Czarno widzący jasnowidze

''Dni ludzkości takiej, jaką ją znamy, są policzone i nadchodzi era dominacji maszyn'' - takie oto jest przesłanie niedawno wydanych książek Hansa Moraveca i Raya Kurzweila. Potraktowałem je jako interesujące próby w dziedzinie naukowej fantastyki. Taka reakcja, granicząca ze znudzeniem, była dość powszechna.

''Dni ludzkości takiej, jaką ją znamy, są policzone i nadchodzi era dominacji maszyn'' - takie oto jest przesłanie niedawno wydanych książek Hansa Moraveca i Raya Kurzweila. Potraktowałem je jako interesujące próby w dziedzinie naukowej fantastyki. Taka reakcja, granicząca ze znudzeniem, była dość powszechna.

Mój niewzruszony optymizm na temat przyszłości naszego gatunku nie trwał jednak zbyt długo. W kwietniowym numerze znanego i opiniotwórczego czasopisma Wired ukazał się artykuł Dlaczego przyszłość nas nie potrzebuje. Autorem jest współtwórca i naukowy dyrektor (chief scientist) firmy Sun Microsystems Bill Joy, jedna z ostatnich osób, którą można by podejrzewać o irracjonalną wrogość wobec nowoczesnej technologii.

Okazuje się, że w odróżnieniu ode mnie Joy potraktował prognozy zawarte w Wieku Uduchowionych Maszyn Kurzweila zupełnie poważnie. Miał też trochę więcej czasu, by się nad nimi głęboko zastanowić, jak bowiem pisze we wstępie do swego eseju, podczas naukowej konferencji jesienią 1998 r., Kurzweil wręczył mu niekompletny maszynopis swej książki w czasie przypadkowego spotkania w barze. Po jego przeczytaniu nachodzić go zaczęły czarne myśli. Nie tylko perspektywa przejęcia kontroli nad losem ludzkości przez komputery w ciągu najbliższych 30 lat jest zupełnie realistyczna, ale w przekonaniu Joya - niewiele możemy zrobić, by zapobiec takiemu zamachowi stanu. Już dziś komputery wykonują wiele czynności znacznie lepiej od nas i logika wolnego rynku nakazuje, by tę ich intelektualną (?) przewagę nad nami w pełni wykorzystać gwoli zwiększenia wydajności pracy oraz zysków. Komputery mogą więc najpierw przejąć dziedziny szczególnie mało twórczej i nudnej działalności, takiej jak bankowość, a potem małymi kroczkami rozszerzać swą kontrolę na inne domeny naszego życia. Ponieważ będą wszystko wiedziały lepiej od nas, jaki sens będzie się temu przeciwstawiać? Aż do czasu, gdy tak je zdenerwuje nasza głupota (te nowe komputery mają mieć zdolność do uczuć), że się zbuntują i zredukują nas do roli niewykwalifikowanej siły roboczej.

Taki scenariusz, według którego przyszła ludzkość pełniłaby funkcję służących, obsługujących myślące maszyny, może się zresztą wydać optymistyczny w porównaniu z innymi możliwościami. Może kontrolujące nas komputery, z tęsknoty za inteligentnym towarzystwem lub z czystego altruizmu, postanowią nas "udoskonalić"? Do niedawna wydawało się to beznadziejnym zadaniem, ale wraz z postępem inżynierii genetycznej szanse sukcesu w tej mierze znacznie wzrosły. Trudno się dziwić, że John Markoff przywołuje w New York Times nazwisko dr. Frankensteina.

Joy nie jest w stanie zaproponować żadnych działań, które mogłyby nas ustrzec przed "dyktaturą komputerów." Mnie też nie przychodzi nic na myśl. Może tylko jedna sugestia. Zanim idąc w ślady Teda Kaczynskiego ("Unabomber") zaszyjemy się w głuszy z zapasem materiałów wybuchowych, możemy jeszcze przeczytać kilka innych książek. Na początek może Społeczne życie informacji współautorstwa Johna Seelya Browna, który jest dla odmiany naukowym dyrektorem konkurencyjnej firmy Xerox. Brown i współautor publikacji, socjolog Paul Duguid, dowodzą w swej książce, że żadne wcześniejsze prognozy dotyczące skutków rewolucji technologicznej po prostu się nie sprawdziły i według wszelkiego prawdopodobieństwa przyszłość wyglądać będzie jak - nieco może zmodyfikowana - teraźniejszość.


TOP 200