Gastinformatyk

Ogłoszony podczas CeBIT 2000 zamiar wprowadzenia w Niemczech tzw. zielonych kart dla 30 tys. informatyków z Indii i Europy Wschodniej stał się paradoksalnie najważniejszym wydarzeniem targów.

Ogłoszony podczas CeBIT 2000 zamiar wprowadzenia w Niemczech tzw. zielonych kart dla 30 tys. informatyków z Indii i Europy Wschodniej stał się paradoksalnie najważniejszym wydarzeniem targów.

Marta kończy latem studia weterynaryjne w Jenie. Do Hanoweru przyjechała, by poznać oferty pracy firm teleinformatycznych. Jako weterynarza czekałoby ją bezrobocie. Po rozmowie z przedstawicielami działu rekrutacji Oracle'a jest dobrej myśli. "Mają klientów w branży farmaceutycznej i rolno-spożywczej. Twierdzą, że mogłabym wykorzystać moje wykształcenie, zatrudniając się w charakterze konsultanta" - opowiada. Wie, że informatycy mogą zarobić ponad 8 tys. DEM miesięcznie, lecz na początek zadowoliłaby się pensją w wysokości ok. 5 tys. DEM.

Takich osób jak ona na tegoroczne targi przyjechało setki. Po raz pierwszy zorganizowano bowiem CeBIT Job Market - targi pracy, gdzie zwiedzający mogli zapoznać się z propozycjami zatrudnienia w sektorze IT. Niezależnie giełdę pracy prowadził tygodnik Computerwoche, niemiecki odpowiednik Computerworld. Poza tym o pracę można było się dowiadywać bezpośrednio na stoiskach - w niemieckiej gospodarce jest wolnych ok. 75 tys. miejsc dla specjalistów IT; w europejskiej - 350 tys. Wystarczy zresztą wziąć do ręki opiniotwórczy dziennik Frankfurter Allgemaine Zeitung, który codziennie publikuje kilka tysięcy ofert pracy dla informatyków (lepiej powiedzieć: 4 kg papieru, bo podstawowe wydanie waży zaledwie 1 kg, zaś ogłoszenia o pracę cztery razy więcej).

CeBIT polityczny

Podczas ceremonii otwarcia targów Volker Jung, prezes Niemieckiego Stowarzyszenia Teleinformatyki i Nowych Mediów (BITKOM), dramatycznie nakreślił potrzeby niemieckiego rynku pracy IT. "Młodzi, dobrze wykształceni ludzie wyjeżdżają do USA. Oni nigdy tu nie wrócą!" - alarmował. - "Mają dość poświęcania 60% czasu pracy na opłacenie podatku dochodowego i opieki socjalnej". Jego zdaniem, jeśli nie obniży się podatków do 45%, to Niemcy stracą najlepszych specjalistów.

Aby Niemcy mogły pozostać w gospodarczej czołówce świata, która nadaje ton Nowej Ekonomii, V. Jung proponuje wprowadzić lokalny odpowiednik amerykańskiej "zielonej karty" (wiz z pozwoleniem na pracę) dla specjalistów IT spoza Unii Europejskiej. "W USA wydano już 80 tys. tego typu wiz. Niemcy potrzebują od zaraz 30 tys. fachowców" - dowodzi. Uważa, że zagraniczni specjaliści nie zabiorą pracy obywatelom Niemiec. W USA zatrudnienie jednego zagranicznego specjalisty powoduje powstanie 5 nowych miejsc pracy. Zatem w Niemczech nie będzie o 30 tys. więcej bezrobotnych, lecz o 100 tys. mniej.

Do tej propozycji pozytywnie odniósł się kanclerz Gerhard Schr?der, który oficjalnie potwierdził, że rząd przygotuje odpowiednie uregulowania prawne - niemieckie Green Cards. Zdaniem G. Schr?dera, bez importu dodatkowych pracowników nie da się uniknąć krótkotrwałego niedoboru pracowników w sektorze informatycznym.

Słowo się rzekło, kobyłka u płotu

Informacja o "zielonych kartach" dla specjalistów IT zelektryzowała niemieckie i światowe media, które uznały ją za najważniejsze wydarzenie CeBIT 2000. Nic dziwnego, po raz pierwszy od 1973 r. Niemcy zamierzają zmienić swoją politykę wobec imigracji zarobkowej, ponadto sami się tego domagają.

