Dawny komputer

Pięć lat temu powstało pismo KOMPUTER, miesięcznik, wokół którego zgromadzili się ludzie z wielu środowisk: informatycy, dziennikarze, hobbyści, przedsiębiorcy i młodzież. Od 1. stycznia pismo to będzie się ukazywać ponownie, w nowej szacie graficznej i częściowo w nowym składzie.

Pięć lat temu powstało pismo KOMPUTER, miesięcznik, wokół którego zgromadzili się

ludzie z wielu środowisk: informatycy, dziennikarze, hobbyści, przedsiębiorcy i młodzież.

Od 1. stycznia pismo to będzie się ukazywać ponownie, w nowej szacie graficznej

i częściowo w nowym składzie.

Z Markiem Młynarskim, redaktorem naczelnym dawnego KOMPUTERA rozmawia Jacek Hołówko.

CW: Panie Marku, Jak to się stało, że udało Warn się założyć nowe pismo w stanie wojennym? Chyba w tym czasie obowiązywał zakaz otwierania nowych pism.

MM: Oczywiście, nie było to łatwe. Nie można było po prostu zacząć drukować nowego pisma. Zaczęło się bardzo skromnie. Wła-dek Majewski wymyślił tytuł pisma. Tak powstał BAJTEK - comiesięczny dodatek do ODRODZENIA i SZTANDARU MŁODYCH. Było to obejście istniejących zakazów, a przykrywką stał się patronat zaakceptowanych już tytułów. Działo się to w drugiej połowie 1985 roku. Dyrektor Krajowego Wydawnictwa Czasopism Maciej Hoffman podjął ryzyko wydawania BAJTKA. Było to ryzyko polityczne, nie ekonomiczne, tak to wtedy wyglądało. Domowe komputery dopiero pojawiły sie w Polsce, powoli i w niewielkiej ilości. Na granicy robiono straszne trudności, jeśli ktoś z zagranicy wracał z komputerem, trzeba było uzyskać specjalną zgodę. Był to jeden obłęd. Każde nowe pismo, nawet w koncernie RSW, było widzianie niechętnie, a w kręgach decydentów - szczególnie tych najważniejszych, średniego szczebla, całkiem żywe były wspomnienia o stalinowskim podejściu do cybernetyki. Tak więc była to decyzja polityczna, choć dzisiaj wydaje sie to śmieszne.

CW: Ale nawet bez pisma komputerów było w kraju coraz więcej.

MM: Właśnie. I to nam pomogło. W krótkim czasie pojawiło się w kraju kilka tysięcy komputerów, najwięcej tych najprostszych, SPE-CTRUM i COMMODORE 16. Powstała moda na kupowanie komputerów dzieciom. To nie było łatwe, bo komputery były drogie, a złotówka słaba. Ale każdy, kto mógł, wracał z zagranicy z własnym komputerem. Jedni kupowali dla dzieci lub dla siebie, inni na handel. Przelicznik był nieprawdopodobnie opłacalny. Jeśli ktoś kupował samochód na sprzedaż, to wydatek mógł mu się zwrócić trzykrotnie. Przy komputerach ten przelicznik wynosił w pewnym okresie jak 1 do 10. Wszyscy już widzieli, że tego zalewu komputerów nie da się zatrzymać, że będzie ich coraz więcej, i że będą coraz lepsze. Ludzie przywozili sobie literaturę, przegrywali programy jeden od drugiego, uczyli się BASICA i grali w gry komputerowe (szczególnie to ostatnie). Władze zresztą z tą modą nie walczyły i po jakimś wahaniu całkowicie zniosły cło na komputery. Wtedy instytucje zaczęły kupować na lewo i prawo, powstał prawdziwy boom. Komputery przestały być amatorskim, chałupniczym zajęciem. Ludzie zaczęli szukać literatury, uczyć się obsługi komputerów i dowiadywać, co mają inni. Te zmiany nastąpiły bardzo szybko. BAJTEK sprzedawał się bez trudu. Rozchwytywano go w kioskach. Ale ówczesny szef SZTANDARU MŁODYCH został ministrem i jedną z pierwszych ministerialnych decyzji było przejęcie BAJTKA" jako dodatku do SZTANDARU.

