Budujemy nowy dom

Przełom tysiącleci był, jak się okazało, imprezą przereklamowaną i generalnie rzecz biorąc nudną - szczególnie dla mojej córki, która liczyła na to, że przynajmniej światło wysiądzie.

Przełom tysiącleci był, jak się okazało, imprezą przereklamowaną i generalnie rzecz biorąc nudną - szczególnie dla mojej córki, która liczyła na to, że przynajmniej światło wysiądzie.

Historia pełna jest nie spełnionych proroctw i ludzie potrafią sobie bardzo przekonywająco wytłumaczyć, dlaczego coś, czego oczekiwali, się nie zdarzyło. Na ogół wymaga to jedynie drobnych korekt - "nie zdarzyło się teraz, ale zdarzy się za tydzień", "po prostu, pomyliliśmy się o jedno zero" albo "wszystko nastąpiłoby, tak jak przewidywaliśmy, gdyby nie ten czarny kot, co nam tydzień temu przebiegł drogę w czasie pełni księżyca". Wystarczy, że oczekiwanie na rychły koniec świata przestało nagle być dobrą wymówką dla ludzi, którzy są zbyt leniwi, by uczestniczyć w codziennym trudzie budowy Nowego Wspaniałego Świata Zaawansowanej Technologii Informacyjnej.

By dać innym dobry przykład, Bill Gates udał się w pierwszym roboczym tygodniu nowego stulecia (nie piszę "milenium" czy "millennium", bowiem ze względu na zaistniałe nadużycia słowa te zostały oficjalnie wycofane z cyrkulacji) do Las Vegas na Consumer Electronics Show (Pokaz Elektroniki Konsumpcyjnej?), by osobiście zademonstrować rozmaite technologiczne nowości w rodzaju kieszonkowego , na którym - za pomocą szkła powiększającego, jak się domyślam - będzie można czytać e-maile i buszować po Internecie, czy też elektroniczny czytnik (a może czytacz?) książek, który, jeśli się nie mylę, będzie w stanie czytać za nas książki. Gwoździem programu było jednak pojawienie się - czyli aparycja - pani Stacy Elliott, zwanej "cyfrową divą," która pełni w Microsofcie funkcję ambasadora konsumentów.

Stacy Elliott pojawiła się w Las Vegas, nie opuszczając głównej kwatery Microsoftu w Redmond. Jej zadaniem była prezentacja obiektu trudnego do przetransportowania ze stanu Washington do Nevady - nowego "domu przyszłości", zaprojektowanego przez inżynierów Microsoftu, w celu pokazania, jak bardzo komputeryzacja i automatyzacja naszego miejsca zamieszkania zmieni w przyszłości nasze życie. Przechadzając się po owym cudownym domu z kieszonkowym komputerem w ręce, zmieniała ona, za dotknięciem ekranu monitora, oświetlenie, ocienienie, temperaturę, muzykę i emitowane programy telewizyjne. By zrobić jeszcze większe wrażenie na widzach, jeden z wiceprezesów Microsoftu, Craig Mundie, dodał na zakończenie, że wkrótce także lodówki, pralki, odkurzacze, konta bankowe i cały świat rozrywki połączone będą z naszym domowym komputerem, dzięki czemu nasze życie stanie się prostsze, łatwiejsze i bogatsze.

Pomysł z włączaniem i wyłączaniem świateł w całym domu za naciśnięciem jednego guzika w pierwszej chwili bardzo mi się spodobał. Podczas świątecznych wakacji musiałem dwa razy dziennie biegać po całym domu (i wokół niego), by włączać i wyłączać elektryczne świeczki, choinkę i inne świecidełka, zdobiące obejście. Dzięki firmie Microsoft mógłbym zaoszczędzić co najmniej 15 minut dziennie i może przeznaczyłbym ten czas na odchudzające ćwiczenia gimnastyczne, zamiast w tę i z powrotem biegać po schodach. Po zastanowieniu jednak doszedłem do wniosku, że cały ten pomysł "elektronicznego domu przyszłości" może okazać się wielkim niewypałem. Zanim jeszcze dorobiłem się własnego domu - który dziś ma 6 lat, czyli jest stosunkowo nowy - wynajmowaliśmy mieszkanie w domu ponad 100-letnim. Rzecz dziwna, był on pod każdym niemal względem funkcjonalnie prawie identyczny z najnowszymi amerykańskimi domami. Oczywiście, w ciągu tych 100 lat kilkakrotnie był on remontowany i przerabiany - najbardziej chyba radykalną zmianą była wymiana oświetlenia gazowego na elektryczne. Reszta to nieistotna kosmetyka. Aha, na początku lat 70., w czasie kryzysu energetycznego, grubość zewnętrznych ścian domów amerykańskich wzrosła z 4 do 6 cali, by zmieścić więcej izolacji. Niektórzy moi bardziej zamożni znajomi już sobie pobudowali "elektroniczne domy" z wmontowanymi w ściany wiązkami kabli, głośnikami i innym elektronicznym sprzętem. Przyszłość jednak, jak słyszę, należy do łączności bezprzewodowej, te kable w ścianach nie będą więc do niczego potrzebne. Płaski (bezprzewodowy, oczywiście) telewizor też będę sobie mógł postawić lub powiesić gdzie mi się żywnie spodoba. A inteligentne ściany i dywany? Już wolę nie mieć konkurencji.


TOP 200