Natychmiast zareagowały związki zawodowe, które uznały, że wprowadzenie pozwoleń na pracę dla informatyków spoza Unii Europejskiej ma na celu obniżenie płac w branży i dodatkowo zaoszczędzenie pieniędzy, które można byłoby przeznaczyć na podwyższenie kwalifikacji. "Nie będzie żadnego dumpingowania płac informatyków" - powiedział w wywiadzie dla telewizji ZDF G. Schr?der. "Pozwolenie na pobyt i pracę będą wydawane najprawdopodobniej na 6 lat, szybko i bez zbędnej biurokracji. Dzięki Çzielonym kartomČ do 2003 r. powstanie 300 tys. nowych miejsc pracy" - dodał.

Przedstawiciele BITKOM-u wkrótce sprecyzowali, że myślą o zaproszeniu 20 tys. specjalistów komputerowych z Indii, 10 tys. z Europy Wschodniej. Do tej pory ze względu na bardzo rygorystyczne prawo dotyczące zatrudniania cudzoziemców spoza Unii, zatrudnienie pracownika z Indii czy Europy Wschodniej na takim stanowisku było bardzo trudne. W gazetach na pierwszych stronach biły po oczach tytuły: Czy informatycy z Polski i Indii będą pracować w Niemczech? albo Hi-Tech gastarbeiter.

Dr V. Jung szacował, że w branży informatycznej jest wolnych ok. 75 tys. miejsc pracy. Drugie tyle jest po stronie użytkowników technologii. Specjaliści twierdzą, że niedobór ten nie może zostać zaspokojony, przynajmniej krótkoterminowo, przez zmiany w systemie edukacyjnym. Prezes Związków Zawodowych Przemysłu Niemieckiego stwierdził, że brakuje siły roboczej również w sektorze farmaceutycznym i tu również należałoby pomyśleć o odpowiednich pozwoleniach na pracę dla cudzoziemców.

Głos zabrali też przedstawiciele SAP, który część swojego systemu tworzy w Indiach, w Bangalore. Uspokajają, że zarobki Hindusów na stanowiskach spec-jalistycznych są porównywalne z zarobkami Niemców. Inaczej wygląda to w Rosji, Rumunii czy Bułgarii. Jeszcze inaczej w Polsce, na Węgrzech, w Czechach i Słowacji, gdzie już zarysowuje się brak specjalistów i płace bywają bardzo wygórowane. "Nie chodzi o obniżanie płac, ale pokonanie niedoboru specjalistów" - mówi jeden z szefów BITKOM. Nic też dziwnego, że - jak doniósł Financial Times Deutschland - pierwsi łowcy głów dzwonią już do wysoko wykwalifikowanych specjalistów w informatycznych zagłębiach Indii - Bangalore i Hyderabad.

Profesor Klaus Bade z Instytutu Badań nad Migracją w Osnabrźck wskazał, że należy pomyśleć przede wszystkim o uregulowaniach prawnych, związanych z emigracją, stworzeniu odpowiedniej polityki imigracyjnej i międzynarodowej polityce zatrudnienia. Należy również odpowiedzieć na pytanie, dlaczego sprowadza się obcą siłę roboczą, skoro Niemcy mają 4 mln bezrobotnych.

W podobnym tonie wydało oświadczenie jedno ze stowarzyszeń informatyków niemieckich. Politycy i biznesmeni zaniedbali w latach 80. i 90. rozwój potencjału ludzkiego w branży informatyczno-telekomunikacyjnej i inicjatywa ta nie rozwiązuje problemów strukturalnych. Ostrzegli, że deficyt będzie się utrzymywał jeszcze przez co najmniej 10 lat. Informatykom przyznał rację minister gospodarki Werner Mźller: "Niemcy nie doszacowali konieczności kształcenia w zakresie nowych technologii".

Pomysł "zielonych kart" wzbudził także kontrowersje wśród zagranicznych komentatorów, którzy wyrazili obawy, iż ta inicjatywa może spowodować spustoszenie na ich rynkach pracy. Czy rzeczywiście tak będzie - przekonamy się wkrótce. Możemy natomiast sobie wyobrazić, że na potencjalne miejsce Marty zostanie przyjęty specjalista z Indii...