CW: A kiedy powstał KOMPUTER?

MM: Prawie zaraz po utracie przez nas BAJTKA. Rynek był nie-

nasycony i dostałem zgodę na nowy tytuł. W kwietniu 1986 ukazał sie pierwszy numer KOMPUTERA. Spieszyliśmy sie bardzo. Już w pierwszym numerze dał o sobie znać chochlik drukarski. Wydrukowano "popularny miesięcznik informacyjny" zamiast "informatyczny", ale kto to dzisiaj pamięta. Może niepotrzebnie przypominam.

CW: Czy konkurowaliście z BAJ-TKIEM?

MM: Nie, raczej przekomarzaliśmy się. Mówiliśmy im: "Nasze pismo jest niezależne, a Wasze jest dodatkiem". I tak to szło przez kilka lat. Mieliśmy jednak inny profil. Nastawiliśmy się od początku na komputery osobiste, choć zajmowaliśmy się wszystkim: małymi komputerkami z kasetką magnetofonową, klonami IBM-ów i dużym nowoczesnym sprzętem. Nawet jeśli ktoś ma skromny komputer, to lubi przeczytać, co się robi na wielkim potworze.

CW: Czy pismo się dobrze sprzedawało?.

MM: Wie Pan, finansowo to nie miało żadnego znaczenia. Redak-- cja nie dostawała żadnej premii od 'zysków, ale sprzedawaliśmy się wyśmienicie. Niech Pan sobie wyobrazi, że w najlepszych czasach mieliśmy nakład 200,000. Niech Pan dzisiaj mi pokaże pismo komputerowe, które mogłoby uzyskać taki nakład.

CW: Tak, czasy się zmieniły. Ale kto Was czytał?

MM: Wszyscy, ale przede wszystkim młodzież. Zrobiliśmy raz taki sondaż, kto nas czyta. I co się okazało, średnia wieku wynosiła 14 lat. To niewiarygodne. Czytali nas bardzo młodzi, 11-latki, 12-latki. . Ciekawy jestem, co czytają teraz.

CW: Może COMPUTERWORLD?

MM: A może czekają na KOMPUTER. To myśmy ich porzucili, nie oni nas. Nie było w tym naszej winy. Nagle zabrakło papieru. Przebiliśmy się już ze wszystkim. Mieliśmy skromne pokoiki na Mokotowskiej, załatwioną drukarnię w Łodzi, własne archiwum, sprzęt, świetne kontakty, wspaniałych ludzi w redakcji, setki współpracowników i tysiące czytelników. Czego można chcieć więcej? RSW PRASA zarabiała na nas jak się patrzy, ale papieru nie było. Powstały opóźnienia. Postawiliśmy na reklamę. Pierwsze firmy komputerowe dawały u nas ogłoszenia, ale to nic nie pomagało, dalej nie było papieru. Musieliśmy stosować karkołomne rozwiązania. Złożony numer czekał w drukarni, aż dostaniemy przydział papieru. To mogło trwać nie wiadomo, jak długo. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wprowadziliśmy kolumnę "Na 10 dni przed drukiem". W ten sposób zainaugurowaliśmy desktop publis-hing w Polsce. Jedną kolumnę produkowaliśmy w ostatniej chwili w redakcji, gdy już wiedzieliśmy, że mamy papier. Reszta pisma mogła być nieco opóźniona, ale zawsze mieliśmy możliwość wydrukowania wiadomości z ostatniej chwili. To nas jednak nie uratowało. W 1989 wydawca drukował już podwójne numery, aż wreszcie doszło do curiosum w skali światowej. Wydano numer 7-12, czyli zamiast miesięcznika półrocznik. Bardzo nas to frustrowało.

