korzystały one z tego samego, wymyślonego przez Microsoft, instrumentu.

Wczoraj wpadł mi w ręce pierwszy majowy numer The Economist. Na okładce oko ze źrenicą z układu scalonego i tytuł cover story Koniec Prywatności. "Pamiętaj, że oni cię bez przerwy śledzą" - czytamy w redakcyjnym komentarzu. - "Kiedy możesz, używaj gotówki. Nie podawaj nikomu swego telefonu, adresu czy numeru social security, jeśli nie jest to absolutnie niezbędne. Nie wypełniaj żadnych kwestionariuszy i nie odpowiadaj na telefoniczne ankiety". I wreszcie śmiała prognoza redaktorów The Economist: "Wszelkie wysiłki, by powstrzymać elektroniczną inwazję na naszą sferę prywatności, zawiodą". Jej utrata jest ceną, jaką będziemy musieli zapłacić za wszystkie te udogodnienia, jakie niesie z sobą nowoczesna technologia.

Najbardziej interesujące w całym artykule wydało mi się jednak spostrzeżenie, rzucone jakby mimochodem, w ostatnim akapicie. Nasza przyszłość - zauważa The Economist - może pod tym względem przypominać dawne czasy, gdy większość z nas była wieśniakami. Wiejskie życie nie znało prywatności - wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich. Czy to miał na myśli MacLuhan, gdy snuł wizje przyszłej "Globalnej Wioski"?