Bliżej eEuropy?

Obserwatorzy gospodarki zadają sobie pytanie, jak długo jeszcze e-biznes będzie wielką obietnicą.

Obserwatorzy gospodarki zadają sobie pytanie, jak długo jeszcze e-biznes będzie wielką obietnicą.

Wszyscy oczekują, że w końcu inwestycje w e-biznes, zwłaszcza w starej gospodarce, przełożą się na realny wzrost gospodarczy. Ale kiedy to się stanie? Amerykanie, wyprzedzający znacznie - powiedzmy o 5 lat - Europejczyków w zastosowaniu nowoczesnych technologii, jeszcze nie doliczyli się udziału e-biznesu we wzroście dochodu narodowego. Czyżby Europejczycy mieli na to czekać podobnie długo, a nawet jeszcze dłużej? To podważałoby sens tych inwestycji.

Niektórzy będą protestować. Jak to: nie widać roli e-biznesu w tworzeniu produktu krajowego? Przecież wiadomo, że dzięki Internetowi zmniejszyły się koszty w starych sektorach, że powstały nowe produkty i usługi. Czy to nie jest zysk? Z pewnością jest, ale może to być zysk jednorazowy, nie wynikający z wdrożenia w gos- podarce nowego mechanizmu stale produkującego ten zysk. Ten spór sygnalizuje, czy ciągle nie jest jasne, z czego właściwie wynika ta wielka obietnica, którą żywi się świat od momentu "odkrycia" Internetu i nowoczesnych technologii informatycznych. Czy Inter-net zrewolucjonizuje sposób zarządzania biznesem, zmniejszając jego koszty i zwiększając wygodę klientów, partnerów, menedżerów i pracowników, czy raczej spowoduje powstanie nowej cennej wartości dodanej, którą będzie można z wielkim zyskiem sprzedać? Można na to pytanie ze stoickim spokojem odpowiedzieć, że zapewne i to, i to. Ale taka odpowiedź pozostawi nas w niepewności, czy to, co nam dziś daje Internet, to już to, czego mamy się po nim spodziewać, czy to dopiero nieśmiałe początki, nie odzwierciedlające istoty zmian. Taka odpowiedź nie da nam też żadnej wskazówki, ile jeszcze zainwestować w e-biznes i jak rentowne są to inwestycje.

Specjaliści Arthur Andersen policzyli ostatnio, że rozwijanie e-biznesu spowoduje zwiększenie dynamiki przeciętnego rocznego wzrostu w Europie Zachodniej z 2,55 do 3,36%. Oni też nie udzielają jednoznacznej odpowiedzi, czy wynika on z oszczędności czy z nowych wartości. Zaznaczają jednak, że redukcja kosztów transakcji, zaopatrzenia i dystrybucji - wynikająca z zastosowania EDI czy Internetu - nie przekłada się na większe zyski, ponieważ konsumenci żądają coraz niższych cen i obecnie otrzymali narzędzia do egzekwowania tych żądań. Dzięki Internetowi mogą porównywać oferty i natychmiast nagradzać tego, który oferuje towar o grosz taniej. To mobilizuje wszystkich do obniżania cen. A zatem w tej sferze panuje swoista równowaga oszczędności kosztów i mniejszych przychodów.

Specjaliści Arthur Andersen dostrzegają jednak, że jest druga (i kilka innych) sfera, w której współpraca w ramach zintegrowanych łańcuchów biznesowych przynosi korzyść. Wynika ona z możliwości takiego nowego skonfigu- rowania produktów i usług, że stają się one dla konsumenta bardziej wartościowe. Pouczający jest tu przykład branży motoryzacyjnej. Wraz z samochodem sprzedaje się i kredyt na niego, i ubezpieczenie, i serwis pogwarancyjny. Zostają przekreślone granice branż: przemysłu samochodowego i ubezpieczeń. Co więcej, w przypadku samochodu zaciera się również granica między przemysłem samochodowym a przemysłem elektronicznym. Wszak już dzisiaj elektronika tworzy 30% nowoczesnego samochodu. Ta wartość stale się zwiększa, w przeciwieństwie do wartości blachy i ogumienia itp. Być może niedługo wartość samochodu tworzona przez elektronikę i informatykę będzie większa niż hut i zakładów mechanicznych. Do której branży będzie wtedy należał samochód? Zjawisko to sygnalizuje przebudowę tradycyjnych łańcuchów dodawania wartości, a w tym upatruje się największej szansy na nową jakość produktów i usług, a zatem i na dodatkowy dochód.