CW: Rozumiem, ale w sumie odnieśliście niebywały sukces. Co Pan uważa za największe osiąg-

nięcie pisma, którym Pan kierował?

MM: Nawet nie to, że mieliśmy tak wielki nakład. Najbardziej się cieszyłem z tego, że potrafiliśmy stworzyć tak wielkie środowisko żywych intelektualnie ludzi. Wie Pan, są tacy ludzie, których gryzie jakiś niepokój, którzy czegoś szukają. Mają niebywałe zdolności, wytrwałość, pomysłowość, iskrę bożą. Nie wiem, co oni robią dzisiaj. Ale w latach osiemdziesiątych tłumem rzucili się na komputery. Ci ludzie potrafili wymyśleć i odkryć to, co przed nimi wymyślili inni, ale trzymali w tajemnicy. Pisano tu pomysłowe krótkie programy, których na rynku nie było. Jednym z pierwszych był np. Co-py-copy. Wymyślił go Tadeusz Wilczek, który jest teraz znakomitym biznesmanem. Później powstała przy nas cała redakcja kaset programowych. Opracowaliśmy edytor tekstów, programy do nauki języków, programy szkolne z geografii i historii. Sprzedawaliśmy to oprogramowanie po sto sunkowo niskiej cenie 600 zł, później 1200 zł. Właściwie to były pierwsze legalne programy na rynku. Pokazywaliśmy, że piractwo nie jest na stałe związane z komputerami w Polsce.

CW: Czy uciekali Panu ludzie do biznesu?

MM: Najpierw nie, ale później tak. Ale nie było w tym nic złego. Nadal pracowaliśmy razem. Oni coś u nas drukowali, dzielili się z nami świeżymi pomysłami. Czasem z wielkim rozmachem. Pamiętam, jak obecny prezes IDG w Polsce, Wiesław Migut organizował ATAROWISKO na Torwarze. Chcieliśmy mu pomóc i zaprosiliśmy firmę STAR, żeby przywiozła do Warszawy swój balon, taki olbrzymi balon sportowy na gorące powietrze. Zgodzili się bez oporów, i wtedy dopiero pojawiła się trudność. Trzeba było uzyskać zezwolenie na wypuszczenie balonu ponad Warszawę. Dotarłem do Wiceministra Obrony Narodowej. Nie chciał się zgodzić. Wreszcie ustąpił, ale pod warunkiem, że balon będzie cały czas uczepiony na sznurku. I tak było - podlatywał do góry i ściągaliśmy go na ziemię, i znowu do góry, i znowu na ziemię. Pilot był niezadowolony, ale jakoś udało się go udobruchać.

CW: Wspomniał Pan o tym, że KOMPUTER będzie się 'znowu ukazywać

MM: Tak, od 1. stycznia, jako kolejne czasopismo IDG- Poland pod nawiązującym do tradycji tytułem "PC - WORLD - KOMPUTER, jako wydawnictwo w pełnym kolorze, 64 strony, grubsza okładka. Naczelnym będzie teraz Wiesław Migut, a ja i Krzysztof Matey będziemy jego zastępcami.

CW: Czyli częściowo będą to ludzie z dawnego KOMPUTERA.

MM: Tak, będzie nas więcej z tamtej redakcji, ale będą także nowi. Nie chcemy robić drugi raz tego samego. Czasy się zmieniły i trzeba szukać nowych pomysłów. Nie będziemy się nastawiać głównie na klony IBM-a. Mamy teraz wspaniałe programy na rynku, nowy sprzęt o wysokich parametrach i zupełnie nowych użytkowników. Pismo będzie wydawane dla nich. Będziemy się zajmować tym, co ich interesuje.

CW: Życzę powtórzenia sukcesu i dziękuję za rozmowę.