Dobre wieści dla informatyków

W Warszawie, na lotnisku Chopina, nie dość, że trudno znaleźć stację kolejową, to jeszcze trzeba zasuwać z walizami „do czoła pociągu”, by jego kierownik mógł skasować lub wydać bilet. W komunikacji miejskiej we Wrocławiu ciągle trwa anachroniczna opłata za przewóz bagażu, a w Poznaniu karani są ci, którzy wsiądą do tramwaju, w którym niedziałający automat odmówi im sprzedaży biletu. Poznań jednak robi wiele, by być bezkonkurencyjnym.

Mieszane uczucia wzbudza od pewnego czasu pojęcie „profesor z Poznania”, a symbolem kompromitacji i wstydu, który będzie z miastem przez następne 50 albo i więcej lat, staje się przybudówka do galerii handlowej, na wyrost zwana nowym dworcem kolejowym, którego projektanci ostatni raz pociągiem jechali chyba na podmiejską wycieczkę we wczesnych latach szkolnych.

Poznańscy urzędnicy miejscy nie ustają jednak w kolejnych pomysłach na przychylenie nieba mieszkańcom i przybyszom, a przy okazji – uwaga! – i nam, informatykom (będzie robota!).

Dla informatyków otóż szykuje się w Poznaniu nie lada wyzwanie, bo planuje się tam, w komunikacji miejskiej, system poboru opłat za liczbę rzeczywiście przejechanych przystanków. W związku z tym – bagatela – zmusi się wszystkich korzystających najpierw do zaopatrzenia się w specjalne karty, a potem do rejestrowania, przez ich przykładanie do umieszczonych przy drzwiach czytników, faktu tak wsiadania, jak i wysiadania. A kto zaniedba tego drugiego, temu opłata będzie się naliczać za kolejne przystanki. System ma objąć również jeżdżące dotąd bezpłatnie na dokument tożsamości osoby w wieku ponad 70 lat, które za zaniedbanie rejestracji wejścia lub wyjścia z pojazdu mają być karane „w inny sposób”. Przyjezdni zaś mają zaopatrywać się w karty wstępnie opłacone, podobne do stosowanych w telefonii komórkowej. Nie wiadomo tylko, co np. z posłami na Sejm, bo im też przecież wolno za darmo. I żadnych płatności komórkami!

Zdaniem pewnego miejskiego dostojnika wymusi to „obywatelską kontrolę” opłat, bo każdy, kto wsiądzie, a nie przyłoży karty, będzie dla współpasażerów od razu podejrzany. Na ich użytek umieści się zapewne gęsto przyciski alarmowe wzywające specjalne komando, które szybko przybędzie i z delikwentem odpowiednio się policzy. Niezłą w tym wprawę mieli pracownicy prywatnej firmy, która kiedyś kontrolowała w Poznaniu bilety, więc jest po kogo sięgnąć.

Karty będą imienne, ale miastu nie chodzi przecież o to, by śledzić skąd i dokąd jeżdżą poszczególni jego mieszkańcy (informacje o tym – zdaniem miejskich urzędników – wystarczająco ochronią reguły GIODO), tylko o ich wygodę i możliwość lepszego dopasowania tras, ilości taboru i rozkładów jazdy. A zmiany w tych ostatnich bez wątpienia będą potrzebne, gdy uwzględnić czas potrzebny na wyrejestrowanie się spośród jadących.

Już kilkanaście lat temu, gdy w jednym z krajów dalekowschodnich wprowadzano karty opłat otwierające bramki wejściowe do metra (przy samym tylko przechodzeniu, bez potrzeby ich wyjmowania), system odebrano od firmy informatycznej dopiero wtedy, gdy czas reakcji bramki sprowadzono tam do 0,4 sekundy, bo przy początkowych 0,6 ludzie musieli w bramce nieco zwalniać i hamowało to potok pasażerów. A tu, w Poznaniu, karty mają być jeszcze do czytników przykładane!

A co do ścisłości i rozliczania za liczbę rzeczywiście przejechanych przystanków – już w pierwszej połowie XX wieku niemiecki ekonomista Konrad Mellerowicz napisał wiekopomne dzieło o rozliczaniu kosztów. Pisał on w nim m.in. o tym, że są granice dokładności tego rozliczania, szczególnie w odniesieniu do tzw. kosztów pośrednich. Jedną z takich granic stanowią koszty samego rozliczania (miałby też Mellerowicz pewno co nieco do powiedzenia o tym samym w naszym NFZ).

Dla informatyków zaś jest z Poznania jeszcze jedna dobra wiadomość (będzie następna robota!): w swych kafkowskich snach inni tamtejsi urzędnicy marzą o takim systemie znakowania worków na śmieci kodami kreskowymi, by zawsze możliwa była identyfikacja mieszkańca, od którego dany worek pochodzi.